Historia

EKSPERYMENT PROFESORA SCHAFFERA

lordofhell 8 5 lat temu 8 352 odsłon Czas czytania: ~25 minut

„Co pan powie na mały eksperyment?”

Pamiętam dzień, w którym profesor Schaffer powitał mnie tym pytaniem. Byłem wtedy doktorantem religioznawstwa na Uniwersytecie Miskatonic, słynnej na całą Amerykę placówce naukowej miasta Arkham. Zajmowałem się badaniem pradawnych kultów pogańskich, a profesor Schaffer był moim naukowym opiekunem. Specjalizował się w czymś, co sam określał mianem „religii prastarych”, a w rzeczywistości były to zakrojone na szeroką skalę poszukiwania śladów duchowości wśród prehistorycznych pamiątek, jakie pozostawiły nam dzieje. I chociaż sama tematyka była niesamowicie intrygująca, większość pracowników naukowych Miskatonic pukała się w czoło, wyśmiewając w kuluarach szalone teorie Schaffera. Lubiłem profesora, ale mnie również niespecjalnie przekonywały jego wymysły. Czasami potrafił podważyć całe epoki badań historycznych, snując kolejną wizję inteligentnych stworzeń zamieszkujących Ziemię na długo przed człowiekiem. W takiej sytuacji często zastanawiałem się, czy byłbym w stanie zaryzykować własną karierę, by wesprzeć go w badaniach. Poświęcił mi dużo czasu i uwagi, pomagając stawiać pierwsze kroki w uniwersyteckich kręgach, a bez jego wiedzy i pomocy w zakresie pradawnych religii spędziłbym tygodnie w bibliotekach. Ale wiedziałem, że kiedyś nadejdzie dzień, w którym będę musiał spłacić dług. To był ten dzień.

„Eksperyment?”, odpowiedziałem pytaniem, starając się zachować neutralny, spokojny ton. Widziałem charakterystyczne dla Schaffera rumieńce pokrywające całe jego poliki, a zatem wpadł na kolejny ze swoich genialnych pomysłów. Szczerze mówiąc, bałem się tego, co miałem usłyszeć. Udział w jakimkolwiek praktycznym przedsięwzięciu opracowanym przez profesora mógł mieć tylko jeden finał – całkowitą kompromitację. Nie jego, ale moją. Pięknie by to wyglądało: doktorant religioznawstwa bierze udział w pseudonaukowych badaniach z dziedziny, w której się specjalizuje. Do dziwactw Schaffera wszyscy byli przyzwyczajeni, poza tym – oprócz swoich teorii – miał na koncie także mnóstwo wartościowych, klasycznych publikacji, na których opierali się uczeni z całego świata; zupełnie czymś innym byłoby poparcie jego idei przez młodego naukowca, nawet, jeśli byłby to jego protegowany. Środowisko szybko eliminowało takie jednostki, będące zagrożeniem dla powagi nauki.

„Mam coś, co powinno pana zainteresować, doktorze”. Zawsze zwracał się do mnie per „doktorze”, chociaż jeszcze sporo mi brakowało do tytułu. Było to całkiem sympatyczne, biorąc pod uwagę, że inni profesorowie raczej nie okazywali nadprogramowego szacunku dla młodszych stopniem, stażem i wiekiem współpracowników. Ale nie Schaffer, on był inny. Pochodził ze starej niemieckiej rodziny, która po I wojnie światowej uciekła z Europy, by zasilić kulturalną emigrację, jaka rozwijała się w Stanach Zjednoczonych. Schaffer miał wtedy 40 lat i był świeżo upieczonym habilitantem, zatem bez problemu znalazł pracę na uczelni. Wybrał Miskatonic, bo nasza placówka słynęła z badań nad kulturą, a on specjalizował się w historii i religiach dawnych. Pamiętam go, bo ja wtedy zaczynałem studia. Zwracał uwagę, ubrany zawsze w nienagannie skrojony, trzyczęściowy garnitur w kratę, z dobranymi do niego dodatkami w postaci krawata, poszetki oraz pięknej, złotej dewizki, na którą spoglądał dosyć rzadko. Studenci uwielbiali go za wiedzę, uprzejmość i staromodne maniery – cechy, jakimi nie mogli się pochwalić inni wykładowcy. Pracownicy lubili go, bo dużo wnosił do dyskursu naukowego, solidnie pracując nie tylko na profesurę, ale na legendę uniwersytetu. Ale chyba najbardziej lubiły go dwie podstarzałe bibliotekarki, ponieważ spędzał w czytelni więcej czasu, niż którykolwiek student czy wykładowca.

„Wczoraj otrzymałem paczkę z Francji. Mój zaprzyjaźniony profesor z Sorbony zdobył dla mnie coś, co swoją wartością może przewyższyć wszystkie zbiory tej uczelni!”, wykrzyknął, a jego poliki stały się jeszcze bardziej rumiane. Cały Schaffer. Miał znajomych dookoła świata, więc jeśli potrzebował czegoś z Chin, po prostu wysyłał kilka listów, do kilku przyjaciół. Ot tak, dla pewności. Ale jego znajomy z Francji to była zupełnie inna historia. Pracując z Schafferem tyle czasu, poznałem nieomal wszystkie jego kontakty i jestem przekonany, że gdybym powołał się na jego osobę i napisał do któregoś z jego przyjaciół z prośbą o jakiś rzadki przedmiot czy dane naukowe, otrzymałbym je listem zwrotnym z niezbędnymi grzecznościami. Chyba, że napisałbym do tajemniczego profesora wykładającego historię literatury na Sorbonie. Wtedy nie dość, że najprawdopodobniej nie otrzymałbym odpowiedzi, to stałbym się największym wrogiem i przeciwnikiem Schaffera, dbającego o tę znajomość, jakby nie chodziło o kolegę po fachu, ale co najmniej papieża. Był to jedyny przyjaciel profesora, którego ani nazwiska, ani imienia nie było mi dane poznać. Domyślałem się, natomiast, że człowiek ten, oprócz wykładania jakże szlachetnego przedmiotu na najstarszej uczelni świata, para się również nieco mniej szlachetnym procederem szmuglowania białych kruków, do których zapewne miał dostęp.

„Jeśli chociaż trochę pana zaintrygowałem, proszę zjawić się w moim gabinecie po kolacji, doktorze. Będę pana oczekiwał i obiecuję, że nie będzie pan zawiedziony tym, co chciałbym pokazać…”, uśmiechnął się poczciwie i wyszedł, zostawiając mnie samego w moim niewielkim gabinecie. Tak, miałem swój gabinet. Nie był to przywilej każdego doktoranta, jednak bycie podopiecznym Schaffera opłacało się, nie tylko w kwestii intelektualnej. Teraz jednak zastanawiałem się, co też mógł otrzymać, skoro postawił to ponad zbiory naszej biblioteki, uchodzącej za jedną z najlepiej zaopatrzonych w kraju, jeśli nie na świecie. W zakurzonych, spowitych półmrokiem labiryntach między wysokimi pod sufit regałami można było znaleźć absolutnie unikatowe woluminy, o których większość ludzi nawet nie słyszała. Ja sam wertowałem kiedyś niesławne De Vermis Mysteriis Ludwiga Prinna, szukając w tym plugawym, zakazanym dziele informacji, które pomogłyby mi w badaniach nad prastarymi kultami, jednak – ku mojemu głębokiemu rozczarowaniu – nie znalazłem tam niczego przydatnego. Podobnie rzecz miała się z owianymi równie złą legendą Manuskryptami Pnakotycznymi, będącymi dla mnie bezsensownym stekiem bzdur. Nieco inaczej rzecz miała się z najsłynniejszą chyba pozycją, jaką może pochwalić się biblioteka Myskatonic, a więc mistycznym, przepełnionym grozą Necronomiconie szalonego arabskiego filozofa Abdula Alhazreda, który – według ludowych podań – został rozerwany na oczach setek ludzi przez niewidzialne, budzące niewysłowiony strach istoty nie z tego świata. Pomimo wielu mało wiarygodnych fragmentów, ten niepokojący tom okazał się bardzo pomocny, jeśli chodzi o prastare kulty religijne. Ale dla Schaffera to było wciąż za mało. Przestudiował chyba wszystkie księgi z dziedziny historii, religii i kultury, jakie spoczywały zarówno na półkach, jak i w piwnicznych zbiorach biblioteki, ale ciągle powtarzał, że nigdzie nie może znaleźć tego, co dla jego badań byłoby kluczowe. Problematyczne był fakt, że sam nie potrafił sprecyzować, o co mu chodziło.

Godziny mijały, a ja oddałem się codziennym zajęciom. Wykłady ze studentami, które musiałem prowadzić w ramach pracy naukowej, mijały całkiem szybko, głównie ze względu na wysoki poziom intelektualny, jaki reprezentowała sobą obecna na nich młodzież. Pamiętam, że tego dnia zajmowaliśmy się pogańskimi kultami śmierci i tworami religijnymi opartymi na czarnej magii, co niezwykle zaintrygowało moich słuchaczy. Żywo udzielali się w dyskusji, spierając się między sobą o merytorykę; można powiedzieć, że byłem z nich dumny. W przerwie zjadłem obiad w uniwersyteckiej stołówce, gdzie kilkoro moich studentów wciąż toczyło zajadły spór o jeden z motywów pogańskich, który omawialiśmy na zajęciach. Uśmiechnąłem się pod nosem, ale po chwili pochłonęła mnie lektura starego, uchodzącego już za klasyczny, artykułu Schaffera o religiach pradawnych. Omawiał w nim kult śmierci obecny od wieków w małych, zapomnianych religiach świata, jak i wielkich wyznaniach. Wyszczególnione były w nim różnice, jakich profesor upatrywał w odmiennym podejściu do tematu: „Chociaż mogłoby się wydawać, że zarówno wielkie monoteistyczne religie, jak i zapomniane, nic już nie znaczące kulty lokalne interpretowały motyw śmierci w podobny sposób, tj. czcząc zmarłych i otaczając ich pamięcią, wiele przekazów wskazuje na całkowicie odmienne podejście do kwestii życia pozagrobowego (…). Można by, zatem, opierając się na odnalezionych nie tak dawno pozostałościach po tajemniczej cywilizacji żyjącej w rejonach arktycznych, wysnuć teorię, jakoby prastare kulty skupiały się nie tyle, na zachowaniu pamięci po zmarłych, co na zachowaniu samych zmarłych (…). Wiele wskazuje na rytuały obcowania z ciałami zmarłych, chociaż nie jest jasne, w jakiej formie się to odbywało (…).”

Już wtedy tezy Schaffera budziły liczne sprzeciwy i kontrowersje, ale głosy krytyki nie mogły przebić się przez wciąż silną falę poparcia, jakie płynęło do niego z różnych zakątków globu. Badacze pradawnych kultur odwoływali się do teorii profesora, które zawsze oparte były na świeżych, aktualnych badaniach, jakie prowadził w wyselekcjonowanych przez siebie miejscach. Zawsze zastanawiało mnie, skąd wiedział, gdzie szukać konkretnych śladów.

„Przepraszam, panie doktorze, czy można się przysiąść?”. Wypowiedziane spokojnym, ciepłym głosem zdanie wyrwało mnie z zamyślenia. Obok mojego stolika stał sędziwy profesor Joyce, ekspert w dziedzinie antycznych mitologii europejskich. Entuzjastycznie skinąłem głową, odsuwając zajmującą pół blatu gazetę i podnosząc się lekko, co wypadało zrobić w obecności o wiele starszego mężczyzny. Joyce usiadł i uśmiechnął się życzliwie na widok otwartego artykułu. „Kawałek doskonałego tekstu, trzeba przyznać”, powiedział, poprawiając okulary i na chwilę wczytując się w drobny druk. „Profesor Schaffer niewątpliwie uchodził wtedy za wielki autorytet, skoro przedruki tego materiału ukazały się we wszystkich naukowych periodykach świata, a założę się, że również w gazetach codziennych.” Westchnął ciężko, składając okulary i wsuwając je do kieszeni wytartej tweedowej marynarki. „Chciałbym pana o coś zapytać, jeśli pan pozwoli”, spojrzał na mnie zmęczonym, choć pogodnym wzrokiem. „Czy wie pan, doktorze, co otrzymał wczoraj w paczce profesor Schaffer?”. Pokręciłem przecząco głową, pociągając łyk herbaty. Już chciałem coś powiedzieć, ale staruszek mnie wyprzedził. „Tak się składa, że ja wiem. I chciałbym się z panem podzielić tą wiedzą, zanim zrobi to pana opiekun. Czytałem kilka pana prac i muszę przyznać, że podobają mi się pańskie interpretacje mitologii antycznych. Są bardzo świeże. Nowatorskie, ale nie nowoczesne i to mnie urzekło. Ale książka, którą dzisiaj wieczorem niechybnie pokaże panu profesor Schaffer jest czymś, co nie ma nic wspólnego ani z nowoczesnością ani z nowatorskością, natomiast jest bardzo niebezpiecznym narzędziem w rękach każdego, kto nie umie się nią należycie posługiwać. O ile w ogóle można się nią posługiwać w odpowiedni sposób…”, tutaj zawiesił głos, wpatrzony gdzieś w dal. Nie wiedziałem, co mam mu odpowiedzieć. Czy to były jakieś starcze rojenia, czy mówił poważnie? Czyżby Schaffer otrzymał jedną z tych zakazanych ksiąg, o których z taką pasją nie raz rozprawiał na naszych spotkaniach? Przez głowę przeleciało mi tysiące pytań, ale czekałem na dalszy ciąg wypowiedzi. Profesor Joyce wreszcie przeniósł wzrok na mnie. „Uważaj, chłopcze. Schaffer to szaleniec i nie cofnie się przed niczym, by udowodnić swoje tezy. Dawno już zapomniał dewizę, która obowiązywała od lat w badaniach nad prastarymi i antycznymi kulturami. Czasami lepiej nie wiedzieć.” Ostatnie słowa wypowiedział szeptem, a ja, chociaż w stołówce wcale nie było gorąco, poczułem spływającą mi po plecach strużkę zimnego potu. Joyce tymczasem wstał i odszedł, jakby nic się nie stało. Siedziałem zdezorientowany, zastanawiając się, co właśnie zaszło, a wtedy dostrzegłem podkreślony ołówkiem fragment artykułu Schaffera. Musiał to zrobić staruszek, ale dziwne, że tego nie zauważyłem. Spojrzałem na zaznaczoną frazę: zachowaniu samych zmarłych. Przeszedł mnie dreszcz.

Po obiedzie miałem jeszcze jeden wykład, a potem czekała mnie wizyta u Schaffera. W duchu cieszyłem się, że religioznawstwo współczesne nie było zbyt lubianym przedmiotem, ponieważ nie mogłem zebrać myśli. Rzuciłem kilka prostych frazesów i pozwoliłem moim studentom dyskutować między sobą, udając, że przysłuchuję się ich wymianie zdań. W rzeczywistości, wciąż zastanawiałem się nad tym, co powiedział mi Joyce. Z ulgą zauważyłem, że minął czas przeznaczony na zajęcia, zakończyłem, zatem, kilkoma zdaniami podsumowania i zacząłem pakować swoje rzeczy do wysłużonej torby, kiedy przed biurkiem stanął jeden ze studentów. „Panie doktorze, czy mogę o coś spytać?”. Podniosłem wzrok i uśmiechnąłem się. Randolph Carter, jeden z najbardziej obiecujących młodych ludzi, jakich tu spotkałem. „Oczywiście, panie Carter”, odparłem. „To nietypowa prośba, przepraszam, jeśli okaże się również nietaktowna… Interesują mnie prastare kulty, o których rozmawiamy z profesorem Schafferem i… zaintrygował mnie pewien tytuł, nie wiem, czy pan doktor, go zna, ale… chodzi mi o Unaussprechlichen Kulten Friedricha von Junzta. Wiem, że biblioteka uniwersytecka posiada tę pozycję w swoich zbiorach, jednak niestety nie jest dostępna ona dla studentów, pomyślałem więc, że…”, musiałem mu przerwać, by nie dawać nadziei. „Panie Carter, obawiam się, że nic nie mogę w tej kwestii zrobić. Ale ma pan motywację, by studiować wytrwale i dołączyć wkrótce do grona naukowego, a wtedy przeczyta pan wszystkie dostępne w naszych zbiorach tomy”, uśmiechnąłem się, klepiąc go po ramieniu. Pokiwał głową zasmucony i pożegnawszy się, czmychnął z sali. Udałem się do swojego pokoju w oddalonym o kilkadziesiąt metrów od głównego budynku akademiku dla kadry naukowej, by ochłonąć nieco przed wieczorną wizytą u profesora.

Zaparzyłem sobie mocnej, czarnej kawy, z przyzwyczajenia wsypując doń trzy łyżeczki cukru. Postawiłem filiżankę na niewielkim, mahoniowym stoliku, zapaliłem lampkę i rozsiadłem się wygodnie w meblu, bez którego nie wyobrażałem już sobie swojego pokoju – wielkiego, miękkiego fotela, stylizowanego na epokę wiktoriańską, z żelaznymi okuciami i rzeźbionymi podłokietnikami. Sięgnąłem po leżącą na blacie książkę, by po chwili zatopić się w lekturze. Czytałem wtedy jedno z pierwszych zbiorowych opracowań dotyczących prastarych kultów religijnych, oczywiście z artkułem przewodnim Schaffera. Mity i legendy ludów dawnych, jako religijne przekazy cywilizacji prehistorycznych. Profesor snuł w nim tezę, jakoby znane nam antyczne mitologie opierały się na ustnych przekazach pozostałych jeszcze po ludach prehistorycznych, a zamienionych na aktualny wtedy język i obrazowość. W rzeczywistości, jednak, miały to być opisy wydarzeń mających miejsce naprawdę, ukryte pod postaciami ówczesnych bogów i bóstw. Według Schaffera prawdziwymi bohaterami tych opowieści były istoty zamieszkujące Ziemię, traktowane przez najstarszych ludzi, niczym demiurdzy. W innych artkułach polemizowano z nim lub przyklaskiwano, określając jego teorie innowacyjnymi i światłymi, a nawet nazywając go największym wizjonerem w dziejach nauki. Czytając kontrowersyjne tezy profesora, ciężko było pozostać obojętnym. Pamiętam, kiedy sam ekscytowałem się jego badaniami, widząc w nim człowieka, który zmieni oblicze historii, udowadniając, że istnieją formy wyższe, niż człowiek – a co ważniejsze, że zamieszkiwały one kiedyś tę planetę. Ale z czasem entuzjazm względem Schaffera opadał, dobijany jeszcze prowadzonymi przez niego, zakrojonymi na szeroką skalę badaniami o wartości merytorycznej bliskiej zeru. Chociaż nigdy nie odwróciłem się od niego, nie potrafiłem już otwarcie go wspierać.

Spojrzałem na zegarek; dochodziła dziewiętnasta. Przebrałem się, odświeżyłem i udałem na spotkanie z profesorem. W przeciwieństwie do większości kadry, nie korzystał z mieszkań socjalnych; kiedy przybył do Arkham, postawił nieduży, acz ładny domek na obrzeżach miasta. Miał spadzisty, kryty gontem dach, z którego wychodził smukły, kamienny komin, odprowadzający dym z pięknego zdobionego kominka w niewielkim salonie. Ściany zrobione były z grubych, drewnianych bali, ale dół konstrukcji był z kamienia, ze względu na częste wylewy pobliskiego strumienia. Od strony niezbyt okazałego ogrodu, na całej szerokości domu rozciągała się drewniana weranda, które wyposażenie stanowiły: kwadratowy stolik, dwa fotele bujane oraz podwieszoną pod jedną z belek ława, poruszająca się delikatnie na wietrze. Na werandę prowadziły trzy schodki, pokonywane przeze mnie jednym krokiem; zawsze wchodziłem od strony ogrodu, nie musiałem wtedy kłopotać się z pukaniem i oczekiwaniem na gospodarza – drzwi od werandy zazwyczaj były otwarte, wpuszczając do środka świeże, orzeźwiające powietrze. Wszedłem do salonu urządzonego w dziwnym dla mnie, niemieckim stylu. Wszędzie pełno było najróżniejszych szpargałów, zupełnie niezwiązanych ze sobą przedmiotów stanowiących istną mozaikę wszystkiego, czym fascynował się Schaffer. I tak obok ceramicznych kufli piwnych stały figurki z wykopalisk archeologicznych, a towarzystwem dla drewnianych masek rytualnych były szkielety jaszczurek i innych drobnych stworzeń. Pod powałą, natomiast, rozciągała się antresola zaprojektowana, jako biblioteczka; wchodziło się na nią po niewielkiej, acz stabilnej drabinie, a na górze można było zasiąść z wybraną księgą przy zgrabnym, drewnianym stoliku wyposażonym w lampkę i szufladę z zapasem papieru.

Z saloniku można było przejść do kuchni i tam właśnie krzątał się Schaffer, stukając szkłem i metalem. Przywitałem się, a on odwrócił się, posyłając mi radosny uśmiech. „Jak miło, że pan przyszedł, doktorze!”, wykrzyknął, porywając z kuchennego blatu dzbanek z kawą i dwie szklanki; nigdy nie korzystał z filiżanek, twierdził, że łatwo się tłuką, poza tym nie lubił porcelany. Zwyczajowo nakazał mi się rozgościć, zająłem, więc jeden z dwóch obitych skórą foteli i nalałem sobie gorącej, pachnącej kawy, podczas gdy gospodarz zniknął na górze, buszując wśród książek. Po chwili pojawił się z powrotem, trzymając w dłoniach prostokątny kształt zawinięty starannie w kawałek materiału. Położył paczuszkę na stoliku, nalał sobie kawy i spojrzał na mnie; jego oczy aż lśniły z podniecenia. „Mój drogi doktorze! Przyjacielu, uczniu… Oto leży przed tobą księga, o której istnieniu być może nawet nie wiedziałeś! Chociaż wcale nie jest stara, mówi o rzeczach, które swym wiekiem przewyższają znany nam świat. Dlatego została zakazana, a jej jedyny zachowany egzemplarz przez stulecia pozostawał w ukryciu, wśród prywatnych, pilnie strzeżonych zbiorów. Aż do teraz…”, ściszył głos, spoglądając wymownie na leżący na blacie pakunek. Odstawiłem szklankę z kawę, pochylając się w stronę zawiniątka. „Śmiało, śmiało!”, ponaglił mnie entuzjastycznie. Niepewnie sięgnąłem po książkę. Nie była zbyt ciężka, chociaż sprawiała wrażenie całkiem grubej; powoli, z namaszczeniem odwinąłem materiał. Moim oczom ukazała się oprawiona w skórę okładka bez tytułu ani autora, za to z wybitą u dołu datą: 1702. W pamięci przerzuciłem znane mi pozycje, które mogły powstać w okolicach początków XVIII wieku i zostały wpisane w indeksy ksiąg zakazanych, jednak nie przyszło mi do głowy, co mogłoby być aż tak pożądane przez specjalistę pokroju Schaffera. Powoli otworzyłem tomik, od razu zauważając, że strony, chociaż pożółkłe, nie są ani odrobinę zniszczone; książka musiała być przechowywana w idealnie przystosowanych warunkach, nie ulegało to żadnej wątpliwości. Przerzuciłem pustą stronę i moim oczom ukazał się wreszcie tytuł trzymanego w rękach dzieła; tytuł, który sprawił, że włosy zjeżyły mi się na karku. Pochyłe, wykaligrafowane z dbałością o szczegóły pismo układało się w złowieszcze przesłanie: Cultes des Goules, Francois-Honore Balfour.

Zapomniałem o niej podczas odbywającej się chwile temu gonitwy myśli, ale dopiero teraz mój umysł zaczął pracować na najwyższych obrotach. Przypomniałem sobie, że kiedyś zetknąłem się z rozległą publikacją traktującą o księgach zakazanych, w której to pozycji francuskiego bluźniercy poświęcono bardzo dużo miejsca, dokładnie opisując wszystkie plugastwa, jakie zawarte są w tym przeklętym po wieki woluminie. A opowiada on o niczym innym, jak najmroczniejszej, owianej odorem śmierci i zgnilizny, pradawnej czarnej magii; sztuce liczącej sobie nie setki i nie tysiące lat, ale całe eony. Nigdy nie udało się ustalić, gdzie Balfour mógł posiąść wiedzę na ten temat, chociaż niektórzy badacze zgłębiający okultystyczną literaturę francuską twierdzili, że mogła być to sytuacja analogiczna do niesławnego Abdula Alhazreda, szalonego mistyka, który posiadł zakazaną dla ludzkości wiedzę podróżując po światach i krainach sennych podlegających przedwiecznym, pradawnym istotom równym bogom. Zwolennicy tej teorii twierdzą, że Balfour również podróżował po równoległych do naszych wymiarach, gdzie zbierał plugawą wiedzę i przelewał ją na papier będąc jeszcze w onirycznej gorączce, ponieważ jego umysł nie zniósłby doznań, jakie musiały trawić jego zmysły podczas tych wypraw. Według znawców literatury – chociaż mało prawdopodobnym jest, by którykolwiek z nich chociażby trzymał w rękach Cultes des Goules – dzieło Balfoura jest spisem nie tylko przerażających, odbierających zmysły wizji, jakich doświadczył podczas swych narkotycznych transów, ale również zbiorem rytuałów, dzięki którym można wybrać się do zakazanych krain, odwiedzić światy, w których nigdy nie powinna stanąć ludzka stopa, a nawet ujarzmić śmierć, stając się jej panem. Niektórzy eksperci podejrzewali, jakoby autor sam próbował stawić czoła ostateczności, przeistaczając się w ghula, plugawą istotę zrodzoną w grobowej ziemi, żywiącej się martwymi ciałami; stąd nadany później tytuł bezimiennego pierwotnie dzieła.

Schaffer musiał dostrzec malujący się na mej twarzy grymas przerażenia, sięgnął, bowiem, po otwarty na stronie tytułowej tom i zabrał go, zawijając z powrotem w szmatę. Ale nie ukoiło to moich nerwów ani odrobinę, więc gdy sięgnąłem po szklankę, ręką zadrżała mi tak mocno, że zalałem kawą siebie i fotel. Profesor poszedł do kuchni po obszytą kolorowym haftem ścierkę, podając mi ją w milczeniu. Kiedy uporałem się z katastrofą, opadłem ciężko na fotel, wciąż głęboko oddychając; kręciło mi się w głowie, a przed oczyma wirowały kalejdoskopowe kształty, mieniące się kolorami tęczy. „Nie spodziewałem się, że wywrze to na panu aż takie wrażenie”, powiedział Schaffer, lustrując mnie wzrokiem. Nie miałem siły, żeby odpowiedzieć, siedziałem, więc bez ruchu wpatrzony w trzaskające w kominku polana. „Po reakcji wnioskuję, że pozycja ta nie jest panu obca, doktorze. To dobrze. My, ludzie nauki, powinniśmy czerpać wiedzę ze wszystkich dostępnych nam źródeł, nawet wtedy, kiedy opinie o nich nie są zbyt pochlebne… Doktorze, poszukiwałem tej książki całe życie, rozumie pan?”, chwycił mnie za rękę, ale widząc mój przerażony wzrok, cofnął się i zapadł w fotelu. „A teraz, kiedy jestem u kresu mojej podróży po tym świecie, nareszcie wpadła mi w ręce. Dzięki niej udowodnię wszystkim zarzucającym mi szaleństwo i szarlatanerię głupcom, jak bardzo się mylą! Wiedza zawarta w tym piśmie jest kluczem do zrozumienia zagadki pradawnych religii, doktorze. Balfour odwiedził światy, o których się nam nie śniło i widział rzeczy, których ludzkie oko nie powinno oglądać. Przemierzył czas wzdłuż i wszerz, gromadząc zakazaną dla ludzkości wiedzę, którą my wykorzystamy teraz dla własnego dobra! Dla naszej świadomości!”, jego oczy niemalże świeciły z podniecenia, a na polikach pojawiły się charakterystyczne wypieki. „Dokonamy tego, czego dokonał francuski mistrz i odbędziemy podróż do granicy wszystkiego…do granicy stworzenia…”. Zamilkł, trzęsącymi się rękoma biorąc ze stolika księgę.

„Ale nie dokonam tego sam…musi mi pan pomóc!”. Spojrzał na mnie, a ja poczułem, że robi mi się słabo. Od utraty przytomności uratował mnie powiew chłodnego powietrza wpadający przez otwarte drzwi; przyniósł ze sobą gryzący, otrzeźwiający zapach mokrego lasu iglastego, woń porastających sad drzewek wiśniowych oraz coś jeszcze; coś niezidentyfikowanego, ciężkiego, pochodzącego z głębokich warstw niedalekiego trzęsawiska. Zapach zgnilizny, mokrej ziemi przesiąkniętej wodą, torfem i zwierzęcymi truchłami; zapach śmierci. Otrząsnąłem się i wbiłem wzrok w buzujący w kominku ogień. „Doktorze…”, wyszeptał Schaffer, „musi mi pan pomóc.” Nie odwracałem wzroku, wiedząc, że napotkam jego świdrujące, przenikliwe spojrzenie, a wtedy nie będę w stanie odmówić. „Co…co właściwie chce pan zrobić, profesorze?”, pytanie ledwo przeszło mi przez gardło. Spodziewałem się odpowiedzi, niemalże słyszałem ją w momencie, kiedy skończyłem wypowiadać pytanie; cóż mógłby chcieć zrobić, mając w rękach manuskrypt Balfoura, jak nie odbyć podróż śladami tego szalonego bezbożnika! I wtedy padła odpowiedź, niemalże słowo w słowo taka, jakiej się spodziewałem: „Wprowadzić się w trans, naturalnie! Odwiedzić światy, które zwiedzał Balfour. Odwiedzić wieczność, pokonać teraźniejszość, ujrzeć przyszłość. Odszukać dowody na poparcie moich teorii, by potem odnaleźć je po powrocie.” Wypuściłem powietrze ze świstem, nagle zdając sobie sprawę z tego, że teraz nie mam już wyjścia. Wiem, co posiada Schaffer i wiem, co zamierza z tym zrobić. Nie mogłem pozwolić, żeby obciążył tym wszystkim kogoś innego. Po części byłem winien to jemu, po części sobie – nie chciałem mieć na sumieniu osób trzecich. Zebrałem wszystkie siły, na jakie było mnie w tym momencie stać. „Dobrze, profesorze. Pomogę panu”, odpowiedziałem.

Dobry Boże w niebiosach i Jezusie Nazareński, jeżeli mnie słuchacie, przyjmijcie moją skruchę i wybaczcie to, do czego wtedy dopuściłem. Zrozumcie również, że po wydarzeniach tamtej nocy żadna religia nie będzie już dla mnie schronieniem, a żadna filozofia nie rozwiąże moich problemów, tak jak żadna świątynia nie da ukojenia, a śmierć nie wybawi mnie od demonów, które ścigają mą umęczoną duszę. Kiedy piszę te słowa, okalają mnie grube na trzy metry kamienne mury, lecz mimo to czuję, jakby otoczony był kartkami papieru. Trafiłem wreszcie do miejsca, w którym wszystko się zaczęło i wszystko się zakończy, zamykając krąg śmiertelnego tańca, w którego korowód zostałem pchnięty tamtego letniego poranka, kiedy profesor Schaffer wyzionął ducha, a ja postawiłem jego dom w płomieniach, nie pozwalając nikomu więcej oglądać plugawego przedstawienia rozgrywającego się w jego murach. Pomimo tego, że myśl o moim ostatnim spotkaniu z wielkim naukowcem przyprawia mnie o szaleństwo, winnym jest wyjaśnienia, czemu znalazłem się tu, gdzie się znalazłem oraz czemu nie widzę w śmierci ucieczki przed tym, co chce mnie dopaść.

Po pierwszym przeczytaniu rytuału, który chciał odprawić na sobie Schaffer, uznałem mojego mentora i przyjaciela za człowieka, któremu w przeciągu zaledwie jednego dnia odebrało rozum. Po dokładnym zapoznaniu się z tym obrzydliwym opisem poczułem, że w mojej psychice również zachodzą nieodwracalne zmiany. Było jednak zbyt późno, by się wycofać. Pozamykaliśmy dokładnie wszystkie drzwi i okna, żeby nic nie przeszkodziło nam w tym szaleńczym przedsięwzięciu, jakiego postanowiliśmy się podjąć, odrzucając tym samym wszelkie pozory normalności, o jakie posądzałbym nas obu jeszcze dzień wcześniej. Schaffer już wcześniej zgromadził wszelkie niezbędne do wykonania rytuału ingrediencje, a nie brakło wśród nich tak egzotycznych przedmiotów, jak kość pięcioletniego dziecka, sproszkowane serce starca czy silne opiaty porastające najwyższe ostępy skalne Ameryki Południowej. Ze stojącej w rogu szafki wydobył pięć smoliście czarnych świec oraz śnieżnobiałą gromnicę, której zbezczeszczone światło miało sprowadzić wędrującego ducha z powrotem do świata żywych. Zagłębiłem się w fotelu i kiedy gospodarz z obłędem w oczach przygotowywał niezbędne do odprawienia obrzędu elementy, ja postanowiłem dokładnie zapoznać się z częścią teoretyczną, chociaż moja wychowana w duchu chrześcijańskim natura buntowała się przed zgłębianiem tajemnej wiedzy szaleńca. Chciałem, jednak, zapewnić Schafferowi względne bezpieczeństwo, musiałem zatem dowiedzieć się, na czym dokładnie polegała zbliżająca się ceremonia. Trzeba przyznać, że Balfour dosyć obrazowo opisał przygotowanie ciała do podróży w odległe wymiary… Opiaty należało rozpalić, odymiając nimi całe pomieszczenie tak, by powstało coś na wzór narkotycznej komnaty. Dziecięcą kością (mój Boże, nawet nie chcę myśleć, jakież to dziecię wycierpiało się, byśmy teraz mogli odprawiać pogańskie ryty w położonym na obrzeżach miasta domostwie) nacinało się ciało podróżnika: wzdłuż żeber, na brzuchu, mostku oraz na dłoniach, przy czym te ostatnie układać się miały w jakieś dziwne, nieznane mi symbole, których znaczenia wolałem nie znać. Trzecią część popiołu opiatowego zmieszać ze sproszkowanym sercem starca i posypać nim rany, dokładnie wcierając. Kiedy zaognią się na tyle, by ofiara rytuału zaczęła wyć z bólu… Wybaczcie, ale nie jestem w stanie przytoczyć całości tego, co należało wykonać. I tak powiedziałem już zbyt wiele, zbyt dużo wiedzy pozostało po tej potępionej księdze, literackiej abominacji, której nie chciano nawet w piekle! Ach, cóżem ja uczynił! Gdzieżeś był, Zbawicielu, kiedyśmy dokonywali tych podłych czynów?!

Przemagając wstręt, przygotowałem Schaffera, dbając o to, by mieć pod ręką przedmioty niezbędne do udzielenia mu pomocy, gdyby sytuacja wymknęła się spod kontroli. Teraz uśmiecham się na myśl o tej dbałości – czyż sytuacja nie wymknęła się wszelkim prawidłom świata w momencie, w którym skalałem dłonie tym przeklętym tomem! Profesor leżał na podłodze nagi, jedynie na linii bioder przykryłem go znalezioną w garderobie chustą. Tajemnicze rośliny tliły się intensywnie, zatapiając pomieszczenie w mdlącym, słodkawym dymie, odbierającym zdolność myślenia, mamiącym zmysły dźwiękami i obrazami, z jakimi człowiek nie powinien obcować. Nacięcia, rozsądnie wykonane przed rozpaleniem ziół, krwawiły lekko, a sam Schaffer przypominał mi ciało na stole sekcyjnym, czekające na swoją kolej, by stać się wdzięcznym obiektem badań studentów medycyny. Nie wiem, czemu, przyszedł mi wtedy na myśl osobnik o wątpliwej moralności, którego poznałem onegdaj na uniwersytecie w Bostonie, niejaki Herbert West, młodzieniec owładnięty obsesją ożywiania umarłych za pomocą chemicznych balsamów… Przejmujący jęzor chłodu liznął me plecy, a ja powróciłem do tego, co buńczucznie określić mógłbym mianem rzeczywistości. Spojrzałem w stronę naczynia z tlącymi się opiatami i zauważyłem, że ich popioły gotowe są do wykorzystania. Powolnym, onirycznym ruchem wymieszałem je z przerażającym proszkiem, po czym posypałem ozdobione ranami ciało leżącego bez ruchu profesora. Z początku nie zareagował, by po chwili jęknąć w spazmie bólu, a następnie rzucić się raz i drugi, rozsypując proszek na podłogę wokoło siebie. Mając w pamięci instrukcję zawartą w leżącej teraz na stoliku księdze, przycisnąłem ciało Schaffera i począłem wcierać proszek w rany, które z krwawych linii zmieniały się w brunatne, wypełnione mazistą substancją ropnie; z przerażeniem zauważyłem, że moje dłonie brudne były od białego płynu sączącego się z tych diabelskich wrzodów pokrywających już niemalże całe ciało biednego profesora, wijącego się w agonii, niczym pozostawiona na brzegu ryba. Błądząc w miazmatycznym zaduchu dopadłem drzwi, chcąc wydostać się z tej kolebki diabła i sprowadzić pomoc, lecz gdy odwróciłem się, by raz jeszcze spojrzeć na Schaffera, umysł mój pożegnał się ze stanem normalności, poddając się szaleństwu, jakie rozgrywało się na moich oczach. Oto miotające się w piekielnym bólu ciało, jeszcze przed chwilą pokryte wrzodami, teraz było w stanie zaawansowanego rozkładu; ze zgrozą skonstatowałem, że pomieszczenie wypełnia nie tylko mdlący zapach zdradliwych ziół, ale dojmująca woń zgnilizny. Wydaje mi się, że właśnie w tamtym momencie, patrząc na rozpływającego się po drewnianej podłodze profesora, postradałem zmysły bez reszty.

Udało mi się otworzyć drzwi na werandę i wyskoczyłem na nią z takim impetem, że przeleciałem przez schody, lądując na mokrej od rosy trawie. Podmokła, zimna gleba początkowo mnie otrzeźwiła, ale gdy uświadomiłem sobie, co przypomina w dotyku, zerwałem się i ruszyłem na oślep przez zaniedbany ogród, roztrącając sięgające w moją stronę gałęzie powykręcanych drzew. Skręcona kostka promieniowała bólem, ale nie zwracałem na nią uwagi, chcąc znaleźć się jak najdalej od miejsca tego koszmaru. Dopiero będąc kilkaset metrów od domu, uświadomiłem sobie, że nie zabrałem ze stolika tego, co stało się przyczyną tragedii, której byłem głównym aktorem. Patrzyłem na mrugające w oknach budynku światła, bijąc się z myślami. Wreszcie zdecydowałem się wrócić, by zakończyć historię Cultes des Goules raz na zawsze. Dokuśtykałem do werandy i wspiąłem się na nią, odpędzając ręką kłęby opiatycznych oparów, wciąż niepodzielnie królujących w salonie. Ostrożnie wszedłem do środka, starając się unikać wzrokiem tego, co leżało na podłodze, a co jeszcze kilka godzin temu było moim mentorem. Sięgnąłem po zawiniątko, szybko wsunąłem je do kieszeni marynarki i skierowałem się z powrotem ku wyjściu, kiedy uświadomiłem sobie, że niedługo znajdą szczątki Schaffera. Byłem jedyną osobą, która odwiedzała go regularnie, zatem oczywistym będzie, kogo obarczą winą za ten makabryczny widok. Nie zastanawiając się długo, wziąłem ze stolika na werandzie lampę naftową i cisnąłem nią w podłogę tuż przed paleniskiem kominka. Ogień momentalnie pochłonął rozlany płyn, obejmując spory obszar drewnianego wykończenia. Wyszedłem, tym razem spokojniej, kierując się w mrok sadu.

Uciekłem z Arkham, stałem się wyrzutkiem świata. Zjeździłem całą Europę, poszukując człowieka, który przysłał profesorowi tę obrzydliwą księgę; człowieka, który zesłał na nas pewną zagładę. Wciąż nurtowała mnie tylko jedna myśl: co zrobiliśmy źle? Według opisu Balfoura, poddany rytuałowi osobnik powinien wpaść w trans, podczas którego miał rzekomo odwiedzać światy należące do bogów starszych, niż czas. Tymczasem Schaffer zginął szybko, co prawda w męczarniach, ale w przeciągu kilkudziesięciu sekund jego ciało zmieniło się w półpłynną maź. Nie dawało mi to spokoju. Zacząłem czytać Cultes des Goules niemalże obsesyjnie, poszukując odpowiedzi na to pytanie. Pewnego wieczoru, kiedy po raz tysięczny studiowałem plugawe zapiski szalonego arystokraty, przypomniała mi się dziwna rozmowa, jaką odbyłem onegdaj z profesorem Joycem. A właściwie jedno zdanie, fraza zakreślona przez staruszka w czytanym przeze mnie artykule. Zachowaniu samych zmarłych. Zachowaniu zmarłych. Wykorzystując doświadczenie w poszukiwaniu informacji, rozpocząłem śledztwo dotyczące mojego naukowego opiekuna i jego rodziny. To ono przywiodło mnie tutaj, do zapuszczonego, samotnego pałacyku ukrytego głęboko wśród Schwarzwaldzkich gęstwin. Pałacyku, należącego kiedyś do bogatego rodu von Schafferów, niemieckich arystokratów, znanych ze swojego zamiłowania do luksusu, ekstrawagancji oraz praktyk okultystycznych, jakże modnych wśród niemieckiej szlachty. Cieszyłem się, że wydarzenia pamiętnej nocy odebrały mi zdrowy rozum, dotarłem, bowiem, do informacji, której wyczekiwałem już od pewnego czasu, uświadamiając sobie kilka szalonych faktów. Otóż rodzina von Schafferów zginęła podczas I wojny światowej, kiedy ich dom na północy kraju został zbombardowany. Informację o tym znalazłem w archiwach; wymieniono w niej członków szlachetnego rodu, którzy mieli wtedy pecha przebywać w domostwie. Elżbieta von Schaffer, lat 76. Matylda von Schaffer, lat 45. Klaus von Schaffer, lat 17. Lisa von Schaffer, lat 13. Profesor Karl von Schaffer, lat 50. Ciała pogrzebano na rodowym cmentarzu obok posiadłości w Schwarzwaldzie.

Odwiedziłem tę nekropolię nie raz. Ekshumowałem wszystkie ciała. Zgodnie z moimi przewidywaniami, trumna profesora była pusta. Zniszczona, rozdarta od wewnątrz. Dlatego Schaffer dokonał żywota podczas naszego posępnego rytuału – już raz oszukał śmierć, tak, jak zrobił do Francois-Honore Balfour. To on przesłał mojemu przyjacielowi swoją księgę, by oddać go na pastwę prastarych demonów. Byłem jedynie narzędziem, kapłanem, który w jego imieniu złożył ofiarę. A teraz siedzę w podziemiach dworku von Schafferów i słyszę, jak się zbliża. Idzie po mnie. Jego martwe kroki odbijają się echem na żwirowej, zarośniętej chwastami ścieżce. Niedługo wejdzie do hallu, skręci w lewo i otworzy drzwi do piwnicy. Ale jestem gotowy. Kilka dni temu porwałem z okolicznej wioski pięcioletnią dziewczynkę. Oprawiłem ją fachowo, nie cierpiała. Mam jej piękną, delikatną, śnieżnobiałą kostkę. Znalazłem również świeży grób, a w nim staruszka. Proszek z jego serca wystygł już, nabierając odpowiedniej konsystencji. Niedługo piwnica wypełni się onirycznym dymem…

A potem przeprowadzę mały eksperyment.

Oznacz jako: przeczytane ulubione chcę przeczytać

Komentarze

ŚWIETNE. PO PROSTU ŚWIETNE. Wydaje mi się, że to najlepsze opowiadanie, jakie dotąd przeczytałam. No po prostu aż brak słów. To jest tak dobre jak sam King!
Odpowiedz
Mistrzostwo!
Odpowiedz
I to jest prawdziwa creepypasta! Podczas jej czytania obgyzłam wszystkie paznokcie xP
Odpowiedz
Super.Szkoda że całego rytuału nie opisano. ;)
Odpowiedz
Zakochałam się w tym opowiadaniu.
Odpowiedz
Fajne, fajne. W stylu H. P. Lovecraft'a, normalnie ukłony, szacun, szacun.
Odpowiedz
Świetne :D Lovecraft by się nie powstydził
Odpowiedz
Jak dla mnie rewelacja. Czekam na więcej w podobnym klimacie
Odpowiedz
Zaloguj się, aby dodać komentarz.

Inne od tego autora

Archiwum

Najnowsze i warte uwagi

Artykuły i recenzje