Historia

Bestia zwana Wyobraźnią

pariah777 6 8 lat temu 5 951 odsłon Czas czytania: ~17 minut

– Obudź się. No dalej, chyba nie chcesz przegapić wszystkiego, co?

– Ależ chcę. Zostaw mnie.

Zakapturzona postać westchnęła ciężko i usiadła na brzegu łóżka Marcina.

– Posłuchaj, słoneczko – powiedziała. – To nic zobowiązującego. Ot takie przyjęcie pożegnalne.

Chłopak jednak ani drgnął. Leżał zwrócony plecami do tajemniczego przybysza.

– Jak chcesz. W razie czego zostawiam drzwi otwarte. Sobie tu gnij, kiedy my będziemy balować do rana.

To powiedziawszy, wyszedł.

Wystarczyło pięć minut, by Marcin wypełzł z łóżka. Nałożył kapcie i rozejrzał się po pokoju. Nic nie wzbudzało jego podejrzeń. Może z drobnym wyjątkiem, jakim była przytłumiona muzyka dobiegająca skądś z dolnych pięter. Stanął przed otwartymi drzwiami i wyjrzał na zalany mrokiem korytarz, po czym szybko czmychnął, przylegając do ściany oraz nie robiąc żadnego hałasu, w stronę windy.

– Lepiej schodami – usłyszał głos zza pleców.

– Zamilknij, bo nas usłyszą – syknął do czającej się w ciemności zakapturzonej postaci, wskazując na dyżurkę, przy której, mimo że nikogo nie było, paliła się lampka. – Schodzę tylko po to, by kazać im się zamknąć. Są za głośno.

Tamten tylko wzruszył ramionami i skinął na drzwi prowadzące na klatkę schodową.

Zeszli w dwójkę na parter, na którym dudnił kawałek „Resurrection by erection” grupy metalowej Powerwolf. Główny hol zapełniony był dziko tańczącymi ludźmi, a pod ścianami ustawione były stoły pokryte najróżniejszymi trunkami alkoholowymi. Marcin, gdy tylko to zobaczył, od razu zacisnął pięści z gniewu i przedarł się przez środek parkietu, by dojść do głośników. Nie cackając się, ciągnął za losowe kable, aż muzyka przestała grać, a wszyscy zamilkli.

– Co to ma być!? – wrzasnął chłopak. – Co wam strzeliło do głów!?

Wlepili wzrok w podłogę, jakby się zawstydzili. Tylko mężczyzna w brązowej szacie z kapturem stał dumnie i nie unikał spojrzenia Marcina.

– Chcieliśmy się tylko pożegnać – rzekł, nie kryjąc wyrzutu.

– To bardzo dziękuję za takie pożegnanie! Mogliście mi je sprawić trzy lata temu i już więcej się nie pokazywać!

Odwrócił się na pięcie, a następnie ruszył w stronę schodów. Nikt go nie zatrzymywał, uczestnicy zabawy rozstąpili się, tworząc dla niego przejście. Potem czekali, aż zniknie w mroku panującym na klatce schodowej i aż jego kroki ucichną. Dopiero wtedy któryś z nich zebrał w sobie całą odwagę i przerwał druzgocącą ciszę.

– To nie było miłe.

– Ani trochę – odpowiedział mu mężczyzna w szacie.

– Co teraz? – zapytał inny. – Po prostu się rozejdziemy?

– A mamy inne wyjście?

Nikt nie odpowiedział. Stali ze spuszczonymi głowami, próbując coś wymyślić.

Tymczasem Marcin wrócił do swojego pokoju, zamknął drzwi i położył się na łóżku. Choć starał się zasnąć jak tylko mógł, trochę mu to zajęło. Po części przez to, co miało miejsce przed chwilą, ale w głównej mierze jednak przez to, co miało się stać nazajutrz.

Ale się nie stało. Rodzice w towarzystwie lekarza weszli do jego pokoju z samego rana, a na ich twarzach mieszało się rozczarowanie ze zmęczeniem.

– Będziemy musieli jeszcze poczekać – odezwał się ten w fartuchu. – Wygląda na to, że wciąż mamy przed sobą trochę pracy.

Marcin, słysząc to, rozpłakał się. Podciągnął kolana pod brodę, po czym skulił się na swoim legowisku i nie odezwał się ani słowem. Matka kiwnęła głową, po czym dwóch pozostałych mężczyzn wyszło, a ona została sama ze swoim dzieckiem. Położyła chłopakowi dłoń na ramieniu i czule pogładziła.

– Nie przejmuj się, to już długo nie potrwa – szepnęła mu do ucha. – Najważniejsze jest to, żebyś się nie poddawał.

Ojciec przez moment zbierał się w sobie, by zadać to jedno ważne pytanie, aż wreszcie mu się udało:

– Co tym razem zmajstrował?

– Tu już nie chodzi o niego – odparł lekarz. – Musi pan to zobaczyć na monitoringu.

Poszli więc do pokoju ochroniarzy, gdzie znajdowały się monitory pokazujące obraz z kamer. Na polecenie doktora jeden z przebywających tam dyżurnych załadował płytkę z zeszłej nocy, po czym przewinął do odpowiedniego momentu. Ojciec oglądał w milczeniu, rozdziawiając przy tym usta.

– Jak w kiepskich horrorach, co nie? – odezwał się ochroniarz, lecz ani lekarz, ani ojciec nie raczyli mu odpowiedzieć.

– To twoja wina! – szepnął przez zaciśnięte zęby Marcin do stojącego obok przybysza, tego samego, który nawiedził go zeszłej nocy. – Wszystko zepsułeś!

– Posłuchaj no – odrzekł tamten z oburzeniem. – Potraktowałeś nas jak śmieci! Nawet teraz nie patrzysz mi w oczy!

Chłopak nie chciał, aby ktokolwiek widział, że z kimś rozmawia. Choć w pokoju był sam, to doskonale zdawał sobie sprawę z zainstalowanych kamer.

– Nie istniejesz – rzucił władczo, starając się nie poruszać wcale ustami.

Intruz nabrał powietrza w płuca, po czym z ciężkim sykiem je wypuścił, niczym rozgniewany smok. Brakło tylko ognia wydobywającego się z jego nozdrzy.

– Chciałbyś, abym nie istniał, ale ja tu jestem i ty z tym nie możesz nic zrobić! Mogłeś po prostu przyjść na to przyjęcie i się z nami pożegnać, co by ci to szkodziło? A teraz? Teraz to my jesteśmy zdenerwowani. Na ciebie. Za to, jak nas potraktowałeś!

Marcin milczał. Zdawał się być kamiennym posążkiem nie do wzruszenia.

– W takim razie nie pozostawiasz nam wyboru. Właśnie wywołałeś wojnę! – wykrzyczał zamaskowany mężczyzna, po czym rozpłynął się w powietrzu.

Chłopak mógł wreszcie odetchnąć. Czuł jednak kotłujące się w nim złe przeczucia, o których wiedział, że nie dadzą mu spokoju, dopóki nie powie o wszystkim doktorowi. Będzie to zdrada, ale cóż, wojna to wojna. Nie on zaczął.

Staruszek w fartuchu siedział za swoim biurkiem jak zawsze. Uśmiechnął się do chłopca, zachęcając go, by zajął miejsce na kanapie. Gdy ten tak uczynił, lekarz wstał, chwytając przy tym swój notes oraz drobny plik kartek, i przesiadł się na fotel, naprzeciwko dziecka.

– Możesz mi powiedzieć, co zdarzyło się zeszłej nocy? – zaczął bez żadnych wstępów ani powitań.

Chłopiec na moment zwiesił głowę, po czym spojrzał prosto w oczy doktorowi.

– Chyba lunatykowałem – skłamał.

Potem rozpoczęła się seria przeróżnych pytań. Mężczyzna notował, łypał na Marcina, aż wreszcie zakończył rozmowę i odprawił chłopca. Nie dowiedział się niczego, co mogłoby mu pomóc w wysnuciu wniosków o chorobie swojego pacjenta.

Tymczasem na chłopca, już w korytarzu, przed gabinetem, czekał cały tłum postaci. Od najdziwniejszych, po normalnych ludzi. Ukłoniły się, po czym odeszły. Tylko ich zakapturzony przywódca odezwał się:

– Pamiętaj, zawarliśmy umowę. Wrócimy.

To rzekłszy, również opuścił Marcina. A chłopiec został sam.

Potem wielokrotnie myślał nad tym, czy podjął dobrą decyzję. Tuż przed wejściem do gabinetu pozwolił swoim przyjaciołom pozostać, lecz w ukryciu. Pewnego dnia miał ich z powrotem przywołać. Pewnego dnia, kiedy nikt nie zamknie go za to w psychiatryku. Lepsze to niż wojna, doszedł do wniosku. Wojna by tylko przedłużyła jego pobyt na oddziale, a nienawidził tego miejsca całym sercem. Chciał się wydostać, niekoniecznie wyleczyć, choć to prawda, że wolałby nie dzielić swojego umysłu z tamtymi.

Zadziałało. Odkąd się wycofali, przestał zdradzać objawy jakichkolwiek chorób psychicznych. Lekarze nie mieli powodu go już trzymać i więzić, więc wreszcie zdecydowali o powrocie chłopca do domu. Tylko doktor Matuszkiewicz nie potrafił wymazać z pamięci tego, co ujrzał na nagraniu i wciąż przeglądał swoje notatki dotyczące Marcina, choć jego pacjenta nie było już w zakładzie. Lekarz miał jednak pewność, że to nie koniec.

Mijały dni. Miesiące. Lata. A życie Marcina nabierało kolorów. Znalazł miłość, był jednym z najlepszym uczniów oraz posiadał swoje grono znajomych. Prawdziwych, rzecz jasna. Ale wszystko szło za pięknie – coś musiało się wreszcie potoczyć nie po jego myśli.

I tak też się stało. Parę kłótni z dziewczyną wystarczyło, by zmienić jego życie. Zostawiła go po tym, jak podczas pewnej sprzeczki wykrzyczał jej desperacko, że był kiedyś w psychiatryku i wciąż potrzebuje wsparcia, a nie krzyków i wyzwisk. Typowy chwyt na litość nie zadziałał jednak jak powinien, obrócił się przeciwko chłopakowi. Wszyscy wkrótce się dowiedzieli o jego przeszłości, po czym odwracali się od niego jeden po drugim. Ci najwytrwalsi, którzy trwali przy nim najdłużej, również wreszcie ulegli plotkom rozsiewanym przez dziewczynę i uznali, że bezpieczniej będzie się wycofać. Takie czasy. Stając u boku wyrzutka, przyjmuje się na siebie jego los. Przynajmniej w liceum.

Marcin został sam. Ta suka odniosła triumf. Nie miał już po co żyć. Przyszykował sobie żyletki, napuścił gorącej wody do wanny. Nadszedł czas to wszystko zakończyć. Zbliżył ostrze do żył, gotów ciąć wzdłuż, lecz coś go powstrzymało. Podniósł wzrok i w kłębach pary ujrzał swego starego towarzysza.

– A ty dokąd się wybierasz? Nie wypełniłeś jeszcze naszej umowy – rzekł intruz.

– Mam to w dupie – odparł Marcin i wyszczerzył zęby w obłąkańczym uśmiechu.

– Nie pierdol, że się poddajesz. Wyłaź z tej wody, skończ tę szopkę. Najwyższa pora, bym wrócił i ci pomógł. Beze mnie sobie rady nie dasz – oświadczył.

Chłopak miał moment zawahania, ale ostatecznie pokiwał głową i faktycznie wyszedł z wanny.

Rozmawiali całą noc i nikt się tym nie przejmował. Rodzice Marcina wyjechali w sprawach służbowych na dwa dni, więc była to świetna okazja na naradę wojenną. Nietypowi przybysze rozgościli się w salonie. Mężczyzna w końcu zdjął kaptur i odsłonił swoje stare, pokryte bliznami oblicze. Oprócz niego przybyło również dwóch innych, którzy również udzielali się w knuciu planu zemsty. Chłopak słuchał, przytakiwał, dorzucał własne sugestie. Nie przejmował się tym, że właśnie wpada z powrotem prosto w objęcia szaleństwa i być może skończy w psychiatryku. Ważniejsza dla niego była szansa na odpłacenie tej, którą jeszcze niedawno kochał i był w stanie poświęcić dla niej wszystko. Tym razem jednak poświęci samego siebie, by ją zniszczyć.

Mieli uderzyć w czwórkę w następną noc.

Nuta, która nie miała prawa rozbrzmieć, rozdarła zasłonę snu. Nina powoli rozwarła powieki. Przekręciła się na drugi bok, lecz coś ją wciąż drażniło. Gdy odzyskała przytomność do tego stopnia, że była w stanie stwierdzić, co, szybko zerwała się z łóżko i na bosaka pognała do salonu, z którego dochodził łoskot.

Przedzierała się przez całkowitą ciemność, lecz dzięki znajomości drogi na pamięć nie stanowiło to dla niej wyzwania. Skręciła, przemknęła wzdłuż ściany i namacała przejście do salonu. Gdy jednak stanęła w dużym pokoju, kompletnie zamarła. Panowała tam cisza oraz mrok. Przetarła oczy i rozejrzała się za włącznikiem światła. Była pewna, że jeszcze przed chwilą słyszała muzykę dobiegającą z wieży stereo umieszczonej przy telewizorze. Ostatecznie, gdy rozjarzyła się żarówka na suficie, ukazując salon w najnormalniejszym stanie, dziewczyna doszła do wniosku, że muzyka mogła jej się przyśnić. Ziewnęła przeciągle, po czym poczłapała się z powrotem do swojego pokoju.

Wsunęła się pod kołdrę i zacisnęła powieki, chcąc powrócić do krainy snów jak najszybciej. Poczuła jednak coś dziwnego, co sprawiło, że jej ciało przeszył dreszcz. Ostrożnie przesunęła dłonią po prześcieradle. Było mokre. Przeczucie mówiło jej, że niekoniecznie od potu. Znów wyskoczyła z łóżka, po czym jednym zgrabnym ruchem zapaliła lampkę.

Wszystko było jednak w porządku. Ani śladu żadnych plam na prześcieradle. Westchnęła ciężko, złapała się za głowę, próbując się ocucić jeszcze bardziej, bo czuła, że wciąż śni. Chwyciła telefon, a następnie, oświetlając sobie drogę jego ekranem, udała się do kuchni.

Wyjęła z szafki szklankę, napełniła ją wodą z kranu, po czym pociągnęła z niej łyka. Od razu wypluła, krzywiąc się i zanosząc się kaszlem. Wytrzeszczyła oczy, po czym rzuciła się na podłogę, lustrując wzrokiem wyplutą ciecz, jakby ta zaraz miała uciec. Woda. Zwykła woda. Ale woda nie wyżera gardła niczym kwas, nie przemienia się w gęstą, oleistą maź w buzi ani nie pozostawia posmaku krwi.

– To jest sen... – szepnęła Nina, próbując przekonać samą siebie.

Jakby na potwierdzenie tych słów, rozległ się grom, a po kilku sekundach o szyby oraz dach zaczęła dudnić ulewa. Błyskawice przemknęły przez niebo. Dziewczyna wstała z klęczek, dygocząc, skrzyżowała ręce na piersiach, próbując objąć samą siebie, by dodać sobie otuchy i podeszła do okna. Przez moment wpatrywała się w szalejącą burzę, aż wreszcie, przy jednym z błysków, dostrzegła coś, co sparaliżowało ją całkowicie.

Czekała na kolejny błysk, lecz ten nie nadchodził. Jej serce waliło niczym oszalałe, jakby chciało zaraz eksplodować, by skrócić sobie męki. Dziewczyna przełknęła ślinę, po czym, chwytając tasak z kuchni, ruszyła do drzwi wejściowych i wybiegła prosto w siekący deszcz.

Nie widziała za wiele w mroku nocy. Księżyc skrył się za chmurami, skąpiąc tym samym własnego nikłego światła, tak jak gwiazdy. Nina szła prosto, w stronę ulicy, gdzie jeszcze przed chwilą dostrzegła ludzi. Stali w kilku przy krzyżu, majstrując przy nim.

Teraz jednak ich nie było. Drewniana konstrukcja sterczała z ziemi samotnie, Bóg wie po co. Nina dotknęła wysokiej na ponad dwa metry belki, która się krzyżowała u góry z inną, krótszą, i spróbowała nią poruszyć. Ani drgnęła. Jakby była wmurowana głęboko w ziemię. Dziewczyna zawróciła i szybkim krokiem powróciła do domu, po czym zamknęła i zakluczyła drzwi. Następnie, przetarłszy się ręcznikiem, przeszła do sypialni rodziców. Nie trudziła się nawet odstawianiem tasaka.

Wielkie, dwuosobowe łóżko było jednak puste. Pościel leżała, rozrzucona chaotycznie, na drewnianych panelach. Jakby zostali porwani. Brakowało tylko śladów krwi. Ninie, na samą myśl o tym, zakręciło się w głowie. Przysiadła plecami do ściany i nie wiedziała, co robić. Nie płakała. Nie panikowała. Było jej po prostu to wszystko obojętne. W końcu takie sytuacje nie zdarzają się w rzeczywistości. No chyba że na filmie. To musi być sen, powtarzała sobie uparcie i czekała, aż wszystko się skończy.

Na jej nieszczęście, to był dopiero początek. Ciszę panującą w domu rozcięło walenie w drzwi. Nina podskoczyła odruchowo, unosząc ostrze tasaka, gotowa do walki. Powoli, bezszelestnie, unikając przechodzenia obok okien, dotarła do łazienki. Wyjęła jedną z brzytew, tę najostrzejszą, uznając ją za lepszą broń od poprzedniej, a następnie wybrała w swoim telefonie numer na policję.

Pukanie nie ustawało. Było regularne, rytmiczne, stanowcze. Bardziej przypominało dziwnie tykający metronom. Przestała się nim jednak przejmować, gdy tylko usłyszała w słuchawce, jak ktoś odbiera jej telefon.

– Witamy w teatrze „Golgota”, jak możemy ci pomóc? – odezwał się głos.

Dziewczynę wmurowało. Po krótkiej chwili ciszy się rozłączyła i znów wybrała numer 112 w nadziei, że to, co usłyszała przed chwilą, było efektem jej pomyłki, błędnie wpisanej cyfry.

– Czy to znów ty, młoda damo?

– Kim jesteś? – zapytała, pewna, że rozmawia z projekcją własnego śniącego umysłu.

– Wyjdź na zewnątrz. Wszystko jest już gotowe. Tym razem jednak nie podglądaj przez okna ani nie płosz robotników! – zawołał mężczyzna aktorskim tonem, po czym przerwał rozmowę.

Dziewczyna stanęła przed drzwiami. Otworzyła je i wyśliznęła się na zewnątrz, prosto w ulewę. Zacisnęła palce na rączce brzytwy i ruszyła pewnie w ciemność. To jest sen. To ona nim włada. Nie może jej się nic stać.

Nagle przed Niną rozbłysnęły płomienie. Gigantyczny jęzor ognia sięgnął ku niebu, na przekór deszczowi, a następnie rozlał się na boki niczym potok lawy. Sunął w wyżłobionym w ziemi korycie, aż zatoczył krąg wokół dziewczyny, więżąc ją tym samym w środku. Wrzasnęła i próbowała zawczasu odskoczyć w tył, lecz cały pokaz płomieni nie trwał dłużej niż ułamek sekundy, nie pozostawiając Ninie czasu na jakąkolwiek reakcję.

Przerażona rozejrzała się dookoła i dostrzegła dziesiątki par ślepi tlących się nikłym czerwonym blaskiem, majaczących za ścianą ognia. Uniosła brzytwę, jakby chciała zademonstrować, że jest uzbrojona. Coś parsknęło śmiechem, widząc to. Nieludzki rechot zdawał się dobiegać zewsząd, na próżno Nina obracała się dookoła, szukając jego źródła.

– Witamy, witamy! – zawołał ktoś przez megafon.

W tym momencie stożek płomieni, od którego się zaczęło, nieco utracił na sile, odsłaniając ramiona krzyża, jakby to drewniana konstrukcja płonęła. Nie była ona jednak ani zwęglona, ani w jakikolwiek sposób naruszona.

Nina zamknęła oczy. Skupiła się. To wszystko miało zniknąć. Chciała wymazać całe widowisko i zastąpić je słonecznym popołudniem na kwiecistej łące. Zebrała się w sobie, po czym wydała krótki rozkaz, będący niczym pocisk naładowany siłą woli, mający za zadanie zgruchotać ten koszmar.

– Wypierdalać! – krzyknęła.

Przez moment trwała cisza. Potem wybuchli śmiechem, ogień huknął i wzbił się jeszcze wyżej, a ślepia zaczęły bardziej przypominać krwistoczerwone rozżarzone żelazo aniżeli ledwie tlące się kuleczki popiołu. Brzytwa wyśliznęła jej się z odrętwiałej dłoni. Nie wiedziała, co dalej.

– Podejdź bliżej, pokażemy ci, że to nie jest sen... – syknął mówca.

Nie miała zamiaru. W przypływie adrenaliny naprężyła się, po czym zrobiła susa prosto w huczący ogień, chcąc go przeskoczyć. Coś ją jednak zatrzymało. Jęknęła, na moment jakby straciła świadomość. Była ciągnięta po ziemi, przez sam środek okręgu.

Potem był tylko ból. Niewyobrażalny ból, którego we śnie nie można zaznać.

Wrzasnęła i zrzuciła z siebie kołdrę, po czym z łoskotem spadła na podłogę. Powoli się podniosła, drżąc ze strachu, a następnie rozejrzała się. Jej pokój. Starła pot z czoła i zdecydowanym krokiem pomknęła na korytarz, potem do drzwi wyjściowych. Jeszcze zanim pociągnęła za klamkę, poczuła swąd spalenizny. Serce jej załomotały, a nogi się niemal ugięły. Z trudem wyszła na zewnątrz. Deszcz wciąż padał. Wszystko było jak we śnie, lecz brakło gigantycznego paleniska. A nawet jeśli było, to ugaszone.

– Nina... – usłyszała ochrypły głos.

Zlustrowała pobudzonymi oczami ciemność i dojrzała rozmyty w mroku kontur krzyża. Doskoczyła do niego, po czym się odruchowo cofnęła, zatykając nos rękawem piżamy. Po chwili znów zbliżyła się ostrożnie, próbując dojrzeć, co na nim wisi. A gdy jej się to udało, cała zdrętwiała. Wszystko pociemniało, a ona runęła na ziemię, mając wciąż przed oczami obraz własnej spalonej matki, która nadal żyła i łypała na nią przepełnionymi cierpieniem oczami.

Chciała drgnąć, ale nie była w stanie. Jej ciało odmówiło posłuszeństwa i leżało na mokrym trawniku w strugach deszczu, a do świadomości dochodziły tylko szczątkowe bodźce odbierane przez niektóre działające zmysły. Nieustannie czuła smród spalonego ciała oraz uderzenia kropel deszczu. Potem usłyszała też jakąś szarpaninę, którą zwieńczył huk. Kroki. Ktoś coś przewlókł obok niej. Potem chwila cisza, a podczas niej miała pewność, że stoją nad nią jacyś ludzie. Wyobrażała sobie te czerwone ślepia otaczające jej sparaliżowane ciało i, gdyby mogła, to by teraz zwymiotowała ze strachu, obrzydzenia i wymęczenia.

– Co się... – dobiegł ją jęk. – Nina!?

Poczuła znajome dłonie oplatające jej twarz. Znajomy oddech, znajomy zapach przebijający się przez wszystkie inne. Wiedziała, że to jej ojciec.

– Co jej zrobiliście!? – wrzasnął bezradnie.

Tamci się tylko roześmiali, a dziewczyna w duchu odprawiała modły, by nie podniósł wzroku i nie ujrzał, co zrobiono z jego żoną. Przez chwilę klęczał nad Niną, po czym wstał, sapiąc, aż ociekając gniewem oraz furią.

– Wy kurwy! – ryknął.

Potem krzyczał. Długo. Bardzo długo. Dziewczynie się wydawało, że przez całą wieczność. Słuchała swego ojca, jak błaga o pomoc, o litość, o koniec. Ale ten koniec nie nadchodził. Mężczyzna darł się, aż ochrypł. Potem tylko rzęził. Aż i to ucichło. Zapadła cisza. Druzgocąca, dobijająca cisza.

– A teraz, maleńka, zostałaś tylko ty...

Chciała za wszelką cenę otworzyć oczy. Chciała walczyć, stawiać opór. Nie mogła.

– Słodkich snów... – ktoś jej szepnął wprost do ucha.

Rozpoznała ten spaczony głos. I wtedy już wiedziała, że nie będzie ratunku. Że to dopiero wstęp. Że on na tym nie skończy.

Marcin wstał z klęczek. Powiódł wzrokiem po otaczających go twarzach pół potworów, pół ludzi i przywołał do siebie gestem najstarszego mężczyznę w szacie.

– Zostawiam ją tobie – powiedział, a potem zwrócił się do reszty. – Zostawiam ją wam wszystkim! Zróbcie z nią, co zechcecie!

Dziwadła pochwyciły dziewczynę i wywlekły w trzewia mroku.

– Prędzej czy później ona nam się znudzi – rzekł starzec. – A wtedy wrócimy. I będziemy chcieli więcej.

Chłopak kiwnął głową, po czym poszedł sobie, jak gdyby nigdy nic, do domu.

Nazajutrz rozległa się wrzawa w mediach. Podwójne morderstwo z zimną krwią, jedna zaginiona. Sprawca nie pozostawił po sobie żadnych śladów. Krzyż sterczący w ziemi był po prostu krzyżem, tropem prowadzącym donikąd. Policja nie miała co liczyć na chociażby odciski butów. To wszystko znikło, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Świadków również na próżno było szukać. Nawet sąsiedzi, mieszkający paręnaście metrów obok nic nie widzieli. Przegapili, jak kobieta płonęła na krzyżu albo jak mężczyzna wrzeszczał o pomoc. Zbrodnia doskonała. Zagadka, która tylko jedna osoba zdołała rozwikłać.

Doktor Matuszkiewicz od razu sięgnął do archiwum. Wygrzebał adres swojego byłego pacjenta i, mając wciąż przed oczami nagranie z monitoringu, wsiadł do auta. Ruszył z piskiem opon, zaciskając dłonie na kierownicy. Musiał to wszystko naprawić.

Marcin siedział przed komputerem. Nie usłyszał, jak ktoś włamuje mu się przez taras do domu. Nie zwrócił nawet uwagi, kiedy drzwi do jego pokoju zostały uchylone. Kiedy wreszcie się zorientował, było już za późno. Oberwał kijem w głowę i stracił przytomność.

Ocknął się zakneblowany, przypasany do fotela we własnym salonie. Nad nim pochylał się Matuszkiewicz.

– Posłuchaj. Wiem, że spośród wszystkich ludzi, tylko ty mogłeś tego dokonać, dlatego nawet nie próbuj się wykręcać. Jesteś obłąkany, ale w pewien bardzo niebezpieczny sposób, prawda? Parę lat temu widziałem, jak otwierasz sobie zamknięte na klucz drzwi. Ot tak, psychokinezą. A teraz zachciało ci się mordować, tak? Czy to twoi przyjaciele, z którymi zdarzało ci się rozmawiać za tym stoją? Nie mam pojęcia jak, ale wiem, że manipulujesz rzeczywistością. Wytrenowałeś tę umiejętność do tego stopnia, że możesz palić ludzi żywcem? Nie obchodzi mnie to. Trzeba cię unieszkodliwić. Zanim jednak to zrobię, chcę wiedzieć, gdzie jest dziewczyna i co z nią zrobiłeś. Ta zaginiona. Masz jedną szansę. Możesz wybrać długą, bolesną śmierć albo szybką. A to zależy od tego, czy mi zdradzisz ten swój sekret. Jak będzie?

– Piehdol sje – zabulgotał Marcin.

Matuszkiewicz zdzielił go pięścią w nos, aż trysnęła krew. Chłopak się tylko uśmiechnął pod nosem i nic więcej.

– Gdzie ona jest? – krzyknął doktor.

– W dupie – odezwał się zduszonym głosem Marcin.

Lekarz zacisnął zęby. Wiedział, że niczego się nie dowie. Chwycił leżący obok na stole nóż i przystawił chłopakowi do gardła.

– Pożegnaj się ze światem, bydlaku – syknął.

I wtedy wszystko poczerniało. Świat zlał się w jedną ciemną plamę zasysając również Matuszkiewicza.

Gdy ten się obudził, siedział przed telewizorem. W jednej dłoni ściskał plik z archiwum, a w drugiej adres swojego pacjenta. Miał właśnie do niego jechać i go zabić. Spojrzał na zegar, po czym po jego umyśle przetoczyła się fala rozpaczy. Czas się cofnął. Lekarz złapał się za głowę i pokręcił głową z niedowierzaniem. Stracił nadzieję. Chłopak był już zbyt potężny. A to wszystko dzięki woli, wyobraźni czy Bóg wie czemu.

Matuszkiewicz wrzucił kartkę z adresem do kominka, a następnie podszedł do okna.

– Boże... – szepnął. – Jeśli to ty stworzyłeś tę bestię, to twoim zadaniem jest teraz zabicie jej, zanim ona zniszczy twój świat. Ja jestem na to za słaby, jak każdy człowiek...

Oznacz jako: przeczytane ulubione chcę przeczytać

Komentarze

A oto bestia zwana moim nowym profilem autorskim – Szymon Sentkowski! Kto wie, może kiedyś zrodzi kontynuację ;)
Odpowiedz
Świetne, nie mam zastrzeżeń. ;3
Odpowiedz
Piękne, naprawdę! Uwielbiam :D
Odpowiedz
Czekam na drugą część, genialne :o
Odpowiedz
Świetne, mam nadzieję, że będzie dalszy ciąg :D
Odpowiedz
Czekam na dalszy ciąg! Genialne.
Odpowiedz
Zaloguj się, aby dodać komentarz.

Inne od tego autora

Archiwum

Najnowsze i warte uwagi

Artykuły i recenzje