Układ

Dodane przez: emma cole, 14.08.2014, 15:13
Reklama:

Od dawna planowaliśmy ten wyjazd, jednak nigdy nie mogliśmy zgrać się w czasie - oboje pracowaliśmy, on jako sanitariusz, ja jako przedszkolanka. Urlopy mieliśmy w zupełnie innym czasie i chociaż próbowaliśmy od ponad dwóch lat ubłagać pracodawców, dopiero teraz nam się udało. Dostaliśmy dwa tygodnie tylko dla siebie. Pakowałam walizki jak szalona, byśmy nie spóźnili się na pociąg.

Miejsca zarezerwowaliśmy ponad tydzień wcześniej, mała nadmorska miejscowość z kolejką wąskotorową wydawała się idealną. Niedaleko położona była plaża. Wiedzieliśmy, że nie jest to wielka miejscowość turystyczna, że wszędzie daleko, jednak nie było nam trzeba wiele do szczęścia - marzyły nam się spacery wzdłuż brzegu morza, błogie lenistwo i upojne chwile spędzane w wynajętym domku tuż obok lasu.

Dojechaliśmy na stację kolejki - tylko nią można było dojechać do naszej ziemi obiecanej. Według rozkładu mieliśmy czekać jeszcze dwie godziny, ponieważ spóźniliśmy się na poprzedni kurs. Wielkim było nasze zdziwienie, gdy niebawem rozległ się charakterystyczny gwizd lokomotywy i stukot kół na torach. Zerwałam się z walizki, na której zdążyłam się rozsiąść. Gdy tylko pojazd się zatrzymał, wdrapaliśmy się do środka i poszliśmy w stronę kabiny, by zakupić bilety na przejazd.

Mężczyzna siedzący w środku był wysoki i ogorzały. Miał na sobie brudne spodnie i koszulkę na ramiączkach, z kącika ust zwisał mu papieros. Zawahałam się przez chwilę, przez moment byłam pewna, że jest to tylko przejazd techniczny.

- Witam, chciałabym kupić bilety - rzekłam, gdy mierzył mnie wzrokiem.

- Zapewne to wy wynajęliście domek? - zapytał.

- Tak - zdziwiłam się nieco - skąd pan wie?

- Wszyscy wszystko wiedzą - uśmiechnął się ponuro i spojrzał mi w oczy, od tego spojrzenia zakręciło się w głowie - Jak chcecie jechać za darmo, to siadać, odjazd będzie.

- Dziękujemy - wybąkałam pod nosem.

Zaczęły się zawroty głowy. Wtuliłam twarz w tors Marka i zamknęłam oczy. Wyglądało na to, że już pierwszego dnia z wypoczynku będą nici. Poczułam się senna i zmęczona. Nie wiem, jak długo jechaliśmy - bujałam się między jawą a snem, żołądek podchodził mi do gardła, gdy tylko próbowałam się ruszyć. Mój mężczyzna widział, co się ze mną dzieje, podawał mi wodę i gładził moje włosy. Nigdy nie miałam choroby lokomocyjnej, a tu coś takiego!

Nikt nie wsiadał, byliśmy tylko my. Kolejką w końcu szarpnęło i zaczęła zwalniać, aż w końcu się zatrzymała. Marek pomógł mi wstać, wziął nasze walizki i razem wyszliśmy. Przed nami rozciągał się piękny widok - kilkanaście domków i dwa większe budynki. Poczułam się trochę dziwnie, nie widziałam żadnego sklepu, nawet spożywczego, byłam jednak zbyt słaba, by cokolwiek mówić.

Na spotkanie wyszła nam wysoka, chuda kobieta. Mimo lata, miała na sobie ciemną suknię ciągnącą się po ziemi, u szyi obramowana była koronką i ozdobiona dużą, opalizującą kameą. Zmarszczki na jej twarzy świadczyły o sędziwym wieku, włosy spięte w niski kok, sprawiały, że wydawała się surową matroną.

- Witajcie, moi drodzy - rzekła z nienaganną dykcją - Na imię mam Zofia. Widzę,że pani przeszła swoje, nie będziemy więc was męczyć. Pozwólcie, że wskażę wasz domek.

- Czyli, że są tu jeszcze jacyś inni przyjezdni? - Marek silił się na uprzejmość, starając się dogonić żwawą starszą panią, jednocześnie ciągnąc mnie za sobą.

- Byli - powiedziała, podchodząc do domku stojącego na uboczu i wyciągając zza paska duży klucz - Wyjechali kilka godzin temu.

Gdy otworzyła drzwi w nozdrza buchnął nam zapach kurzu, w promieniach słońca tańczyły jego drobinki. Przebijała się nuta jeszcze czegoś, jakby stęchlizny. Domyślnie założyłam, że wydaje mi się ze zmęczenia i widocznie jestem rozpieszczoną, miastową panienką. Najwyraźniej na wsi takie wonie to norma, dlatego Zofia wita nas w progu tak, jakby czekała na oklaski.

- Bardzo dziękujemy, Zofio - rzekłam i przyjęłam klucz z jej dłoni - Domek jest piękny.

- Czy moglibyśmy się rozliczyć? - spytał Marek, sięgając do kieszeni po portfel.

- Jak będziecie wyjeżdżać, cena się nie zmieniła. Oczywiście, jedzenie macie w domu - jej twarz wykrzywił grymas, który prawdopodobnie miał być zachęcającym uśmiechem - Jeśli będzie wam czegoś brakowało, mieszkam w domku tuż obok stacji.

Przez chwilę patrzyła, jak wnosimy bagaże do domku, nerwowo bawiąc się kameą, po czym skinęła nam głową i oddaliła się, zamiatając brzegiem sukni drogę.

Ta kobieta wydawała mi się dziwna, jednak nie mogłam dokładnie określić, co takiego w niej mnie niepokoiło. Szybko jednak wszelkie myśli wyparowały z mojej głowy, ponieważ Marek zawołał z pięterka, że znalazł ogromne łóżko. Tego było mi trzeba - zagrzebania się w kocach i zdrowej dawki snu.

Podczas, gdy ja spałam, Marek zdążył przejrzeć zawartość lodówki i spiżarni. Gdy w samej koszulce zeszłam na dół, cały czas przeciągając się i przecierając oczy, na dole czekała na mnie prawdziwa uczta - spaghetti, czerwone wino i jakieś ciasto. Co jak co, ale trafiłam na cudownego mężczyznę i choćby za zdolności kulinarne mogłabym za nim pójść na koniec świata.

Następnego dnia, skoro świt postanowiliśmy wybrać się na spacer. Mieliśmy ochotę przejść się brzegiem lasu, zobaczyć również kolejne miasteczko, do którego zajeżdża kolejka. Pogoda była śliczna, poprzez liście drzew przedzierało się słońce. Wszystko było spokojne, a my szliśmy za ręce i żartowaliśmy jak dzieci.

Mimo, iż nigdy nie przepadałam za zbieraniem grzybów, postanowiłam potowarzyszyć mojemu lubemu, który umyślił sobie, że na obiad przyrządzi polędwiczki z prawdziwkami. Rozmawialiśmy, cały czas idąc przed siebie. Co jakiś czas sprawdzałam, czy nie oddalamy się zanadto od torów.

Spędziliśmy ponad dwie godziny na łonie natury, jednak mimo dość szybkiego tempa, nie widzieliśmy nie dotarliśmy do miasta.

Powoli zaczynałam wpadać w panikę, że zabłądziliśmy. Południe minęło, wyszliśmy idąc już wyłącznie trasą kolejki- żołądki grały nam marsza i coraz bardziej się denerwowaliśmy.

Drzewa się przerzedziły, byłam pewna, że już jesteśmy na miejscu. Nic nie zdziwiłoby mnie bardziej jak to, że wyszliśmy... tuż obok stacji, z której dzień wcześniej odebrała nas Zofia! Zbaraniałam, po minie Marka widziałam, że i on poczuł się dziwnie.

- Cóż - rzekł drapiąc się w zamyśleniu po brodzie - Chyba wypiliśmy wczoraj więcej niż sądziliśmy. W którymś momencie zawróciliśmy.

Chciałam zaprotestować, że przecież cały czas szliśmy obok torów, że nie wchodziliśmy głęboko w las - właśnie po to, by się nie zgubić, jednak mimo iż słowa cisnęły mi się na język, zdawałam sobie sprawę, że zabrzmiałoby to absurdalnie.

Ostatecznie darowaliśmy sobie nawet wyszukane kucharzenie, po prostu pochłonęliśmy w rekordowym tempie resztki z kolacji. W tym czasie pogoda zdążyła się popsuć na dobre - pierwsza błyskawica przecięła niebo, po czym zaczął kropić drobny deszczyk.

Nie mieliśmy tutaj zasięgu, ale był telefon stacjonarny - postanowiłam zadzwonić do mamy, jednak w słuchawce odezwała się cisza. Wyszłam więc na mżawkę, by odnaleźć Zofię z nadzieją, że użyczy mi swojego.

Widziałam, że zza firanek obserwują mnie ciekawskie oczy. W końcu ktoś wychylił się z okna i jakby czytając mi w myślach, wskazał na większy budynek, który nazwał wielką salą. Gdy spojrzałam zdziwiona i chciałam zapytać, czym jest ta sala - okno było już zamknięte. Wzruszyłam ramionami, postanowiłam sprawdzić.

Zofia stała pod ścianą, wokół bawiły się dzieci. Uśmiechnęłam się w duchu i podeszłam do niej. Przez chwilę razem obserwowałyśmy tą idyllę - zero krzyków. Były w różnym wieku, jednak bawiły się wspólnie. Pomyślałam wtedy, że muszą być ze sobą bardzo zżyte, skoro nie kłócą się, nie zabierają sobie zabawek, starsze opiekują się młodszymi.

- Jest pani pedagogiem? - zapytałam.

- Tak. A pani czym się zajmuje?

- Pracuję w przedszkolu - powiedziałam, po czym dodałam: - Pani Zofio, telefon w domku nie działa.

- Naprawdę? - zamyśliła się na chwilę, zdziwiona - Nie wiedziałam. Najwidoczniej burza musiała uszkodzić kable.

- Nie chciałabym być ciężarem - czułam się skrępowana w obecności tej kobiety. - Czy mogłabym skorzystać z jakiegoś innego telefonu?

- Nie kłopocz się, moja droga. Wyślę kogoś, żeby sprowadzili fachowca.

Poczułam się nieco uspokojona, gdy Zofia powiedziała, że z reguły takie naprawy robione są w maksymalnie dwa dni, choć ciężko im dotrzeć do wioski niemal całkiem okolonej lasem - zazwyczaj ludzie poruszali się kolejką, gdy potrzebowali odwiedzić miasto.

Tej nocy spałam niespokojnie, nawiedzały mnie niepokojące sny. Czułam na sobie wzrok wielu ludzi, byli jak za mgłą. Słyszałam szepty, choć kryły się w wietrze, który smagał moje ciało zimnymi powiewami. Nie mogłam rozróżnić poszczególnych słów, choć napawały mnie przerażeniem. Obudziłam się zlana potem i roztrzęsiona.

Chłód bijący od drewnianej podłogi przeszył moje ciało dreszczem. Poczłapałam do kuchni, z nadzieją, że ziołowa herbata pozwoli mi się uspokoić. Nie chciałam zapalać świateł, szłam więc na oślep, dłonią sunąc po ścianie. Była mokra, zawilgocona. Z obrzydzeniem wytarłam rękę o ścierkę przy zlewozmywaku.

Szybko wstawiłam wodę, wyjęłam kubek z szafki. Kątem oka w oknie zauważyłam jakąś twarz. Krzyknęłam na całe gardło, ceramiczne naczynie rozbiło się o posadzkę.

Po chwili po schodach zbiegł Marek. Zastał mnie przerażoną, skuloną w kącie. Opowiedziałam mu o śnie, ale również o tym, co widziałam przed chwilą. Uznał, że nie obudziłam się do końca, usadził mnie przy stole i wmusił we mnie gorącą herbatę z miodem, potem wygnał do łóżka, a sam posprzątał kawałki kubka. Był osobą mocno stąpającą po ziemi. Dzięki niemu uwierzyłam, że była to tylko robota mojej wyobraźni i spokojnie spałam do rana.

Następny dzień rozpoczął się od zamieszania - cała wieś zabrała się przy stacji kolejki. Marek zauważył zamieszanie jeszcze przed śniadaniem, naciągnęliśmy więc pospiesznie ciuchy i poszliśmy zobaczyć, co się stało. Przy niewysokiej platformie mającej ułatwić wdrapanie się do wagoników stało kilku mężczyzn. Nie wyróżniali się właściwie niczym, prócz ponurych min. Byli ubrani podobnie do maszynisty - wymięte, przybrudzone spodnie, niegdyś białe koszulki bez rękawów, odsłaniające muskularne ramiona.

- Co się dzieje? - zapytałam stojącą najbliższej nas kobietę.

- Wyjeżdżają - pociągnęła nosem - Jadą do pracy...

Po chwili do gromadki dokuśtykał jeszcze jeden mężczyzna. Widać było, że chodzenie sprawia mu ból, przy każdym kroku syk wyrywał mu się z ust. Jak wyjaśnił, dzień wcześniej wpadł w sidła, które ktoś zastawił niedaleko stąd. Wyraził zawód, że nie może jechać wraz z innymi. Mój Marek, jak to on, zaoferował swą pomoc i zajął się raną. Zofia stała tuż obok nich, przyglądając się całej operacji ze zmarszczonymi brwiami.

- Dokąd jedziecie, panowie? - zapytałam mężczyzn, gdy podjechała kolejka - Tutaj pewnie ciężko z pracą?

Nie odpowiedzieli, jednak jeden z nich podszedł do mnie, ujął mnie za dłoń i wsunął weń coś malutkiego. Cofnął się. Zerknęłam na przedmiot. Był to mały, opalizujący kamyczek. Chciałam spytać, czemu mi to dał, jednak dał mi nieznaczny znak głową, bym tego nie robiła. Po nim podeszli pozostali. W mojej ręce wylądowały kolejno: stary kapsel, drewniana lufka, pierścionek z niebieskim oczkiem, czerwony guzik.

Kiedy odjeżdżali, wielu ludzi zalało się łzami. Nie rozumiałam, dlaczego tak reagują - przecież wrócą, prawda? Skoro to wyjazd do pracy, to nie jadą tam na wieki, wrócą tak szybko jak to możliwe.

Dni mijały jednakowo, cieszyliśmy się sobą i sielskim otoczeniem. Mieszkańcy byli mili, choć małomówni. Zauważyłam, że darzą Zofię dużym szacunkiem. To jej głos liczył się najbardziej, ona podejmowała wszystkie ważne decyzje.

Któregoś dnia zapukała do naszych drzwi. Już po jej twarzy zauważyłam, że coś się stało. Włosy miała rozwichrzone, oczy podkrążone i przekrwione. Bez chwili wahania zaprosiłam ją do kuchni i podałam herbatę z miodem. Wyglądała na bardzo zmęczoną, może nawet chorą. Usiadła na krześle wzdychając i objęła kubek dłońmi.

- Moja droga - wychrypiała - Jestem bardzo chora. Nie mogę zajmować się dziećmi, bo je zarażę...

- Ależ, Zofio - zaczęłam pewnym głosem - Z pewnością niebawem wyzdrowiejesz.

- Tak - rzekła w zamyśleniu - Jednak nie chcę, by dzieci się nudziły. Dlatego też przychodzę do ciebie.

- O co chodzi?

- Zajmij się tym przez tydzień - powiedziała, po czym szybko dodała: - Oczywiście, otrzymasz za to wynagrodzenie. To tylko dwie godziny dziennie.

Zgodziłam się właściwie od razu. Zachowanie Zofii robiło na mnie duże wrażenie - starała się zapewnić rozrywkę dzieciom, opiekowała się nimi, jak i całą społecznością. Sądziłam, że przyda się jej odpoczynek, pewnie pierwszy od wielu lat. Początkowo usiłowałam ją przekonać, że z chęcią się tego podejmę i nie trzeba żadnych pieniędzy, jednak nalegała, więc ustąpiłam.

Tego samego dnia byłam już w sali. Towarzyszył mi Marek oraz Zofia, która postanowiła przedstawić mnie maluchom. Było mi bardzo miło, że ktoś obdarzył mnie takim zaufaniem. Panował spokój, tak jak zapamiętałam to z pierwszej mojej wizyty tutaj. Wkrótce starsza pani wyszła, mój ukochany zaś utonął w książce. Postanowiłam obejrzeć dokładnie salę.

Odkryłam, że za kotarą znajdowało się małe pomieszczenie gospodarcze. Nic specjalnego - stolik, mała kuchenka polowa, stary czajnik, jakaś szczotka. Za stolikiem jednak zauważyłam drzwi. Były malutkie, sięgały mi do ramienia, a nie należałam do kolosów - ze swoim niskim wzrostem, żartobliwie byłam nazywana przez przyjaciół i Marka "krasnoludkiem".

Zerknęłam, czy dzieci spokojnie się bawią i uspokojona, postanowiłam sprawdzić, co takiego znajdę po drugiej stronie drzwi. Odsunęłam stół. Drzwi ustąpiły bez większego problemu, ponieważ nie miały zamka ani klamki - musiałam jedynie podważyć je nieco. Przy okazji złamałam jeden paznokieć, ale czego się nie robi, by zaspokoić ciekawość.

Były tam schody. Schyliłam się, ponieważ było dość nisko i weszłam na górę. To, co zobaczyłam, zdziwiło mnie niezmiernie. Siedziała tam trójka dzieci, nieco starszych niż te, które miałam pod opieką. Mogli mieć maksymalnie po dziesięć lat.

- Czemu nie jesteście na dole? - zapytałam zaniepokojona.

- Chcę moje buty - szepnęło jedno z nich smutno.

- A ja moją lalkę - dodała dziewczynka.

- A ja mamę - powiedział płaczliwym głosem drobny chłopczyk.

Zjeżyły mi się włosy na głowie. Czyżby siedziały tu całkiem same? Do głowy przyszło mi, że Zofia stosuje jakąś dziwną karę, zamykając je na górze całkiem same. Tylko czym zawiniły? Próbowałam jeszcze pytać o coś, nawet prosiłam, by zeszły na dół. Nie reagowały, patrzyły smutno. Zawołałam Marka.

Po chwili usłyszałam znajome kroki, które rozległy się na dole. Zbiegłam do niego, przechodząc przez niskie wejście przy okazji uderzyłam się w głowę. Chaotycznie próbowałam mu wytłumaczyć, co zobaczyłam. Pokiwał głową, zdziwiony - pewnie też nie spodziewał się czegoś takiego. Nie pytając o nic więcej poszedł sprawdzić, a ja oparłam się o stolik, starając się uspokoić oddech.

- Tutaj nic nie ma, kochanie - wrzasnął z góry - Widzę tylko kurz.

Tego już mi było za wiele. Ktoś próbował ze mnie zrobić wariatkę! Mój luby nawet patrzył na mnie z politowaniem, podejrzewał najpewniej, że uroiło mi się od uderzenia w głowę. Powiedział, że on popilnuje dzieci, a ja powinnam iść do domu i odpocząć. Tyle, że czułam się bardzo dobrze i nikt nie był w stanie mi wmówić, że przywidziało mi się. One tam były!

Gniew wyczerpał mnie do tego stopnia, że zasnęłam trzymając w dłoni czerwony guzik. Sen nie przyniósł mi jednak odprężenia - widziałam twarz tego robotnika. Próbował mnie przed czymś ostrzec. Widziałam kolejkę, która jechała prosto w ciemność. Przed oczami przesuwały mi się twarze dzieci, które zniknęły ze schodów. Wciąż prosiły o to samo - o buty, lalkę i mamę. Na końcu koszmaru zobaczyłam twarz Zofii wykrzywioną w złośliwym uśmiechu. Zerwałam się z krzykiem z fotela.

Przede mną leżała zapisana kartka.

- Układ został zawarty - przeczytałam, a serce ścisnęło mi się w piersi.

Nie wiedziałam, co to może znaczyć, jednak wystraszyłam się. Nie tylko ze względu na słowa - ktoś musiał być w domku, podczas, gdy spałam. Miałam wrażenie, że robią sobie ze mnie okrutne żarty, mające na celu doprowadzenie mnie do szaleństwa. Nie mogłam znaleźć sobie miejsca i płakałam. Wszystkie zdarzenia z ostatnich dni wróciły do mnie, zagubienie mnie przytłaczało.

Gdy wrócił Marek, rzuciłam mu w twarz pomiętą kartkę, krzycząc, że musimy jak najszybciej wyjechać. Zmarszczył brwi i powiedział ostrożnie:

- Tu nic nie ma...

Nie wierzył mi. Nikt mi nie wierzył. Podał mi jakieś tabletki na uspokojenie, sprawiły, że poczułam się otępiała. Zaprowadził mnie na górę i kazał odpoczywać. Nie mogłam jednak wysiedzieć w miejscu - ostrożnie wyszłam przez okno, tak, by nie usłyszał. Musiałam odnaleźć Zofię i dowiedzieć się, co to wszystko znaczy.

Siedziała spokojnie przy stacji, jakby na mnie czekała. Nie wyglądała już na chorą. Jej wargi zdobił ten sam grymas, który widziałam we śnie. Przez chwilę stałam przed nią w milczeniu, aż w końcu nie wytrzymałam i wypaliłam:

- Co to znaczy, że układ został zawarty?

- Dostałaś moją wiadomość? - zapytała, pochylając głowę - Cieszę się.

- Co to, do cholery, znaczy?! - ryknęłam na nią.

- Czyż nie otrzymaliście wszystkiego? - bez odrobiny zdenerwowania skubała materiał sukni - Przyjęliście nasze zasady. Nadszedł już czas zapłaty.

Jej twarz rozmywała mi się przed oczami tworząc fantastyczne kształty. Przez chwilę wydawała się przypominać straszną maskę z ustami wypełnionymi ostrymi kłami, następnie zmieniła się w drżącą, różową galaretę z małymi, świńskimi oczkami. Nagle wszystko wróciło do normy, a ja dyszałam jak po długim biegu.

- Jak już pewnie zauważyliście, nie możecie stąd odejść - rzekła - Mam jednak dla was jeszcze jeden układ...

Nie słuchałam dłużej. Pobiegłam do domu. Postanowiłam jeszcze raz przekonać Marka, byśmy stąd uciekali. Niemal straciłam kontrolę nad sobą. Płacząc prosiłam go, byśmy jak najszybciej spakowali walizki. W końcu ugiął się i obiecał, że wyjedziemy następnego ranka. Ulżyło mi.

Wieczór spędziliśmy razem, a ja wyciszyłam się nieco. Czytał mi fragmenty książki, zajmował rozmową. Ugotował cudowną kolację. Przysypiałam właśnie na kanapie w jego objęciach, gdy rozległo się pukanie. Spojrzeliśmy po sobie.

- Nie otwieraj - poprosiłam.

Dźwięk jednak nie ustawał, stawał się coraz bardziej natarczywy. W końcu mój ukochany wstał i podszedł do drzwi. Wpuścił do domku mężczyznę. Zmierzył nas wzrokiem, po czym rzekł:

- Mam dla państwa układ, radziłbym się nad nim zastanowić.

Przeszedł mnie dreszcz. Marek wysłuchał cierpliwie, choć widziałam, że to, co mówi nieznajomy niepokoi go coraz bardziej. Wyjaśnił nam, że w chwili gdy przyjęliśmy ofertę darmowego przejazdu zawarliśmy pierwszą umowę. W momencie, kiedy zgodziliśmy się na zapłatę za domek przed wyjazdem - drugą. Ostatnia dotyczyła mojego zastępstwa za Zofię.

- Wypuścimy panią z wioski, jeśli pan zgodzi się na układ - powiedział.

- Nie - zerwałam się z kanapy i złapałam go za rękaw, po czym pociągnęłam w stronę drzwi - Wynoś się natychmiast!

Wypchnęłam go na zewnątrz. Marek starał się jakoś mnie pocieszyć, uspokoić. Postanowiliśmy położyć się wcześniej. Uznaliśmy, że jeśli chcemy stąd uciec, musimy być w pełni sił. Możliwe, że będą chcieli nas zatrzymać za wszelką cenę. Wiedzieliśmy, że nie mamy co liczyć na transport kolejką, więc czekało nas mozolne przedzieranie się przez las.

Tej nocy kochaliśmy się po raz ostatni.

Rano nie mogłam go nigdzie znaleźć. Nie było go w domku, nie widziałam go również w miasteczku. Bałam się, że odszedł beze mnie lub zrobili mu coś. Spotkałam Zofię, a to co mi powiedziała, sprawiło, że pogrążyłam się w rozpaczy.

- Zawarł układ - wzruszyła ramionami - Mogłabyś stąd odejść - przyjrzała mi się uważnie i wyszczerzyła ostre zęby w parodii uśmiechu - Tyle, że jesteś w ciąży. To, co należy do nas, zostaje z nami na wieczność.

- Opowiadanie konkursowe - Wakacje 2014 -

Źródło: sen :)
Oceń:
6
Oceniać mogą tylko zalogowani użytkownicy

Skomentuj! Daj znać innym co o tym sądzisz!