Czarny Piątek

Dodane przez: jim wood, 24.07.2018, 21:28
Reklama:

Świeże powietrze panujące w Adair Hill było wprost błogosławieństwem, dla człowieka przesiąkniętego spalinami i zgiełkiem Nowego Jorku. Steve Adler odcinający pępowinę od swojego dawnego życia, mógł odetchnąć pełną piersią. Stres wynikający z pracy w korporacji znikł, rozwiany niczym piach na wietrze. Odejście z niej było równie ważne, co przeprowadzka. Samo oddalenie się o kilkaset kilometrów od swojego poprzedniego życia było wystarczająco wymowne. Nowy Jork owiała toksyczna chmura, w której Steve nie mógł przebywać.

Słońce znajdujące się w zenicie przyjemnie prażyło, oświetlając okolice jasnym blaskiem. Ptactwo poukrywane wśród listowia drzew śpiewało swoje zalotne melodie. Nieopodal, trzy dziewczynki malowały kredą na chodniku kontury do gry w klasy. Domy stały poukładane wzdłuż wznoszącej się Oak Street, niczym kartonowe pudełka. Każdy był jednopiętrowy, z garażem i pokaźnej wielkości trawnikiem. Przy jednym z nich, na ulicy stała biała furgonetka odbijająca promienie słońca. Po bokach widniały naklejone, czerwone litery układające się w słowa "USŁUGI PRZEPROWADZKOWE BOB & MAX". Młody, na oko dwudziestoparoletni mężczyzna wyszedł z wana zamykając za sobą drzwi. Był ubrany w beżowy kombinezon z bejsbolówką na głowie. Na piersi, nad kieszenią z której wystawał długopis, widniało imię wyszyte czarną nicią - Mike. Chłopak truchtem ruszył na tyły wozu z podkładką na dokumenty i kilkoma świszczącymi kartkami. Otworzył drzwiczki na oścież i wskoczył do środka załadowanej furgonetki.

W tym samym czasie, Steve stał przed swoim nowym domem z pękiem kluczy przypiętym do szlufki jego spranych dżinsów. Budynek z szarej cegły i bordowej dachówki wyglądał z klasą. Segmentowa brama garażowa w kolorze ciemnego brązu i rynna w identycznym kolorze ciągnąca się wzdłuż, dodawała spójności. Ogromne okna przez które wpadała duża ilość światła dziennego, oświetlała salon i kuchnię połączoną z jadalnią. Na piętrze było również okno dachowe, które Steve nazywał okiem na Wszechświat. Jako mały dzieciak obserwował gwiazdy, przez taki przeszklony otwór w dachu. To było jedno z tych miłych wspomnień, które wywoływało uśmiech na twarzy.

Taki dom nie miał prawa kosztować mało, a jednak Steve'owi udało się natrafić na okazję życia. Poprzedni właściciele chcieli równie szybko wyprowadzić się, co Steve wprowadzić. Czuł, że znalazł swoje miejsce na Ziemi. Tak, jak niektórzy odbywają swoje podróże do świątyń tybetańskich mnichów, by odnaleźć siebie w bezkresnym mroku codziennej egzystencji, tak on odnalazł spokój w tej okolicy. Nie chciał pamiętać o tragedii, która zawładnęła jego życiem. Śmierć żony był dla niego ciosem poniżej pasa. Nowy Jork otaczała toksyna wspomnień, która nigdy nie wywietrzeje, ani nie pozbędą się je żadne preparaty. Po opuszczeniu stolicy tego pięknego kraju, mógł znów oddychać i odnalazł siłę do życia. Nie wiedział, że niedługo ten sielankowy obraz, który przyszedł do niego z takim trudem, zniknie.

Kartonowe pudło, z nabazgranym markerem napisem "śmieci" na boku, uderzyło o asfaltową drogę. Steve obejrzał się i zauważył mężczyznę, wypakowującego zawartość wana. Odpiął kluczę i wybrał ten od domu. Metalowe zamki odskoczyły i drewniane wrota o grafitowym kolorze stanęły otworem. W przedpokoju panował przyjemny chłód. Najwyraźniej klimatyzacja dbała o odpowiednią temperaturę w całym budynku. Mama zawsze mu powtarzała, że przewiew w domu jest bardzo ważną rzeczą. Teraz, dzięki dobrodziejstwu techniki nie jest to tak konieczne. Przedpokój był schludny i przestronny. Przy wejściu, po lewej stronie znajdowała się szafka na buty, a obok lustro. Wieszaki przytwierdzono z kolei po prawej stronie holu. W kuchni znajdowały się bazaltowe, czarne blaty. W kontraście, wszystkie meble, szafki i urządzenia w tym pomieszczeniu były białe. Punktowe lampki znajdujące się w suficie dawały piorunujący efekt. Wszystko miało swoje miejsce i mu odpowiadało. Steve podszedł do zlewu i odkręcił kurek. Z początku nic się nie zadziało, jedynie kilka bulgoczących dźwięków dobiegło z odpływu. Jednak po chwili zimna woda trysnęła kaskadą, chlapiąc na blat, posadzkę i koszulkę z napisem "Jestem wolnym człowiekiem!".

- Cholera - zaklął pod nosem i odskoczył do tyłu, o mało nie uderzając w stół.

Steve przemył twarz zimną wodą po czym na powrót zakręcił kurek. Stał tak przez chwilę oparty dłońmi o blat. W głowie kłębiły mu się pomysły, co do urządzenia własnego gabinetu. Miał również cel polegający na napisaniu książki. Od zawsze fascynował się astronomią, fantastyką i postanowił, że stworzy własną historię. Uwielbiał "Mechaniczną pomarańczę" Burgess'a i "Inwazję porywaczy ciał" Finney'a i czuł, że jest wstanie napisać coś równie dobrego. Nie miał zamiaru wracać do pracy w korporacji. Ambicja podszeptywała mu, że oni też byli ludźmi, więc dlaczego on miałby nie napisać książki.

Salon na parterze był najjaśniejszym pomieszczeniem w całym domu. Słońce wlewało się do niego z prawie każdej możliwej strony, tworząc mozaikę cieni na meblach i podłodze. Kanapa stała na środku wśród foteli. Na podłodze rozciągał się dywan w czarnym kolorze.

- Witam - powiedział głos.

Steve odwrócił się gwałtownie ze strachem w oczach. Serce zabiło mu mocniej, a ciało zaczynało już wtłaczać adrenalinę. W pewnej odległości od siebie, zauważył stojącego z podkładką na dokumenty i z długopisem w ręku mężczyznę. Z liter nad kieszenią wiedział, że to Mike, facet od przeprowadzki. Zamknął oczy i policzył do trzech. Odetchnął z ulgą, a ręka, która instynktownie zacisnęła się w pięść, rozluźniła się.

- Nie panu nie jest? Przepraszam, że pana przestraszyłem - powiedział Mike i podszedł do Steve'a pomagając mu usiąść na sofie.

- Nic mi nie jest. Już wszystko pan wypakował?

- Jasna sprawa. Szybko poszło, bo pomógł mi jeden miły gość. Chyba chciałby się z panem przywitać. Może to jakiś sąsiad, czy coś.

- Dzięki wielkie. Gdzie podpisać? - zapytał Steve.

- W tym miejscu. Rachunek został już zaksięgowany, także nie musi się pan niczym martwić - powiedział Mike wsadzając długopis do kieszonki na piersi. - Dziękuje w imieniu całej firmy, do widzenia! - rzucił na koniec z uśmiechem na twarzy gość od przeprowadzek i zniknął w przedpokoju.

- Trzymaj się! - rzucił za nim Steve.

Czterdziestopięcioletni były pracownik korporacji dźwignął się z krzesła. Wyjrzał przez okno i zauważył, że mężczyzna ubrany w białą koszulę z granatowym krawatem, stoi nieopodal jedynego drzewa na jego posesji i wpatruje mu się w oczy. Gdy zauważył wzrok Steve'a na sobie, uśmiechnął się odsłaniając bialutkie zęby i pomachał mu. Jego przerzedzone blond włosy tańczyły walca na wietrze.

Steve zaprosił go na swoje podwórze, gdzie jakże wygodnie, stały dwa leżaki obok siebie. Całość była zacieniona, gdyż słońce padało pod takim kątem, że budynek rzucał ogromny cień. Stolik usytuowany nieopodal wyglądał na zrobiony z wikliny. Facet w koszuli usiadł i oparł aktówkę o nóżkę wyplecionego cudeńka. Steve Adler popatrzył na nią z konsternacją. Nie przypominał sobie, by miał ją wcześniej. Drobne szczegóły często nam umykają, więc nie przejmując się tym poszedł do kuchni. Tam na podłodze stał jeden z kartonów, który otworzył i wyjął czteropak piwa. Chciał je zabrać ze sobą, gdyż nigdzie oprócz jednego sklepu w Nowym Jorku nie dało się go kupić. Chciał podziękować mu za bezinteresowną pomoc, bo w przeciwieństwie do Mike'a nie dostał ani centa. Steve usiadł ciężko obok nieznajomego i podał mu piwo. Ten uśmiechnął się i uderzył knykciami lewej ręki w puszkę.

- Iron City! Nie wiedziałem, że przybyłeś z Nowego Jorku amigo! - powiedział, otwierając piwo z sykiem.

Budynek znajdujący się tuż obok, za metalowym ogrodzeniem, należał do McKenzich. Na trawniku porozrzucane były bejsbolowe piłki, a dwójka chłopców ćwiczyła odbicia. Jeden z nich, miotacz z za dużą jak na jego malutką dłoń rękawicą, rzucił piłkę z całej siły. Drugi chłopiec, któremu wystawały rude kędziorki spod kasku uderzył w szybką prostą posłaną przez jego brata i piłka zniknęła z pola widzenia. Nie szło im najgorzej, praktyka czyni mistrza. Przed nimi długa droga, jeżeli chcą zagościć w drużynie zdobywającej puchar mistrzostw.

- Nie inaczej. Steven Adler, ale mów mi Steve - rzucił i wyciągnął rękę przez stół.

- Norman Stone... Norm- odpowiedział krótko i uścisnął dłoń.

Uścisk miał dość silny, jak na kogoś, kto cierpiał z powodu reumatyzmu. Wyglądało na to, że nie narzekał na swoje zdrowie i czerpał z życia pełnymi garściami.

- Powiedz mi Steve.... Co cię sprowadza do tak małego miasteczka jak Adair Hill? Tutaj nic się nie dzieje. Bogu dzięki, że postawiono Walmart na tym zadupiu! - rzekł, pociągając dużego łyka z puszki.

- Nic specjalnego. Miałem dość Nowego Jorku i pracy w korporacji. Przyjechałem tu odetchnąć.

Norman skinął głową ze zrozumieniem. Zauważył, że Steve mówił o tym niechętnie.

- Ja jestem tylko biednym domokrążcą - powiedział Norman Stone opuszczając smętnie głową.

- To znaczy, że próbujesz wcisnąć innym magiczne pralki i otwieracze do konserw?

- To znaczy, że sprzedaje innym latające dywany i flety wystrugane przez Jezusa.

Obaj wybuchneli śmiechem pieczętując to otwarciem kolejnej puszki.

- Norm, pewnie masz taką... no wiesz, kartkę...

- Listę mieszkańców do obskoczenia? - zapytał Norman nieznacznie wysuwając język z ust.

- Dokładnie o to mi chodziło - odparł Stev z uśmiechem. - Możesz mnie wpisać na jakąś inną listę, zatytułowaną "Jebie na dywany Jezusa i flety Alladyna", czy jak to tam szło?

Znów obaj zaczęli śmiać się do rozpuku, niczym dzieciaki na boisku, które opowiadały sobie dowcipy.

- Szczerze mówiąc, to nie mam żadnej listy, wszystko jest w głowie, amigo. Ale mogę wziąć twoją decyzję pod uwagę. Muszę cię o coś zapytać - tutaj sięgnął do aktówki z której wyjął scyzoryk i poprawił się na krześle. Ostrze błysnęło odbijając światło. - Czy nie chciałbyś wziąć sobie za żonę, tego o to ostrza dziewięć centymetrów, prawdziwego cudu pierdolonej techniki?

- Proszę księdza... Nawet teściowej jeszcze nie oglądałem. Ale faktycznie... okazja jak z czanego piątku - odparł Steve.

- W końcu nie na darmo krążę po wszystkich domach, zaczynając punkt dziesiąta w piątek.

Norman puścił donośnego bąka i schował ostrze. Na Oak Street gościło dziś wyjątkowo dużo chichotu.

Po jakimś czasie byli na tyle napruci, że nie wiedzieli gdzie jest pion, a gdzie poziom. Steve cholernie polubił tego gościa. Czuł, jakby znał go od zawsze. Norman Stone spojrzał na zegarek przytwierdzony do przegubu. Zamrugał kilka razy, przybliżał i oddalał rękę, jednak wskazówki jakby się podwoiły, albo nawet potroiły.

- Nie mam bladego pojęcia, która jest godzina Steve, ale pora wracać do domu.

Przy czym pojęcia brzmiało jak "pojścia", a godzina jak "gozzina". Norman dźwignął się i omal znowu nie usiadł. Zagarnął zamaszystym ruchem aktówkę i wsadził ją sobie pod pachę. Steven również wstał, nieco lepiej orientując się w terenie. Zaprowadził Normana na chodnik przy Oak Street i wpadli sobie w niedźwiedzi uścisk. Słońce, niczym płonący dysk chowało się za linią horyzontu, pozostawiając za sobą purpurowy osad na niebie. Norman Stone ruszył w dół chodnikiem co jakiś czas zataczając się z prawo na lewo. Stev skierował się do domu. Nie przejmując się niczym poszedł spać w salonie, gdzie stała skórzana kanapa. Nawet nie zaprzątał sobie głowy, by zdjąć buty. Jego myśli szybko pogrążyły się we śnie.

Nawet nie wiedział, że ktoś obserwuje go przez okno. Mężczyzna stojący w cieniu przy drzewie, wyglądający, jakby oczy zamienił z czerwonymi światłami sygnalizacji świetlnej. Uśmiechał się odsłaniając kawał dobrej roboty dentystycznej.

W mieszkaniu praca szła mozolnie, ale do przodu. Pierwszym, czym zajął się Steve był własny gabinet. Doskonale wiedział, że chce go urządzić na piętrze, z dużym oknem wychodzącym na podwórze. Poustawiał szafki, wniósł biurko w częściach, które później złożył i komputer z dużym monitorem. Wszystko miało swoje miejsce. Każdy najmniejszy element układał z wielkim pietyzmem i dbałością. W końcu mógł cieszyć się swoim kątem siedząc na biurowym krześle, choć tak naprawdę to cały dom był własnym kątem. Jego i tylko jego.

Kilka dni wystarczyły na uporządkowanie salonu, kuchni i reszty pomieszczeń. Steve pracował z dnia na dzień co raz szybciej, a że miał wolne to szło mu sprawnie. W końcu, mógł lekko odsapnąć i nacieszyć oczy swoim mieszkaniem.

W głowie zaświtała mu myśl, czy poprzedni właściciele opróżnili strych. Pomyślał, że może znajdzie tam wiele interesujących rzeczy. Garaż był co prawda pusty, jednak na strychu jeszcze nie miał okazji być. I nie mylił się, ponieważ przestrzeń nad jego gabinetem była zawalona dosłownie pod sam sufit rupieciami. Aż dziw brał, że to wszystko się nie zawaliło.

- Jezu Chryste - rzucił, gdy zobaczył stosy zabawek, odkurzaczy, mikserów, kilkanaście pralek i lodówek, a to wszystko dopiero początek.

Nie znał poprzednich mieszkańców, lecz wydawało mu się, że byli uzależnieni od kupowania najróżniejszych rzeczy i składowania ich, być może od pokoleń. Karton obok kartonu, pojemnik na pojemniku. Takiego obrazu rozpaczy nie spodziewał się zobaczyć po tym, jak wyglądała reszta domu. Brnął naprzód, depcząc szwadrony plastikowych żołnierzy i stare, pożółkłe gazety. W rogu, gdzie pająki zakładały swoje pułapki, stała drewniana skrzynia. Zaintrygowany podszedł do niej i przyklęknął na jedno kolano. Zamki odskoczyły bez trudu wzniecając drobiny kurzu w ruch. Wieko było znacznie cięższe, niż się spodziewał, jednak w końcu skrzynia ustąpiła. W środku, na niebieskim, aksamitnym materiale stała maszyna do pisania. Steve'nowi od razu zaświeciły się oczy, gdy ją ujrzał. Delikatnie wyjął ją i postanowił przenieść do swojego gabinetu. "Będę musiał skoczyć po papier" pomyślał, gdy maszyna stała już na jego biurku. Tymczasem na parterze rozległ się dźwięk.

Telefon stacjonarny znajdujący się w holu zaczął dzwonić. Steve nie zauważył go, gdy pierwszy raz wchodził do mieszkania. Kolejny element, który mu umknął. Zbliżył się do niego i podniósł słuchawkę.

- Halo? - rzucił niepewnie myśląc, że to pomyłka. Nie było osoby, która chciałaby z nim porozmawiać, nie mówiąc już o tym, że nikt nie wiedział, gdzie postanowił się przenieść. Jedynie Norman mógłby do niego zadzwonić.

Po drugiej stronie słuchawki dało się słyszeć nierównomierne i głośne sapanie. Z pewnością był to mężczyzna. Steve nie wiedział co o tym myśleć. Może ten ktoś potrzebuję pomocy, ma zawał, albo ktoś wkradł się do jego domu, a ten wykręcił pierwszy lepszy numer jaki zdołały wstukać jego palce? Jednak nie uważał, by to była prawda. Rozłączył się i odłożył słuchawkę na miejsce. Nie, to nie mógł być Norman.

Chwała Walmart'owi na nic się zdała, gdyż znalezienie papieru do starej maszyny do pisania, nie było takie proste. Jedna blondynka zapytana o odpowiedni papier zrobiła oczy, jakby usłyszała o lądowaniu UFO na podwórku jej domu. Musiał objechać pół miasteczka, zanim natrafił na dziwny sklep mieszczący się na Alexis Street. Szyld oświadczał, że były to "Cuda i Cudeńka". Wewnątrz panowała atmosfera podoba, do te panującej na jego strychu. Gruba ekspedientka za lady nie była aż tak zdziwiona, jak ta pusta lala z Walmart'u. Poszła na zaplecze i po chwili wróciła z calutką rysą papieru do maszyny. Steven zapłacił i wyszedł najszybciej jak to możliwe. Chciał jak najszybciej znaleźć się w domu i zacząć pracę nad swoją powieścią. To nie mogło czekać.

Usiadł na krześle w swoim gabinecie popijając burbon ze szklanki. Przed nim stała maszyna do pisania z założonym na rolki papierem. Pociągnął kolejny łyk. Kartka była zupełnie pusta, nie widniało na niej ani jedno słowo. Spojrzał na zegarek znajdujący się na przeciwległej ścianie. Dochodziła dwunasta w nocy. Złapał się za głowę i zaczął szarpać włosy. Siedział jak pieprzony kołek od kilku godzin, chlejąc i gapiąc się na maszynę do pisania. Nawet nie spróbował wciskać czegokolwiek. Szklanka za szklanką, w pewnym momencie można zgubić rachubę. Steven spiął się i wystukał - Kurwa jego mać, zaraz chyba pójdę spać. Zerwał papier i zmiął w kulkę, którą rzucił za siebie. Telefon znów się rozdzwonił.

Steven był wypity i nie miał ochoty na pogawędki. Powieść, która miała sukcesywnie powstawać, utknęła w miejscu. Rozmówca po drugiej stronie wysapał tylko - Salon... Okno...

- Kto kurwa mówi?! - wykrzyczał zrozpaczony Steven.

Odwiesił słuchawkę i poszedł do salonu, stawiając nogę za nogą, niczym na teście trzeźwości, gdy policjant każe ci iść naprzód w lini prostej. Rzucił się na kanapę i spojrzał na te przeklęte okno. Zobaczył duży dąb, który majestatycznie stał niczym strażnik na warcie. Albo jak wieża, bo wartownik stał obok. Steven zmrużył oczy i zauważył sylwetkę człowieka. Jego wściekle czerwone oczy penetrowały mózg i trzewia, niczym rentgen. Po chwili okno, przez które patrzył eksplodowało, rozsypując kawałki szkła na wszystkie strony. Na miriadach kawałków spoczywał jakiś czarny kształt. Steven podszedł i ukląkł na kolana. Kot z wyprutymi flakami spoczywał w jego rękach. Jego pyszczek był otwarty, a zielone oczy stały się szklane i puste. Z jego rozciętego brzucha wystawała kartka umazana krwią. Ciężko było coś z niej odczytać. Steven spojrzał znów na dąb, jednak mężczyzna zniknął. Poderwał się, zapalił światło i odczytał krzywe, drukowane litery - TO SAMO SPOTKA CIEBIE.

W tej samej chwili usłyszał pukanie do drzwi.

Podszedł do nich ostrożnie, stawiając nogę za nogą. Drżącą ręką odkrył wizjer i zauważył Normana Stone'a. Odryglował i otworzył drzwi na tyle, by jego szczupła sylwetka zmieściła się pomiędzy nimi, a framugą. Norman ubrany w tą samą koszulę i krawat stał uśmiechnięty.

- Cześć Steve! Wiem, że nie jest to odpowiednia pora... O kurwa... - uciął Norman, gdy zobaczył krew na jego rękach. Przepchnął się przez Steven'a i popchnął za sobą drzwi. Metaliczny dźwięk zamków zamknęły je na trzy spusty.

- Co się z tobą stało, amigo?

Wziął Steven'a pod pachę i ruszył na piętro do sypialni. Ułożył go na łóżku i zdjął buty. Przetarł ręką czoło strącając kropelki potu, a następnie poluźnił krawat i podwinął mankiety koszuli.

- Nieźle się naprułeś, co? A ta krew? Chyba nie kroiłeś stek o dwudziestej czwartej?

W tej samej chwili na parterze rozległ się głuchy dźwięk. Zupełnie tak, jakby ktoś przewrócił fotel. Norman Stone obejrzał się na Stevena, który wpatrywał się w podłogę ze strachem w oczach. Ktoś obcy był w jego domu.

- Telefon... Musiał zostać w salonie - wysapał Steven.

Norman z determinacją na twarzy wstał i ruszył po schodach na dół. Steven został sam w ciemnym pokoju i czekał.

Kuchnia jak i reszta domu była pusta, co wcale nie zdziwiło Norman'a Stone'a, ponieważ od początku nie istniała trzecia osoba tego dramatu. Ruszył dziarskim krokiem w stronę, gdzie znajdowały się sztućce i chwycił za nóż rzeźnicki. Jego oczy zapłonęły. Wysunął długi, jak u gadów język i polizał ostrze. Ciarki podniecenia przeszły przez jego ciało. Skierował się powoli po schodach do sypialni.

Steven drgnął, gdy drzwi lekko zaskrzypiały. Po chwili doszło do niego, że stoi w nich Norman z dłonią zaciśniętą na nożu.

- Wybacz amigo, ale domokrążca nie lubi, gdy ktoś nie kupuje jego Jezusowych fletów. Dla ciebie czarny piątek zdefiniowałem na nowo!

Po sześciu godzinach słońce wstało zalewając Oak Street promieniami. Chłopaki McKenzich znów trenowali rzuty i odbicia. Sąsiad z naprzeciwka w końcu zabrał się za skoszenie trawnika, a nieco dalej dało się słyszeć ujadanie psa. Domokrążca wychodząc z domu Stevena Adlera z zakrwawioną koszulą i szerokim uśmiechem stanął na chodniku i wciągnął w nozdrza świeże powietrze, którego jak na lekarstwo w dzisiejszym świecie. Gdy zobaczył go facet męczący się z kosiarką, pomachał mu. Norman odwzajemnił uśmiech i również uniósł dłoń.

Wszystko wracało do normalności.

Oceń:
5
Oceniać mogą tylko zalogowani użytkownicy

Skomentuj! Daj znać innym co o tym sądzisz!