Praca w Miche Company

Dodane przez: dimonka, 20.08.2018, 20:29
Reklama:

- Odpal. Odpal, ty pieprzony gracie. – warknął Joseph, zaciskając zęby tak mocno, że przegryzł trzymanego w ustach papierosa. Ze wściekłości nawet tego nie zauważył, a jego jedyną reakcją na parzący w udo niedopałek było kolejne kopnięcie wymierzone w pedał gazu. Stara Corsa, pewnie pamiętająca jeszcze czasy Napoleona, nic nie robiła sobie z tego pokazu agresji. Kilka razy zarzęziła. Raz odpaliła, ale zgasła po kilku sekundach pracy silnika. Jednak odkąd pod maską zapanowała kompletna cisza, co stało się dobry kwadrans temu, szamoczący się na fotelu kierowcy mężczyzna wiedział, że przegrał dzisiejszą walkę z samochodem. Jednak, jako że nadzieja umiera ostatnia, próbował przywrócić auto do świata żywych, używając przy tym ogromnej ilości przekleństw, kopniaków w pedały, oraz szarpania pozbawioną wspomagania kierownicą.

W końcu jednak był zmuszony się poddać. W wyrazie bezsilności oparł czoło o kierownicę, nie spodziewając się nawet reakcji zepsutego klaksonu. Wypluł na wycieraczkę zalegający mu w policzku filtr od papierosa, i westchnął głęboko w wyrazie rezygnacji. Więc tak wygląda nieunikniony koniec. Samochód nie odpalił, w związku z czym Joseph nie będzie mógł stawić się dzisiaj w pracy. A jeżeli za chwilę nie znajdzie się w robocie, szef wyrzuci go na zbity pysk, nie patrząc na doskonałe statystyki. Jak to mawiał ten pieprzony biurokrata: „Możesz mieć najlepsze wyniki w całej firmie, ale jeżeli nie stawiasz się na czas, to mogę znaleźć dziesięciu innych na twoje miejsce”. Tak, Stone był cholernie zasadniczy i punktualny.

Więc co? Joseph powinien już zacząć szukać nowej roboty. Ale w jego branży wybicie się nie było łatwe. Musiałby zaczynać znowu na stażu, a tego nie chciał. Nie był stworzony do latania z kubeczkami kawy i miotłą. Więc może po prostu od razu pójdzie zarejestrować się jako bezrobotny? Albo od razu bezdomny, bo jeśli nie opłaci czynszu, starci mieszkanie w ciągu miesiąca. Chociaż gdyby zezłomował tego grata, zyskałby tyle kasy, żeby przeżyć mniej niż dwa miesiące w skandalicznych warunkach. Ale co potem?

Z otchłani czarnych rozmyślań wyrwał go dźwięk powolnego stukania w szybę. Uniósł zrezygnowany wzrok, i napotkał na spojrzenie bladoniebieskich tęczówek starszego jegomościa w garniturze, który stał obok jego samochodu. Odruchowo Joseph chciał otworzyć okno, ale gdy przypomniał sobie że służące do tej czynności pokrętło odpadło kilka dni temu, zwyczajnie wysiadł za auta, stając naprzeciwko eleganckiego nieznajomego.

- Nie odpala? – zapytał prosto z mostu mężczyzna.

- Jak widać. – mruknął, wyjmując z kieszeni sfatygowaną paczkę papierosów, po czym odpalił jednego i włożył do ust, przytrzymując filtr pomiędzy spierzchniętymi wargami. Jego rozmówca zacisnął usta w wąską linię, lustrując Josepha od góry do dołu. Widać było, że elegancik chętnie zrezygnowałby z dalszej rozmowy, ale sam ją zaczął. A kiedy powiedziało się „A” trzeba powiedzieć „B”.

- A dokąd Pan jedzie? – zapytał po dłuższej chwili milczenia.

- Kawałek za Waszyngtona. – odparł Joseph z iskierką nadziei w głosie.

- Wsiadaj pan do mojego. – stwierdził w końcu mężczyzna, wskazując dłonią stojącego niedaleko srebrnego sportowego Mercedesa. - Byle szybko.

- Dziękuję! – odparł blondyn, posyłając staruszkowi typowy, pełen żółtawych zębów uśmiech palacza. To nie tak że o siebie nie dbał. Naprawdę szorował te zęby, ale uzależnienie od nikotyny robiło swoje. Jako, że Joseph nie zwykł marnować okazji, wsiadł do auta jeszcze przed właścicielem. Otworzył też okno i wystawił przez nie dłoń z papierosem, pamiętając o tym, że nie każdy lubi mieć w siedzeniach tyle wypalonych dziur, co on. „Chociaż tutaj ciężko byłoby coś wypalić” – przemknęło przez głowę mężczyzny, który pogładził białe skórzane siedzenie. Po sekundzie drzwi od strony kierowcy również się otworzyły, a za kierownicą zasiadł wybawca Josepha.

- Gdzie konkretnie? – zapytał siwy jegomość, przekręcając kluczyk w stacyjce. Silnik natychmiast zaskoczył, o czym poinformowało cichutkie, równomierne buczenie wydobywające się spod maski.

- Miche Company, za Waszyngtona. – szybko odpowiedział pasażer.

- Tamten wieżowiec? – krzaczaste brwi kierowcy uniosły się w wyrazie zdumienia. Fakt, Joseph nie pasował do ogromnego, oszklonego biura. Nie ze swoimi luźnymi jeansami, dziurawymi trampkami, koszulką z AC DC i narzuconą na T-shirt wojskową kurtką. Ale dla talentu którym dysponował, nawet taki sztywniak jak Stone musiał zgodzić się na pewne ustępstwa. Blondyn ubierał się zgodnie z etykietą tylko gdy miał zaplanowane spotkanie z klientem. Było ty wynikiem kompromisu pomiędzy nim, a pracodawcą.

- Ta, dokładnie tamten. – skinął głową, wygodniej rozsiadając się w miękkim fotelu. Podróż minęła w ciszy, i to niezwykle szybko. Niemal wcale nie było korków. Ledwie dwa razy natrafili na czerwone światło. Podczas jazdy Joseph spalił trzy papierosy. Gdy dziękował za podwiezienie, właśnie odpalał czwartego. Potem wybiegł z auta, i najszybciej jak pozwalały mu na to jego długie nogi, wbiegł do budynku. Rzucił szybkie „dzień dobry” młodej Sandy w recepcji, wyjął ze swojej szafki czarną torbę z dokumentami i powitał tego nieznośnego Marcusa krzywym spojrzeniem. W końcu podbił swoją karę i zameldował się w gabinecie szefa.

- Wypluj tę fajkę, bo zaraz czujniki dymu oszaleją i będziemy mieli gorszą akcję niż w zeszłym miesiącu. – mruknął Stone zza monitora, ledwie Joseph wszedł do pomieszczenia.

- Przepraszam, szefie. – mruknął skruszony blondyn. Zgasił fajkę o podeszwę buta, ale widząc że wypalił ją ledwo do połowy, resztę schował do kieszeni kurtki.

- Byś auto kupił, zamiast ciągle te szlugi palić. – stwierdził pracodawca, nadal nie patrząc na swojego rozmówcę. – Widziałem z okna że znowu ktoś cię podwozi.

- Jednak trafiają się jeszcze na świecie dobrzy ludzie. – westchnął bez przekonania najlepszy pracownik w budynku.

- W niesprawiedliwym świecie nie opłaca się być dobrym. – Stone zaśmiał się ochryple z własnej wypowiedzi. – Ale do rzeczy. Twój klient. – powiedział, wskazując palcem na jedną z licznych walających się po biurku teczek. Blondyn szybko ją zabrał i otworzył, czytając dokładnie czego od niego oczekują w kontakcie z klientem. Z tego co widział, nie będzie to miła pogawędka.

- Jackob Smith… - mruknął, przeglądając dokumenty, do momentu aż zobaczył godzinę spotkania. Wówczas jęknął niezadowolony.

- Szefie, to dopiero wieczór! Mógłbym się tak nie śpieszyć! – zaczął zawodzić.

- Nic ci się nie stanie, jak raz zwleczesz się z łóżka przed dwunastą. Już. Uciekaj. – uciął rozmowę Stone, układając pozostałe teczki.

***********************************************************************

Słońce zachodziło nad Manhattanem, otulając miasto ostatnimi tego dnia ciepłymi promieniami. Złote i czerwone refleksy odbijały się w szybach, raziły w oczy wracających z pracy kierowców i oznajmiały bawiącym się w parku dzieciakom, że najwyższa pora wracać do domu. Ludzie nie zwracają uwagi na takie małe cuda jak zachód słońca. Nikt z pędzących samochodami osób, ani żaden z przechodniów nie patrzył do góry. A szkoda. Może któryś z nich zatrzymałby się na chwilkę, podziwiając niebo, o tej porze bardziej przypominające lawę. Może zamiast spieszyć się do domu, zauważyłby błysk promieni słonecznych odbijających się od małego obiektu na dachu banku. Może nawet utożsamiłby ten błysk z miejscem z którego padł strzał, który na miejscu pozbawił życia kierowcę sportowego srebrnego Mercedesa. Być może wówczas jeden z przechodniów wskazałby nawet sprawcę. Na szczęście dla Josepha, ludzie nigdy nie patrzyli w górę. Ani gdy godzinami wyczekiwał na oddanie strzału, leżąc nieruchomo, ani gdy tak jak teraz, pakował sprzęt do walizki. Szkoda mu było tylko tych białych, skórzanych foteli, teraz spływających szkarłatem krwi. I po co rano tak bardzo starał się nie pobrudzić ich popiołem? Mógłby wygodnie zgasić fajkę o obicie, a zamiast tego po raz kolejny wypalił sobie dziurę w kurtce.

Oceń:
1
Oceniać mogą tylko zalogowani użytkownicy

Skomentuj! Daj znać innym co o tym sądzisz!