Historia

Konspiracja, akcja, wróg.

pan amo 0 5 lat temu 719 odsłon Czas czytania: ~8 minut

Nie miałem zegarka, co za tym idzie, nie wiedziałem która godzina. Powinno świtać? Nie wiem. Od dłuższego czasu siedzę sam w tej nieprzeniknionej ciemności. Mam nadzieje, że sam. Nos nie czuł już smrodu gówna i stęchlizny. Nie wiem, wychodzić już czy jeszcze czekać. Ile zostało paliwa w zapalniczce? Nie wiem, skąd mam wiedzieć?. Mój umysł zaczął już tworzyć drugie ja, siedzenie pod krwawym napisem nie działa dobrze na psychikę. Rozmawiałem sam ze sobą. Kapiąca woda była jedynym dźwiękiem który słyszałem. Dźwięk ten potęgowany przez echo był nie do zniesienia, nawet dla mnie. Nie miałem już siły, walka z tym bladym czymś wycieńczyła mnie fizycznie a pustka, ciemność i kapiąca woda – psychicznie. Postanowiłem wstać, wymacałem drabinkę. Drugą ręką sięgnąłem po zapalniczkę i nagle wszystko nastała jasność. Minęła chwila zanim oczy przyzwyczaiły się do światła, za drabinką zobaczyłem napis, którego wcześniej nie było. Tak mi się zdaje – „Chcą Twoją krew” – napisane krwią. - To omamy, ten napis był wcześniej. Musiałem nie zwrócić na niego uwagi. – wmawiałem sobie. Coś było tu ze mną. Byłem tego pewny.. tylko czemu mnie nie zabiło? Wchodziłem po drabince, zaraz przy wyjściu, kilka centymetrów pod włazem był kolejny napis, również z krwi. Ktoś.. albo coś napisało go bardzo, BARDZO niedawno.. krew jeszcze spływała. Nie chciałem go czytać, ale jednak zrobiłem to – „Chcą Twoją duszę”. Miałem dość tego plugawego miejsca. Kapanie wody ustało. Zobaczyłem jasne światło bijące zza zakrętu. Usłyszałem dziwny dźwięk, jakby parującej wody.. a odór ścieków stał się jeszcze mocniejszy. Nic dziwnego, że to poczułem. Parujące gówno, płonące gówno. Ludzkie ciało. Kroki. Kroki coraz bliżej. Nie chciałem wiedzieć co to jest, instynkt wygrał z ciekawością. Z całej siły popchnąłem właz, otworzył się. Ogromny huk. Właz miał zawiasy z jednej strony – to dobrze, łatwiej będzie mi go zamknąć i uciec przed tym czymś – wyskoczyłem z kanałów. Dalej było ciemno. Zamknąłem właz. Światło z za zakrętu było coraz bliżej.

Nie wyszedłem z kanałów. Byłem w jakimś pomieszczeniu, nie wiem, może to była podziemna linia kolejowa? Tak jak w Brooklynie? Coś takiego w Warszawie na pewno podniosło by prestiż miasta i całego kraju. – Muszę przestać podziwiać i iść dalej. – Ściany były pokryte czymś dziwnym, jakaś ciesz. Lecz na pewnie nie była to krew. Po kilku minutach marszu usłyszałem głosy. Nie mogłem rozpoznać języka, wiedziałem tylko, że to zwyczajne, ludzkie, co najważniejsze – żywe głosy. Echo zniekształcało ale szedłem w ich kierunku. Nie miałem żadnego innego. Za jednym z zakrętów ujrzałem światło. Zwyczajne, bezpieczne, elektryczne światło. W końcu mogłem rozpoznać język – to Polacy. Znałem ryzyko, mogą mnie zastrzelić, zakuć, wziąć do niewoli – w końcu wszedłem do ich bazy. Wolałbym doprawdy tam nie wchodzić, jednak nie miałem wyboru. Szedłem z podniesionymi rękami a gdy zbliżyłem się do linii światła powiedziałem:

- Jestem Polakiem.

- Stój k*rwa. Jak tu wszedłeś? – żołnierz mierzył do mnie z pistoletu – Języka już k*rwa nie masz?

- Czerwoni weszli do miasta, wcielili mnie do armii. Jestem dezerterem.

- Czerwoni – odbezpieczył pistolet – wcielili Cię do armii. Uciekłeś Czerwonym.. Czy to nie ty byłeś w naszej kwaterze jakoś na początku powstania? – opuścił broń – Miałeś racje, że to się tak skończy.

- Tak to ja – uśmiechnąłem się mimowolnie – mogę opuścić ręce?

- Jakąś broń masz? Cokolwiek?

- Nóż w bucie.

- To możesz. Pamiętam, że nie byłeś miły dla generała ani do samej idei walki z Niemcami. Ja też ale nie mogłem nic powiedzieć. Ale nigdy nie pomyślałem, że skutki mogą być aż tak fatalne. Zaprowadzę Cię do Bunkru.

W drodze rozmawialiśmy o powstaniu, o mojej przeprawie przez kanały, o tym co się tam stało oraz co stało się wcześniej. Nasza rozmowa nie była długa, była mniej więcej taka sama jak droga do Bunkra. Krótka i przyjemna. Miła odmiana po takim czasie ciągłej walki. Po wejściu zobaczyłem gromadę ludzi. Nie byli wygłodniali i spragnieni ale najedzeni też nie byli. Zwykły żołnierski żywot. Do mojego znajomego podszedł jakiś wysoki rangą żołnierz.

- Kto to jest? – zapytał twardo.

- Dezerter od Czerwonych. Mój stary znajomy. – odpowiedział stojąc na baczność – Przeszedł przez kanały.

- Polak jesteś? – zwrócił się do mnie. – Masz szczęście, że żyjesz. Kanały nie są bezpieczne. Strażnicy też Cię nie zabili. Masz wyjątkowe szczęście.

- Tak, Polak. Mieszkam w Warszawie całe życie.

- Naród w takich chwilach wymaga od nas abyśmy braćmi i towarzyszami byli. Jadłeś coś?

- Nic, od dawna nic nie jadłem.

- Dostaniesz racje. Najpierw idź się umyj bo moi ludzie nie mogą oddychać w takim smrodzie. Kąpałeś się w kanalizacji? Później opowiesz. Szeregowy! Zaprowadzić do łaźni. – powiedział z ironicznym uśmiechem.

Łaźnie była wiadrem z dziurami i mydłem w kostce – prosto z Węgier. Umyłem się i wróciłem go głównego pomieszczenia w Bunkrze. Oczywiście mundur mi zabrano. Całe szczęście dali mi zwykłe ubrania i biało-czerwoną opaskę na ramie. Wszystko było jak ze słabego romansu, uciekłem jednym żeby trafić do drugich. Tu i tu mogłem zginąć. Tylko tam było więcej jedzenia.. i normalne „łaźnie”. Posadzili mnie na jednym z bardziej odległych miejsc. Dostałem miskę zupy, pajdę chleba, smalec i marchew. Całe pomieszczenie było obskurne. Stare, rogowe sklepienia, licowanie pamiętające Iwana Groźnego, grzyb i smoła. Wszędzie. Nie było co grymasić ani odrzucać tego czym los nas częstował. Do popicia kobiety podały piwo. Nikt nie może sobie wyobrazić jak tęsknię za herbatą z cytryną. Nie wiadomo czy kiedykolwiek zobaczę cytrynę na oczy, nie ma co narzekać. Przynajmniej zombie tu nie wejdzie. Nie wiedziałem w jakiej części miasta się znajdujemy. Wtedy do sali wszedł „wódz”. W pełnym mundurze. Był można powiedzieć, szarmancki. Przywitał kobiety pocałunkiem w dłoń, mężczyzn powitał solidnym uściskiem dłoni. Żołnierza, który kazał mi się umyć walnął przyjacielsko w brzuch i usiadł obok mnie. To było przesłuchanie, trochę inne niż wszystkie do tej pory ale jednak przesłuchanie. Pytał o zombie, o Niemców, o Rosjan i o sytuacje na powierzchni. W zamian dowiedziałem się, że znajdujemy się na Pradze blisko granicy miasta. Powiedział również, że większość z tu obecnych nie wyszło na zewnątrz od kilku tygodni. Zajmują się oczyszczaniem kanałów z zombie i innej maści mutantów. Wstrzymałem się od wygłoszenia swoich poglądów na temat powstania, chociaż wiedziałem, że wszyscy myślą już to samo. Dowiedziałem się również o innych rzeczach. Amerykanie zrzucają zapasy i broń. AK ma stały kontakt z Aliantami ale ci nie wierzą w to co się tutaj dzieje. Jednocześnie nie chcą wysłać wojska.

- Słuchaj, zombie zaczęło mutować. Najgroźniejsze są jeszcze w kanałach ale wszystko wskazuje na to, że niedługo wyjdą. Nie poradzimy sobie sami a do Czerwonych się nie przyłączymy. Jesteśmy w dupie. Bardzo głęboko. Będziesz szpiclem. Wrócisz do nich i będziesz nas informował o ich ruchach.

- Powiedziałem już wszystko co wiem. Tam jestem mięsem armatnim a nie żołnierzem. Będą zdziwieni, że żyje. – grałem, chciałem już iść.

- Tak czy inaczej. Jak powiesz gdzie jest bunkier – zabijemy cię, jak powiesz że AK istnieje – zabijemy cię, jak nie będziesz przekazywał nam informacji – zginiesz z rąk zombie. Zrozumiałeś? – krzyknął.

- Tak, zrozumiałem.

Po tych słowach jeden z żołnierzy zaprowadził mnie do szybu. Wszedłem na drabinę, wspiąłem się kilka metrów i otworzyłem klapę. W końcu świeże powierzę. Wyszedłem i zamknąłem właz. Znajdowałem się w ruinach jakiegoś budynku. Było tam kilku zamaskowanych żołnierzy AK. Kazali mi szybko wyjść. Był już dzień. Słońce świeciło jeszcze nisko nad horyzontem. Zombie nie śpią, mogą zaatakować o każdej porze. Kiedy szedłem w stronę bazy Czerwonych naszły mnie dziwne, niepotrzebne myśli..

„Kim ja jestem? Żołnierzem? Konspiratorem? Partyzantem? W obliczu śmierci muszę się zdecydować.. Wszędzie pusto, co chwilę widzę plamy krwi, świeże i stare. Pustka. Kiedyś miasto tętniło życiem, a teraz? Przez chorobę umysłową paru osób zginęły tysiące ludzi, tysiące zamieniły się w zombie. Miasto zostało zniszczone. Śmierć maluje się na każdej zniszczonej cegle. Każda ta cegła dawała kiedyś schronienie zwykłym zwyczajnym ludziom. Mieli pasje, marzenia.. chcieli żyć. Być szczęśliwi. Konspiracja, związek kilku wariatów postanowił wypowiedzieć wojnę niezatrzymanej machinie wojennej pod władzą Hitlera. Każdy wiedział jak to się skończy.. ta perspektywa była przerażająca. Ale to co się stało to prawdziwy horror. Ludobójstwo i inne zbrodnie. Czy jest na tym świecie coś gorszego, cos straszniejszego od wojny? A co jeśli zombie pojawiły się żeby to wszystko zatrzymać? Żeby stworzyć nowe, niemyślące społeczeństwo? Zombie nie ma narodowości, nie ma dumy. Chce przeżyć.. Czy tak Wszechświat chce nas zatrzymać i wrócić do początku? Ja, zwykły człowiek.. myślałem że coś znaczę. Myliłem się. Jestem tylko pionkiem, Hitler jest pionkiem, Stalin też.. Sikorski tym bardziej. Czym my jesteśmy w wielkim planie Wszechświata? Jesteśmy w ogóle uwzględnieni? Nie przetrwamy tego nawet jako gatunek. Jeśli nawet w obliczu takiego zagrożenia walczymy między sobą..”

Moje przemyślenia przerwał dziwny warkot. Zobaczyłem kilku zombie, byli podobni do tego z kanałów ale to nie oni warczeli. Warczały psy, które mieli na smyczy. Po chwili blada postać pochyliła się nad swoim psem i spuściła ze smyczy. Zacząłem uciekać. Pies zombie nie był taki szybki jak normalny. Szybko mnie dogonił. Nie wiedziałem co robić. Wyjąłem zapalniczkę i w biegu zapaliłem ogień. Pies zaskomlał i zwolnił bieg. Drugi pies też ruszył w pościg. Zaatakował jednak swojego psiego kompana. Martwe zwierzęta walczyły a ja miałem czas żeby zwiększyć dystans. Nic to nie dało. Gdy psy przestały walczyć od razu mnie dopadły. Jeden mnie przewrócił a drugi zaczął szarpań mi ramie. Biało-czerwona opaska przestała istnieć. Można powiedzieć, że uratowała mi życie. Odpaliłem zapalniczkę. Psy odstąpiły. Płomień był coraz słabszy. Korzystając z chwili wyciągnąłem nóż z buta. Uzbrojony w te dwie rzeczy byłem gotowy na śmierć. Zobaczyłem, że dwa blade zombie również biegną w moim kierunku. Było jasno, słońce świeciło mocno, temperatura nie była wysoka, z braku budynków wiatr mógł wiać bez przerwy. Nie napotykając żadnej przeszkody. Tumany kurzu wzbiły się w powietrze. Płomień zgasł. Jeden martwy pies rzucił się na mnie. Dostał nożem. Padł. Drugi był mądrzejszy, trzymał mnie w szachu i czekał aż przybędzie jego właściciel. Zza pleców usłyszałem „ruki vverkh”. Nigdy bardziej się nie cieszyłem. Krzyknąłem „Jestem żołnierzem! Uwaga zombie tu są!”. Wtedy zza chmury kurzu i pyłu wyskoczył pierwszy zombie. Zgiął się szykując się do ataku. Skoczył. Unik. Strzał. Zombie padł. Czerwony żołnierz trafił mu w kark. Cud. Pies uciekł. Usłyszałem jadący w naszym kierunku czołg. Nigdzie nie było widać drugiego zombie. Te blade są inteligentne. Potrafią walczyć. Wszystko opowiedziałem załodze czołgu w drodze do bazy. Jedyne czego nie umiałem wyjaśnić, to brak munduru.

Część 1 http://straszne-historie.pl/story/11432-010844

Część 2 http://straszne-historie.pl/story/13478-Czerwone-Rumowisko

Oznacz jako: przeczytane ulubione chcę przeczytać

Komentarze

Zaloguj się, aby dodać komentarz.

Inne od tego autora

Archiwum

Najnowsze i warte uwagi

Artykuły i recenzje