Historia

Embargo

emma cole 7 4 lata temu 6 130 odsłon Czas czytania: ~15 minut

Od dłuższego czasu obserwowaliśmy co się dzieje w Europie i drżeliśmy w ciemności na myśl o tym, co się dzieje. Ostatnie embargo, jakim Rosja obłożyła Polskę okazało się być ciosem, który wymierzyła sama sobie. Polskie jabłka stały się rarytasem, a hasło "Jedz jabłka na złość Putinowi" rozpowszechniło się zarówno w Internecie, jak i na ulicach - modnym stało się kupowanie owoców od sadowników, wszyscy nosili reklamówki pełne papierówek. Niezbyt nas to ruszyło, co nas obchodzą jakieś jabłka? Przecież nawet ich nie jemy!

Gorąco zaczęło się robić wczoraj. Siedziałem na kanapie w naszym małym mieszkanku, moja oblubienica uwijała się w kuchni sprzątając po kolacji. W tle szemrał stary, kineskopowy telewizor, a ja byłem odprężony, było mi ciepło i dobrze. Lubiłem takie leniwe wieczory, podczas których zamawialiśmy dostawę z restauracji. Pizza lądowała w koszu, ale była to niewielka cena za jeszcze ciepły posiłek.

Nie przypuszczaliśmy, że się tak stanie. Prezenterka z zawodowym uśmieszkiem oznajmiła, że po wieprzowinie i jabłkach przyszedł czas na czosnek. Gdybym nie wiedział, jak było z innymi produktami, machnąłbym na to ręką, jednak tym razem przestraszyłem się nie na żarty. Podkręciłem głośność i zawołałem Izabelę, a ona wyjrzała z kuchni. W jej oczach zobaczyłem wzburzenie.

- Chyba nie myślisz, że będą jeść czosnek? - zapytała z pobłażliwym uśmiechem.

- Właśnie myślę - odrzekłem strapiony. - Znam ten naród wystarczająco długo, by wiedzieć, że jeśli chodzi o Rosję, to są zdolni do wszystkiego.

Pokręciła głową i wróciła do swoich zajęć, tymczasem ja dopadłem do telefonu w przedpokoju i wykręciłem numer do Henryka. Był on moim mentorem przez ostatnie dziesięciolecia, wiekowy i stateczny na pewno zdawał sobie sprawę z tego, co może się wydarzyć. Krótko wyłożyłem mu o co chodzi - wiedziałem, że unika nowinek technicznych, więc ani telewizora ani radia nie można było u niego uświadczyć. Ze względu na mnie dał sobie zainstalować aparat telefoniczny i choć traktował go jako zło konieczne, wiele razy rozmowy z nim podnosiły mnie na duchu.

- Nie bądź taki zmartwiony, Iza ma trochę racji, wcale nie musi być tak źle - pomilczał przez chwilę, po czym roześmiał się: - Wyobrażasz sobie współczesną elitę obżerającą się czosnkiem?

I to był koniec rozmowy z nim, po chwili usłyszałem miarowe pochrapywanie. Czy tylko ja widziałem problem? Westchnąłem ciężko, odłożyłem słuchawkę i podszedłem do Izabeli, która właśnie malowała paznokcie na krwisty kolor. Wtuliłem twarz w jej włosy. Pachniała bzem.

Zostawiliśmy okno otwarte na dzień i choć było zasłonięte ciemnymi, pluszowymi zasłonami, do moich nozdrzy doleciał ohydny zapach. Przetarłem oczy leniwie i nim pojąłem, co się dzieje, uświadomiłem sobie, że zaczęło się - czułem zapach jajecznicy z dużą dawką cebuli i czosnkiem. Zakląłem szpetnie pod nosem. Pewnie nasza sąsiadka postanowiła zrobić śniadanie ku chwale ojczyzny.

Na paluszkach, by nie obudzić Izabeli podszedłem do komody i zapaliłem różane kadzidełko. Starając się być cicho wytaszczyłem ze schowka wielki wiatrak i podłączyłem. Mimo, iż był wiekowy, działał w miarę cicho i choć rozwiał kurz po mieszkaniu, ustawiony przy oknie, trochę wypychał wstrętną woń. Uspokojony, wróciłem do łóżka i usnąłem.

Kilka dni później, gdy słońce zniknęło za horyzontem nastał nas czas. Mieliśmy w planach odwiedzenie starych przyjaciół, gdyż dawno z powodu pracy nie mieliśmy czasu wspólnie "wrzucić coś na ząb". Zebraliśmy się w starym magazynie, który wynajmowaliśmy raz do roku na takie okazje. Przyszli wszyscy starszy znajomi, dołączyło również para nowych, byli młodzi i nieporadni, lecz jednak najwyraźniej Henryk dostrzegł w nich jakiś potencjał.

- Byłaby ich trójka, ale Olek się zatruł - powiedziała Morgana podchodząc do nas.

- Jak to się zatruł? - podchwyciłem skwapliwie.

- Ano, żółtodziób - wzruszyła ramionami ściszając głos - Czuł czosnek, ale był tak spragniony, że właściwie było mu obojętne, byle napchać brzuch.

- Mój boże! - krzyknęła Iza - Przecież to straszne! Jak on się czuje, Morgano?

- Henio go leczy, ale marne szanse.

Gorzka to była dla nas wiadomość. Raz na jakiś czas takie sytuacje się zdarzały, jednak nie w ciągu ostatniej dekady. Izabela posmutniała, zawsze bolała ją strata któregoś z naszych przyjaciół.

Młody sługa otworzył drzwi i do magazynu wszedł sprężystym krokiem sam Henryk. Ubrany był w swój zwykły, skórzany płaszcz za kolana, jego dłoń zdobił pojedynczy pierścień z wielkim rubinem. Wszystkie rozmowy zamilkły, pochyliliśmy głowy w akcie uległości. Był on jednym z najstarszych polskich krwiopijców i doskonale zdawał sobie sprawę z szacunku, jakim go darzymy. Niejako był ojcem nas wszystkich.

- Przyjaciele! - rzekł rozradowany - Bardzo cieszę się, że większość z was dotarła! Zgodnie z naszą tradycją będziemy dziś ucztować i bawić się do rana.

Klasnął w dłonie, a za nim do pomieszczenia wpłynęła przecudnej urody kobieta. Miała na sobie czarną sukienkę i kasztanowe włosy. Widzieliśmy po jej twarzy, że znajduje się w transie. Henryk był humanitarny, odkąd dwa wieki temu nauczył się wprowadzać hipnotyzować ludzi, zawsze oszczędzał im cierpienia.

Kobieta postukując obcasami weszła na środek sali. Przez chwilę stała nieruchomo, po czym sięgnęła, by odpiąć zamek błyskawiczny. Zsunęła sukienkę z ramion, a ta opadła na ziemię. Podziwialiśmy jej gładkie, jasne ciało, otulone teraz wyłącznie przez zasłonę włosów.

Czekaliśmy na znak.

Pierwszy podszedł Henryk, uniósł jej dłonie i naciął nadgarstki wprawnym ruchem. Poczułem znajomy ucisk w dziąsłach, moje kły zaczęły się wyrzynać. Kilka kropel padło na ziemię i wtedy ruszyliśmy wszyscy.

Metaliczny zapach krwi wypełnił pomieszczenie, budząc w nas pierwotne żądze. Staraliśmy się panować nad sobą do chwile, aż nasze towarzyszki się pożywią; nasz mentor zawsze pilnował, by miały one pierwszeństwo. Nawet w tej kwestii był zwolennikiem starych obyczajów.

On sam pożywił się na końcu, po czym przywołał gestem do siebie jednego z młodych i rzekł:

- To będzie dla Ciebie sprawdzian, Edwardzie. Czas byś pokazał, jak wiele wyniosłeś z moich nauk.

Chłopak spiął się. Widać było, że nigdy nie miał okazji pozbywać się ciała i choć zapewne Henryk przeszkolił go w tej kwestii, jego kolana drżały, a na twarz wystąpił pot. Nie chciał w naszych oczach wyjść na tchórza, zatem po chwili wahania skinął głową i podniósł z podłogi bezwładne ciało kobiety.

Rozeszliśmy się nim nastał świt. Ulice były niemal wyludnione, tu i ówdzie jednak przemykali ludzie śpieszący się do pracy. Mimo, iż wypełniało nas jeszcze ciepło po posiłku, nasze zmysły wciąż były wyczulone do granic możliwości, co powodowało niewyobrażalny dyskomfort, gdy natrafialiśmy na ludzi, którzy spożyli czosnek nawet kilka dni wcześniej. Przechodziliśmy wtedy na drugą stronę ulicy i przyspieszaliśmy kroku, by jak najszybciej oddalić się od źródła przykrego zapachu.

Polska dość szybko zaczęła działać. Tak, jak wcześniej jabłkami, Polacy zajadali się czosnkiem pod każdą postacią, gdzie bagietka z masłem czosnkowym była absolutnym minimum. Restauracje dodawały do menu dania z tym paskudztwem, prześcigając się w pomysłach. Sałatki, schab, pieczarki z nim zapiekane, krewetki. Co bardziej restrykcyjni promowali zajadanie się samym czosnkiem - wszak to samo zdrowie. Ludzie, jak to ludzie, podłapali bakcyla i po niedługim czasie od wprowadzenia embarga cała nasza miejscowość śmierdziała niewyobrażalnie.

Izabela zrezygnowała z pracy. Nie była w stanie siedzieć w towarzystwie koleżanek, telefonistek, które namiętnie pochłaniały kanapki od których łzawiły jej oczy. Starałem się mimo wszystko, chociaż przy takim natężeniu smrodu dusiłem się. Niebawem wziąłem urlop.

Cały czas mieliśmy nadzieję, że to tylko chwilowa moda, jednak mijały tygodnie, a nie widać było żadnych zmian. Coraz trudniej było dostać świeżą, nieskażoną krew. Początkowo kupowaliśmy ją od zaufanych ludzi w szpitalach, jednak i tam w końcu dotarła ta plaga.

Henryk nas nie porzucił, mimo, że przy swoim zapleczu finansowym mógłby z dnia na dzień wyjechać za granicę, gdzie miałby pożywienia pod dostatkiem. Tymczasem dwoił się i troił, by choć w najmniejszym stopniu zapewnić nam choć odrobinę niezbędnej posoki. Kilkoro z nas z nim na czele wyszukiwało obcokrajowców, którzy unikali czosnku - wśród nich dużo łatwiej było znaleźć potencjalną ofiarę. Wysączaliśmy ich wszystkich do cna, do ostatniej kropli krwi.

Któregoś dnia przyszedł do nas. Był siny i zmizerniały, jak my wszyscy w owym złym czasie. W jego oczach widać były zaczątki szaleństwa, kły, z głodu wysunięte na stałe, starał się zakryć krzaczastym wąsem, jednak ich koniuszki połyskiwały perłowo, gdy tylko otwierał usta, by przemówić.

- Juliuszu, Izabelo - zaczął łamiącym się głosem - powiadomiłem już większość naszych przyjaciół, czas również i na was.

- O co chodzi, mistrzu? - spytałem z trwogą.

- Musimy wszyscy uciekać, tutaj nie ma już dla nas przyszłości - rzekł i ukrył twarz w dłoniach.

- Dokąd mamy iść, Henryku? - moja oblubienica syknęła gniewnie, po czym już wracając do właściwego tonu konwersacji, dodała: - Nasze miejsce jest tutaj, to musi w końcu minąć! Gdzie znajdziemy swój kąt, skoro cały kraj jest skażony?!

Spojrzałem na mego mentora i zrozumiałem, do czego zmierzał. Powinniśmy udać się do Rosji. Zasiadł z nami przy niemal pustym stole, Izabela nalała mu odrobinę krwi z naszych ostatnich zapasów. Pociągnął łyk, jego cera od razu nabrała zdrowszego kolorytu, a on sam zaczął objaśniać diaboliczny plan usnuty przez polską elitę wampirów:

- Nie przenosimy się tam na stałe, jedziemy wszyscy w interesach - powiedział cicho, gestykulując - Niektórzy z naszych przedzierają się już przez granicę i zaczęli polowanie. My również musimy. Polacy jedzą czosnek na złość Putinowi, my będziemy gryźć wspólnego wroga, póki nie wyzionie ducha!

- Nie wiedziałam, Henryku, że z ciebie taki patriota - Izabela uśmiechnęła się blado.

- A tam, patriota - machnął ręką - Po prostu od wieków mierżą mnie kacapy.

Dostaliśmy swoje zadanie rozpisane na kartce. Mieliśmy dotrzeć do Moskwy jako małżeństwo Nowaków, goście specjalni polskiej ambasady. Tam nawiązać miał z nami kontakt dawny przyjaciel Henryka i umożliwić nam pełną metamorfozę, dzięki czemu mieliśmy nawiązać kontakt z ludźmi z wyższych szczebli. Pakowanie nie zabrało nam wiele czasu, ponieważ zapowiedziano nam, że potrzebujemy ubrań wyłącznie na podróż, reszta będzie czekać na nas na miejscu.

Podróż nastręczyła nam odrobiny problemów - niemożliwością było zarezerwowanie biletów na nocny lot, mroczna brać zbyt tłumnie rzuciła się spełniać rozkazy rządzących. Nie mogliśmy jednak tego przełożyć. Ostatecznie złożyło się tak, że część podróży odbywaliśmy po zmroku, część w świetle dnia, co sprawiało nam niemały ból. Na szczęście w pełnym słońcu byliśmy jedynie około pół godziny - czekając na wylot. W samolocie udało nam się zregenerować siły i gdy nasze stopy ponownie dotknęły ziemi, zbliżała się północ.

Dalsza droga była już przyjemnością. W zaułku kilka przecznic od ambasady, moja luba wypatrzyła apetyczną parkę, najwyraźniej wracającą do domu z imprezy. Ona była wysoka i chuda, miała krótkie, niebieskie włosy i kolczyk w nosie, za to on długowłosy i postawny. Oboje mieli na sobie skórzane ciuchy, stwierdziliśmy więc, że czeka nas "pikantny posiłek".

Początkowo bronili się trochę, próbowali się wyrywać - niestety, żadne z nas jeszcze nie potrafiło posługiwać się hipnozą. Kochałem Izabelę jeszcze mocniej niż wcześniej od chwili, gdy zobaczyłem, jak wprawnym ruchem skręca chłopakowi kark i zatapia zęby w jego tętnicy. Coś chrupnęło, znieruchomiał, a ona przymknęła oczy i syciła się nim.

Nie byłem tak subtelny jak moja ukochana, rozdarłem gardło mojej ofiary i zlizywałem krew spływającą na jej piersi. Z jej ust zamiast słów wydobywało się rzężenie, oczy wyrażały przerażenie i świadomość śmierci - czyż trzeba mi czegoś więcej? W pewnym momencie przestała się opierać, a jej ręce opadły bezwładnie wzdłuż tułowia. Była cała moja. Po wszystkim wyrwałem jej kolczyk z nosa.

W ambasadzie powitał nam stróż - okazało się, że to on był naszym kontaktem, a przy okazji dawnym przyjacielem naszego mistrza. Był Polakiem, równolatkiem mojego mistrza. Dziwiło mnie, że podjął się takiej pracy, zrozumiałem jednak, że było to konieczne, gdy przedstawił nam jedną z lokalnych wampirzyc, Katerinę.

Wprowadzili nas do przestronnego salonu dla gości. Początkowo mieliśmy obawy, w końcu nie spodziewaliśmy się, że przywita nas Rosjanka. Kiedy jednak się uśmiechnęła i zwróciła wprost do nas, zrozumieliśmy, że mamy w niej przyjaciela.

- Kochani - rzekła ze wschodnim zaśpiewem - W przeszłości wiele podróżowałam, również po polskich ziemiach, które są mi równie drogie, jak moja Rosja - przerwała na chwilę, siadając w pluszowym fotelu - Większości z nas nie podoba się, że zachwiano równowagę w Polsce.

- Katerina trzęsie Moskwą - wtrącił Polak - Ma swoich ludzkich niewolników wszędzie, nawet w ochronie Vladimira.

- Niewolników? - zapytałem - Jak to?

- Wasz mistrz ma wielkie zdolności, potrafi wprowadzić ludzi w trans - tłumaczyła cierpliwie - Ja potrafię niewolić ich umysły, nawet na lata.

Wyrwał mi się gwizd podziwu. Oczywiście, obiło mi się o uszy, że pradawni dysponowali takimi umiejętnościami, nie miałem jednak okazji poznać nikogo z żyjących, którzy byliby aż tak silni. Spojrzałem na Katerinę z szacunkiem i schyliłem przed nią głowę by ukazać pokorę wobec niej, moja luba uczyniła to samo.

- Skoro to potrafisz, to dlaczego nie zniewolisz Putina? - spytała Izabela.

- Wszyscy wielcy zobowiązali się do przestrzegania traktatu, po tym, co zrobił Hitler w czasie drugiej wojny światowej - odpowiedziała Izabela, nieznacznie wzruszając ramionami.

- Nasi maczali w tym palce? - byłem zszokowany.

- Oczywiście. Wampir, który go zniewolił stracił głowę - wstała, pokazując tym samym, że spotkanie uważa za zakończone.

Przez chwilę patrzyliśmy na siebie w milczeniu. Nie chcieliśmy wiedzieć, czy była to przenośna, czy rzeczywiście reszta zdecydowała się unicestwić winowajcę. Wszyscy wiedzieli, że najstraszniejszą karą dla wampira jest rozczłonkowanie. Ze względów humanitarnych nie była jednak stosowana od dawien dawna. Nie dziwiliśmy się, że Katerina wolałaby uniknąć podobnego losu - mimo, iż potężna, doskonale wiedziała, że nie miałaby szans z większością.

Sympatyczny Polak ulokował nas w pokojach niedaleko ambasady, gdzie czekało na nas wielkie łóżko, w pełni wyposażona lodówka oraz garderoba o wielkości naszego skromnego mieszkania. Izabela była wniebowzięta, czekały na nią suknie, jakich nie widziała od przeszło stu lat. Zawsze uważała, że współczesna moda nie była zbyt łaskawa dla kobiet.

Ja sam znalazłem uniform ochrony - powoli zaczynało mi świtać, jaką rolę w planie przygotowano dla mnie i prawdę mówiąc zjeżyły mi się włoski na karku. Robiłem wiele rzeczy, jednak nie sądziłem, że polska elita ma do mnie aż tyle zaufania, by powierzyć mi tak istotne zadanie. Prócz tego, w szafie znajdowały się całkiem normalne ubrania - garnitury, koszulki i jeansy.

Kolejne noce spędziliśmy zwiedzając Moskwę, jednak ponieważ nie chcieliśmy udawać turystów dłużej niż to konieczne, przy każdej nadarzającej się okazji wyszukiwaliśmy ofiary, zaspokajając swój głód. Cały czas czekaliśmy na sygnał od któregoś z naszych rodaków, bądź Kateriny. Kiedy więc takowy nadszedł, leżeliśmy akurat w łóżku, opici jak bąki, senni i rozluźnieni. Zadzwonił telefon - o dziwo, nie zwróciłem na niego uwagi wcześniej. Dzwonił Henryk.

- Mam dla was dobrą wiadomość - zaczął, a ja wyobraziłem sobie, jak uśmiecha się pod wąsem - Edek powiedział mi, że wyczytał w jakichś internetach, że deportowano do Rosji córkę Putina, Marię.

- A co to oznacza?

- A skąd mam wiedzieć, czym są internety? - westchnął - Wkraczacie do akcji. Kurier dziś wieczorem dostarczy wam wszystkie informacje. Jest jadalny.

Na tym połączenie się zakończyło, a ja przez chwilę patrzyłem na słuchawkę, jakbym widział ją pierwszy raz w życiu. Widać, w sytuacjach kryzysowych, mój mentor robił się dowcipny. Szturchnąłem łokciem Izabelę. Mruknęła niechętnie, ale po chwili przeciągnęła się i zaczęła przygotowywać.

Czekając na kuriera, oglądaliśmy telewizję - sporo mówiono o wypadkach zagryzienia mieszkańców Rosji przez dzikie zwierzęta, niektórzy starsi ludzie sugerowali, że to wygląda jak ataki wampirów, jednak z reguły te wypowiedzi traktowane były z przymrużeniem oka, bardziej dla rozbawienia widza i pokazania, że nie ma się czego bać.

Instrukcje dotarły, kurier wykrwawiał się nad wanną, a my powoli przywdziewaliśmy przygotowane dla nas stroje. Miałem wcielić się dziś w ochroniarza Vladimira Putina, natomiast moja luba miała za zadanie zająć się jego córką jako dziennikarka lokalnej telewizji, Marią, usunąć ją z pola widzenia, jeśli będzie robiło się zbyt niebezpiecznie, jeśli zaś nie - zagryźć ją na oczach ojca.

Wszystko było jasne i przejrzyste, ludzie zniewoleni przez Katerinę wiedzieli, co mają robić. Eskortowałem Vladimira wraz z trójką niewolników na lotnisko, gdzie czekała już Izabela, gotowa w każdej chwili dopaść jego córkę.

Kiedy tylko samolot wylądował, zaczęło się dziać - moja luba podbiegła z mikrofonem do Marii, która nawet na nią nie spojrzała zmierzając w stronę ojca. Wymierzyłem lufę pistoletu w jego głowę i syknąłem:

- Ani się waż ruszyć, dziadzie. Patrz, jak się płaci za zbrodnie przeciwko nam!

W tym czasie Iza porzuciła już rolę reporterki, złapała Marię włosy. Kły mojej ukochanej wysunęły się, bezczelnie patrząc na reakcję Putina zaczęła je zbliżać do szyi szamoczącej się dziewczyny. Vladimir nie wiedział, co robić. Krzyczał na swoich ochroniarzy, którzy ani myśleli kiwnąć palcem, próbował mi uciec, jednak złapałem go za kark i zmusiłem do patrzenia.

- O co wam chodzi? - wydusił z siebie.

- O embargo na czosnek - powiedziałem - Dobrze wiedziałeś, że będzie jak z jabłkami! Polacy żrą czosnek, a my głodujemy. Czas przekąsić twoją córeczkę.

- Nie, zaczekajcie! - wrzasnęła Maria - Tato, powiedz im! Powiedz im teraz!

W tym momencie Putin jakby zmiękł. Poprosił mnie szeptem, bym odłożył pistolet, byśmy mogli porozmawiać gdzieś na osobności. Wciąż trzymając Marię za włosy, Izabela przeszła wraz ze mną i Vladimirem do limuzyny. Kazał szoferowi jechać powoli do polskiej ambasady. Początkowo milczał, jakby walczył ze sobą. W końcu, zniecierpliwiony, uderzyłem go pistoletem między żebra.

- Wiem, kim jesteście - powiedział - Embargo nie miało nic wspólnego z interesami Rosji.

- Tak, wiemy, że jesteś podstępny i nienawidzisz Polski - warknęła Izabela, ciągnąć mocniej za włosy Marii.

- Nie chodziło o to. Kilka lat temu podczas jednego z polowań ugryzł mnie dziwny człowiek. Podejrzewałem, że był chory na wściekliznę - przetarł twarz w dłońmi i dopiero wtedy ujrzeliśmy, jak bardzo jest zmęczony - Niestety, myliłem się. Niedługo po tym zacząłem mieć światłowstręt, mimo najbardziej wyszukanych potraw wciąż byłem głodny. Któregoś dnia wyrosły mi kły.

Uniosłem dłoń, by sprawdzić, czy rzeczywiście jego dziąsła w owych miejscach mają tą charakterystyczną wypukłość, lecz nie - dostrzegłem tam jedynie ślady po kłach.

- Usunąłem je chirurgicznie zaraz po tym jak się pojawiły - powiedział, jakby domyślając się mojego pytania.

Popukaliśmy się znacząco w czoło. Nigdy nie słyszeliśmy o czymś takim, wiedzieliśmy jednak od Henryka, że takie sytuacje miały miejsce wcześniej - wraz z usuniętymi kłami, wampir tracił nieśmiertelność, wszystkie zdolności jakie mógłby posiąść z wiekiem, stawał się niewykrywalny dla nas, lecz nie ustępowały inne symptomy - światło słoneczne raniło, a zapach czosnku stawał się nie do wytrzymania.

Jego córka była człowiekiem. Izabela puściła ją po tym jak Vladimir podpisał dokument, który naprędce przygotowaliśmy wraz z Kateriną, która czekała w ambasadzie. Zezwalał od dnia dzisiejszego do końca jego władzy na wwóz polskich towarów do Rosji, dodatkowo podpisując jeszcze jeden papier, informujący, że nie żywi do Polski żadnych negatywnych uczuć i od tej pory Polacy nie muszą się obawiać żadnych negatywnych kroków ze strony Rosji.

W porozumieniu z Henrykiem postanowiliśmy opuścić Rosję. On sam wraz z Kateriną miał poinformować inne polskie wampiry, że cała akcja jest odwołana. Zadbali również o to, by informacje o decyzjach Vladimira dostały się szybko do mediów.

Gdy przyjechaliśmy do Warszawy, Polacy wiwatowali. Nie zdawali sobie sprawy, że był to sprytny zabieg ich starszych braci w naszej osobie, sądzili, że dzięki buntowi wygrali. Zapach czosnku powoli ulatywał z ulic, a my tego samego dnia zostaliśmy zaproszeni do Henryka.

Przywitał nas w drzwiach, ubrany zwyczajowo w skórzany płaszcz. Wprowadził nas do siebie, usadził w fotelu, poczęstował świeżą krwią, po czym nie mogąc tłumić już dużej wesołości, wybuchnął śmiechem.

- Putin krwiopijcą! - kręcił głową z niedowierzaniem.

Oznacz jako: przeczytane ulubione chcę przeczytać

Komentarze

nuda....za długie ;)
Odpowiedz
Już przy pierwszej wzmiance o czosnku nawiedziła mnie myśl o wampirach. XD
Odpowiedz
mi się jak najbardziej podobało :)
Odpowiedz
wiecej sie nie dalo, prosze streszczenie dla mnie
Odpowiedz
10/10
Odpowiedz
Mega przewidywalne i nudne.
Odpowiedz
Czas na obame
Odpowiedz
Zaloguj się, aby dodać komentarz.

Inne od tego autora

Archiwum

Najnowsze i warte uwagi

Artykuły i recenzje