Historia

Oczy

gaary 3 2 lata temu 7 080 odsłon Czas czytania: ~17 minut

– Czy da się coś z nimi zrobić?

– Obawiam się, że nie mamy wielu możliwości. Możemy się tego jedynie pozbyć.

– Jak chcesz to zrobić?

– Jest tylko jeden sposób, oboje wiemy jaki.

Adam spojrzał na siedzącego naprzeciw niego mężczyznę. Czuł, że to znowu zaczyna się dziać. Jakaś dziwna nitka pulsująca jasnym blaskiem tuż przed oczami. Zupełnie tak jakby ktoś rozwiesił ją między jego uszami i przeciągnął przez nasadę nosa. To igrało z nim, mąciło jego spokój szalonymi i dzikimi błyskami, nie pozwalało mu się skupić na czymkolwiek innym, a co najgorsze prowadziło do okropnych rzeczy. O rzeczach tych wolałby nigdy nie wiedzieć, ale coś chciało, by oglądał je każdego dnia.

– Obawiam się, że to nie one same są powodem – ciągnął lekarz. – To byłoby pewnie zbyt łatwe, a w takich przypadkach nigdy nie chodzi o cokolwiek łatwego. – Przetarł czoło wierzchem dłoni, tak jakby próbował mu w czymś ulżyć. – To pewnie twoja dusza. Trudno o tym myśleć, ale cóż innego ci pozostało? To nie ma wiele wspólnego z chorobą, a gdybyś tylko nie zdawał sobie z tego sprawy na pewno byś do mnie nie przyszedł. Jest mnóstwo tych, którzy czekają na ciebie w mieście. Podstarzałych wcale nie posępnych lekarzyn w schludnie urządzonych gabinetach ze starannie utrzymanym porządkiem. Ktoś taki jak ty, tam powinien skierować swoje pierwsze kroki. Nie zrobiłeś tego, jesteś teraz tutaj u mnie, z dala od miasta i nazywasz mnie lekarzem tylko dlatego, że wydajesz się mieć w tym spory interes.

Adam wiedział, że on ma rację i nie próbował tego nawet ukrywać. Jakiś czas temu mógłby śmiało spluwać w kierunku takich ludzi jak ten, u którego pomocy teraz szuka. Ale wszystko, co działo się jakiś czas temu przestało mieć znaczenie, od kiedy te rzeczy zaczęły się dziać, od kiedy jego oczy zmieniły barwę, a on sam nie mógł w nie spoglądać. Nie wiedział jaka siła krążyła po tym świecie i dlaczego chciała spotkać się akurat z nim, wiedział tylko, że to zrobiła.

A teraz siedzieli we dwójkę w miejscu równie podłym w swym wyglądzie jak podły wydawał mu się świat przez kilka ostatnich tygodni. Meble walały się gdzie bądź, bez porządku i ładu, całe mieszkanie było utrzymane w bałaganie i śmierdziało; zwyczajnie, pleśnią, kurzem i brudem. Zac Quirrel mieszkał w tym miejscu, w ten sposób od wielu lat. Do tej pory dużą przyjemnością okazywała się możliwość nieodwiedzania go.

Wielki bury kot łasił się, spacerując między nogami Adama, był tak samo brzydki, co cała ta okolica i Adam nawet przez chwilę zdążył o tym pomyśleć, by zaraz z przemyśleń wyrwał go ból. Ten sam co zwykle, lecz dużo silniejszy. To nasilało się od dawna, każdego dnia, ale teraz czuł się tak jakby jego oczy miały być dwoma przeciwległymi krawędziami dzwonu, o które z szaleńczą siłą obija się bijak.

Raz po razie, w równym rytmie.

Nie potrafił tego wytrzymać, dlatego tam był, w tym brudzie u tego dziwaka.

Krzyknął z bólu.

Lekarz zmarszczył brwi i uśmiechnął się pod nosem. Wyglądał na kogoś dziwnie niewzruszonego. To, co pozwalało mu takim być wydarzyło się dawno temu. Wtedy, gdy świat był jeszcze dużo młodszy i nie miał przyjemności poznać kilku krzywd. Będąc w wieku Adama na pierwszy rzut oka najpewniej nie różnił się niczym. Było w nim sporo polotu, otwartość i jasne poglądy hołdujące odważnym marzeniom. Ale coś go dopadło, dopadło go w ten sam sposób, w jaki teraz próbuje rozprawić się z Adamem. To wydarzyło się nagle i niespodziewanie. Jednego ranka, po prostu budzisz się i zdajesz sobie sprawę, że coś jest nie tak. Każdy ma tak samo, bez wyjątku. Czy to Adam, czy Zac, czy ktokolwiek inny spośród tych, którym To rozkazało przestać kpić z obłąkanego pustelnika, mieszkającego na skraju lasu i powierzyć w nim wszelką nadzieję. Nie można powiedzieć, że to działo się często, ale niechby coś podobnego wydarzyło się choćby i dwa razy, To ja sam, już pomyślę, czy to aby nie za dużo?.

Sprawa Zaca była głośna. W Carlston był kimś, kogo można było uważać za ważną postać i nieważne, że jego funkcja ograniczała się do wypełniania przygotowanych i zaprogramowanych formularzy. Ważne jest tylko to, że był to etat w ratuszu. Takich ludzi w małym miasteczku ma się za lepszych, lubi się ich i szanuje, a do tego należy dodać, że Zac rzeczywiście na to zasługiwał. Już w samej jego twarzy było coś szczególnego. Coś, co lubiły kobiety i co zjednywało mu przyjaciół. Zawsze był pogodny, miał piękną i szczęśliwą żonę. Wieczorami lubił spotykać się z ludźmi, rozmawiać z nimi i się śmiać, a po tym wszystkim, gdy nadchodził ranek potrafił na nic nie narzekać. To szczególne cechy, bardzo proste, w ogóle nieskomplikowane, ale tak szczególne.

To trwało w dość idylliczny sposób, aż pewnego ranka, nagle wszystko mu zabrano.

Czy był tego jakiś powód? Całe jego życie zdaje się być podporządkowane poszukiwaniom, i o ile dobrze wiem, można by je w tym sensie uznać za zmarnowane.

Była siódma rano. Świat za oknem żył pewnie od dobrej godziny, ulica już zdążyła oddychać wystarczająco szybko, jak na małe prowincjonalne miasteczko. Zac wstał z łóżka, jak co dzień, z dość spokojnymi myślami, nie mającymi nic wspólnego z tym, co go czeka. Ruszył wolnym krokiem do łazienki przemyć twarz, nie wiedząc, że dzieli go zaledwie kilka minut od chwili, w której stanie się winny śmierci własnej żony. Wtedy jeszcze nie czuł bólu. Oczy zaczynają boleć dopiero gdy stają się głodne, ale od samego początku zawisa przed nimi błyskotliwa nić, bardzo irytująca, choć jeszcze niewinna, tańczy jak latawiec wypuszczony na porywistym wietrze i robi wszystko byś nie mógł jej przeoczyć.

Zanurzył dłonie w strumieniu płynącej z kranu zimnej wody i poczekał chwilę aż się zapełnią, po to by przemyć nimi twarz. To była pierwsza czynność jaką wykonywał każdego dnia bezpośrednio po przebudzeniu. Automatycznie. Uniósł wzrok by spojrzeć na swe odbicie w lustrze, a ono natychmiast pękło. Roztrzaskało się na wiele maleńkich kawałków i posypało, ozdabiając błyszczącymi miniaturkami umywalkę, do której wciąż napływała płynąca z kranu woda. Zac instynktownie odskoczył w tył, nie wiedząc, czego właściwie przed chwilą był świadkiem. Agatha zjawiła się w łazience na chwilę po całym wydarzeniu, ale nie zdążyła nic powiedzieć, nie wiem nawet czy zauważyła co było powodem hałasu, który ją zbudził. Spojrzała na niego, prosto w jego oczy, tak jak miała w zwyczaju. Upadła, od razu, bez słowa wyjaśnienia. Zac podbiegł do niej, raniąc stopy ostrymi kawałkami leżącego na podłodze szkła. Usiadł przy niej na ziemi i położył jej głowę na swoich udach. Jeszcze wtedy żyła, ale nie miała pojęcia co musi zrobić by to się nie zmieniło. Spojrzała w jego oczy po raz drugi i na jej twarzy pojawił się najżywszy obraz przerażenia, jaki on kiedykolwiek widział.

– Proszę, nie krzywdź mnie. – Tyle zdążyła powiedzieć, a Zac przez krótką chwilę zastanawiał się jak mogłaby coś takiego przypuścić.

Po tych słowach jej oczy i usta przestały się poruszać, a przed momentem wyraźnie przestraszony oddech, zniknął zupełnie. Zac został tam sam i wciąż niczego nieświadomy patrzył na zwłoki swojej żony, a one stawały się coraz bledsze, coraz mniej wyraźne, aż w końcu zniknęły całkowicie i jedyne co mu pozostało to powietrze. Nie przestawał go obejmować. Nie rozumiał co się stało. Najgorszą chwilę swojego życia było mu dane przeżywać w towarzystwie cichych, ledwo docierających dźwięków ulicy oraz lustrzanych iskierek ozdobionych kroplami jego krwi, walcząc ze swoim zdziwieniem strachem, szokiem, niedowierzaniem, bólem.

Od tamtej chwili minęło już ponad czterdzieści lat, do tego czasu zdążył w podobny sposób pozbawić życia dwie kolejne osoby. Za każdym razem nieświadomie. Dopiero później zrozumiał jak to się dzieje, ale nawet teraz po tylu latach nie znalazł odpowiedzi, dlaczego.

Porzucił normalne życie. Miasto dowiedziało się, że jego żona zniknęła, tego samego dnia w niewyjaśnionych okolicznościach zniknęły też dwie inne osoby. Grubawy szeryf Carlston nigdy wcześniej nie miał tyle pracy i to najwyraźniej pokazało, że raczej za nią nie przepada. Dzieciaki wracały do domu przed osiemnastą, a kobiety przestały wieczorami przechodzić przez park. Wtedy właśnie powstała teoria jakoby Zac Quirrel, przebywający na urlopie od kilku miesięcy całkowicie zwariował w swoim domu. Gdy spotykano go na ulicy (a działo się to rzadko) w istocie wyglądał jak dziwak. Niezależnie od pogody nosił długi zimowy płaszcz, kapelusz, wielkie ciemne okulary i szal podciągnięty wysoko ponad usta. Nam teraz może zdawać się oczywiste, dlaczego to robił. Ci ludzie tam nie mieli tej wiedzy i bardzo łatwo przyszło im uznać go za dziwaka. Sprawę dodatkowo spotęgowała jego przeprowadzka do starej chaty, leżącej na obrzeżach miasta, tuż obok lasu, w miejscu nieprzyjaznym jakiejkolwiek społeczności. Od czterdziestu lat powtarzano, że jest dziwakiem. Ci najstarsi mówili o nim różne rzeczy, dziwne rzeczy, chyba straszne rzeczy, a ci najmłodsi albo się bali albo byli ciekawscy. I czasami zachodzono w tamte okolice. Szpiegowano jego chatę, próbowano się czegoś dowiedzieć, coś zobaczyć. Jest wielu takich, którzy twierdzą, że pewne rzeczy widzieli, ale nie chcą o nich mówić lub po prostu nie chcą w nie wierzyć. Każdy z nich przynajmniej jasno mówi, że nie chce mieć nic wspólnego z tym człowiekiem, ani w czynach, ani w myślach. I to jest dla nich dobre, ale zdarzają się tacy, którzy nie mają wyjścia.

Zac naprawdę był lekarzem, a wszyscy jego pacjenci nie wiedzieli skąd to wiedzą i czemu u niego szukają pomocy, ale to było jedynym rozwiązaniem. Teraz był u niego Adam. Zabił trójkę, tak samo jak on.

– A ty? Dlaczego jeszcze żyjesz? – zapytał wciąż starając się nie patrzeć w oczy lekarza. Tamten zdjął ciemne okulary, które cały czas miał na nosie. Adam choć, nie patrzył w ich kierunku, zdołał to dostrzec i wzdrygnął się. Nie miał pojęcia co się stanie.

– Co robisz? – zapytał drżącym głosem.

– Chcesz wiedzieć jakie one są? Spójrz w nie! Twoje niczym się nie różnią – powiedział Zac, świdrującym spojrzeniem wpatrując się w oczy Adama.

– Nie mogę. Wiesz co się wtedy stanie.

– Wiem, ale ty nie masz pojęcia. Jeśli posiadłeś zdolność władania pewnym żywiołem, to powinno być dla ciebie jasnym, że trudno będzie cię nim skrzywdzić. Nie mam żadnej mocy nad tobą, ani ty nade mną. - Nie przestawał się wpatrywać w Adama, a on czuł ciężar tego spojrzenia na całym swoim ciele.

Bił się z myślami, nie wiedział co ma zrobić, czy może to zrobić, ale ostatecznie po to tutaj przyszedł, kierowany dziwną potrzebą uzyskania pomocy od tego starego, zaniedbanego, zamszałego i pomarszczonego starca. Zdaje się, że właśnie tak miałaby wyglądać ta pomoc. Inną sprawą było to, że Adam od dawna chciał w nie spojrzeć i przekonać się co w nich zobaczy. Spojrzenie w swoje od tamtego pamiętnego dnia, gdy przyczynił się do śmierci całej swojej rodziny, okazywało się niemożliwe i już jakiś czas temu zabrakło mu sposobów by to ograniczenie jakoś ominąć. Zac zapewniał go, że ich oczy są takie same, a Zac miał czterdzieści lat więcej doświadczenia i zdawał się być w tej chorej sekcie czymś na kształt guru.

Adam uniósł wzrok i z lękiem spojrzał w jego oczy. Nie wydarzyło się nic, żaden z nich nie upadł, nie zginął, nie zniknął. Jedynie maleńka iskierka chłodu zatańczyło w sercach obu. Gdzieś daleko za żebrami, ale wciąż nie blisko kręgosłupa poczuli jakby lodowata igła zaczęła się obracać wokół własnej osi, ocierając się delikatnie, to o jedną, to o drugą ściankę duszy. Było to niespotykane nigdy wcześniej uczucie, ale nie miało nic wspólnego z przyjemnością. Wtedy zrozumiał co każde z tych, za których śmierć odpowiadał, poczuło. To musiało być dokładnie to samo, ale rolę małej, ledwie zauważalnej igły pełnił wielki, głośno huczący i szaleńczo wibrujący młot pneumatyczny, nie lubiący delikatnego muskania i subtelnych przesłanek. On szarpał tę duszę z dziką manią, nie zważając na nic z tego, co ktokolwiek chciał w niej zachować nienaruszonym.

Na myśl o tym zrobiło mu się niedobrze. Ona była mu najbliższa. Ta, którą niewinnie zabił jednego słonecznego dnia. Zanim odeszła, rozmyła się i zniknęła musiała to poczuć. A być może czuje to do teraz. To była kwestia duszy, chłód tam wił sobie gniazdo, i strach pomyśleć co by było, gdyby bezapelacyjnie uznać ją za nieśmiertelną, a w jej wspomnieniach zapisać wszystko to, co uczynił z nią wzrok Adama. Nie chciał się nad tym zastanawiać. Rozpłakał się, to jedno jego oczy wciąż potrafiły doskonale.

– Przestań! – zagrzmiał Zac. – Daruj to sobie. Teraz musimy zacząć działać.

Były absolutnie czarne i całkiem matowe. Przypominały dwa martwe punkty osadzone pośrodku postrzępionych krzyżówek zmarszczek. To były serca wulkanu, potężnego, złowrogiego i cały czas grożącego. Jego lawa przybierała kolor śmierci i była spokojna, ale w tym spokoju było wszystko to, czego można się obawiać w ciszy podczas mroku. Adam wiedział to doskonale. Choć one same nie były w stanie nic powiedzieć, to przekazywały mnóstwo treści, a treść ta formowała się w kołtuny, pełne bólu i cierpienia, nierozwiązywalne i niepojęte. Wystarczająco trudne okazywało się opisywanie tego słowami, ale niczym skomplikowanym zdawało się zrozumienie tego i poznanie się z tym.

[To było straszne, to wciąż jest straszne i dzieje się każdego dnia.]

Adam zdołał się otrząsnąć. Przetarł zwilżoną łzami twarz rękawem płaszcza i odwrócił od Zaca wzrok, już na stałe.

Nie chciał w nie patrzeć, ani myśleć, że są jego częścią, że są nim.

– Co chcesz zrobić?

– Jestem tu od czterdziestu lat. Przed tobą odwiedziło mnie już dziewięcioro. Każde z nich widziało w moich oczach swoje. Teraz i ty je zobaczyłeś. Chcę byś dowiedział się wszystkiego, co ja wiem, a później… – Zastanowił się chwilę. – Później znowu to zakończę.

– W jaki sposób można to zakończyć?

– Niech to będzie teraz nieważne. Nie mam pojęcia skąd to się wzięło, ani u mnie przed wieloma laty, ani u ciebie niedawno. Siedzę tutaj i myślę nad tym wystarczająco długo, by się czegoś dowiedzieć, ale to się nie dzieje. Wciąż jestem w punkcie wyjścia i wiem od ciebie tylko o tyle więcej, ile tego przynosi przyzwyczajenie. Świat jest miejscem pełnym dziwów, to jedno mogę przyznać niezaprzeczalnie, równie niezaprzeczalnie mogę powiedzieć, że zarówno ja, jak i ty jesteśmy jednym z nich. Nie nazwałbym tego wielkim zjawiskiem, pokora mi na to nie pozwala. Może na początku mogłem tak myśleć, nie teraz.

Straciłem setki godzin na to by przynajmniej zbliżyć się do znaczenia tego wszystkiego, co siłą wepchnięto nam do ręki i kazano dzierżyć. Nie spotkałem żadnej mocy, która mogłaby podsunąć jakąś podpowiedź, nie zauważyłem żadnego znaku i nie przeczytałem żadnego wersu wśród wszystkich mądrych ksiąg. W naszych oczach i w ich przekleństwie jest ten rodzaj tajemnicy, której nie można odgadnąć. Ona rodzi się sama dla siebie, w losowym miejscu i bez jasnego powodu. Rodzi się i zajmuje swoimi sprawami, niezrozumiałymi i niezwykle dzikimi sprawami. Długo nie mogłem uwierzyć w to, by coś mogło się pojawiać lub znikać zupełnie bez powodu. Szczególnie trudno uwierzyć w rzeczy tak okropne, tak szalone i nieludzkie. Balansowałem na granicy obłędu przez dłuższy okres czasu mojego pustelniczego życia, bojąc się wiewiórki i martwiąc o to wszystko, co mógłbym z nią zrobić. Ale w końcu zrozumiałem, że nie należy szukać dłużej. To tak jak z nowotworami, to tak jak z dziećmi, które rodzą się martwe, myślę, że nawet tak jak z ojcem, który co dnia katuje swoją córkę, a nocami płacze nad jej losem. Sporo tego można jeszcze wymienić, zastanawiając się krócej lub dłużej nie znajdę żadnej różnicy przyglądając się twoim oczom. Mógłbym powiedzieć jedynie, że twój przypadek jest nieco bardziej unikatowy, wcale nie powszedni i bardzo arogancki. Świat jest miejscem, którym od dawna rządzą ludzie, ale nie są na nim sami. Nie mają o nim dużego pojęcia, są mistrzami praktycyzmu, ale nie mają za wiele do powiedzenia o wszystkim, co może w wyraźny sposób odbiegać od jego zagadnień. I ja też wpadłem w ten wir. Utknąłem w nim, przeklinając wszystko to, co pojawiło się w okolicy moich myśli, a gdy zabrakło mi sił na cokolwiek związanego z walką, zrozumiałem, że to największe błogosławieństwo. Pokora wobec tego, co niezaprzeczalnie istnieje i w żaden sposób nie może zniknąć, co więcej nie może nawet złagodnieć. Brzmi to absurdalnie, ale myślę, że za czterdzieści lat twojego życia osiągnie inne znaczenie. Jesteśmy częścią sporej maszyny, każdy jej trybik pracuje według własnego określonego planu. Są małe i duże, są ważniejsze i mniej, to, co o nich wiem, to, że nie jestem w stanie poznać i zrozumieć każdego z nich. Dokładnie z tego miejsca bierze się twój problem. Te tryby, które odpowiadają za nasz los schowały się głęboko, gdzieś pod jednym, dwoma lub czterdziestoma rzędami innych, pewnie dużo większych. Nie ma jasnych dowodów czegokolwiek, nie da się ich odnaleźć ani dostrzec, można tylko czuć skutki działań tych trybików. Nieustannych i niesłabnących na sile. To wydaje się być pewnego rodzaju usprawiedliwieniem, może nawet zrzucaniem winy. I wiesz co? Bardzo chcę byś tak o tym myślał, bo to, że nie ma w tym wiele naszej winy jest najbliższe prawdy. Tak skonstruowano ten świat. Istnieją na nim rzeczy, o których nie wiemy nic, a nawet gdybyśmy mogli coś wiedzieć, to tej wiedzy nie chcemy. To wszystko nazywam demonami, nie tymi, które widywałeś na obrazach malowanych farbą lub kreślonych piórem. Żaden z nich tutaj nie odgrywa żadnej roli. To raczej wszystko to, co jest w stanie opętać twoje myśli i nie dawać im ani chwili wytchnienia. Ludzie znają kilka sposobów, by sobie z nimi poradzić, ale gdy przychodzą do mnie okazuje się, że żadnego z nich nawet nie spróbowali albo wszystkie zawiodły. Chcę byś wiedział, że jestem władcą demonów, ale jedyna władza, jaką nad nimi mam, to możliwość ich zabijania. I to właśnie zrobię z twoimi. Tak samo jak z całą dziewiątką, która musiała odwiedzić mnie wcześniej. Nie ma żadnych półśrodków lub rozwiązań pośrednich, ja jestem ostatecznym wyborem i jeśli wciąż nie rozumiesz o czym mówię, to nie dowiesz się tego już nigdy.

Adam nie wyglądał na zdziwionego, nie był pewien sensu paru rzeczy, o których mówił Zac, ale to nie było najważniejsze. Sens nie zawsze jest istotny, czasami dużo większe znaczenie mają emocje. W tym przypadku na pewno tak było. Zac mówił z pewną niezbadaną pasją, ale jednocześnie ze smutkiem i to te dwa plączące się ze sobą w niezgrabnych uściskach stany roztaczały wokół niego aurę. Była ona trudną do zrozumienia, ale niosła za sobą pełno niemych słów i dostęp do ukrytych treści. Czasami tak jest, często tak jest. Wielu nie zdaje sobie sprawy z istnienia podobnych mocy, albo je zauważają albo nie, ale w obu przypadkach, zwykle nie klasyfikują i nie roztrząsają.

[Praktycyzm]

– To koniec. Nie ma w tym nic niepojętego w tym sensie, o którym myślisz, może tylko w odwrotnym, bo rzeczywiście trudno uwierzyć w to, że podobne rzeczy tak naprawdę są codziennością. Spadają na nas i bawią się nami zupełnie bezkarnie, a my jesteśmy bezsilni. Musisz się z tym pogodzić i przez to musisz zrozumieć to, co chcę zrobić. Powinieneś uznać, że wyświadczam ci przysługę, a będąc szczerym nie mógłbym powiedzieć, że robię coś innego.

Adam wciąż wielu rzeczy nie rozumiał, ale to mu nie przeszkadzało, potrzebował tego, co chciał zrobić Zac i zgodził się na to dobrowolnie. W istocie był bezsilny, w istocie nie widział w tym wiele swojej winy i rzeczywiście nie znał żadnego najmniejszego powodu. To wystarczająco dużo by przekląć wszystko to, co gdzieś tam na górze tańczy nieskończonego walca i tylko wśród luster chełpi się chwałą. To wystarczająco…

– Dlaczego ty? – zapytał, nie podnosząc wzroku. – Czemu ty sam tego nie skończyłeś? Żyjesz z tym od tylu lat, głosisz słowa i niesiesz je innym. Co z tobą?

– Wciąż nie wiesz… – Zac wstał z fotela i podszedł do stojącego na środku pomieszczenia stołu. Było na nim mnóstwo dziwnych rzeczy, zaczynając od brudnych naczyń, a kończąc na brudnych kaloszach. Stół wyglądał na bardzo stary, niegdyś pewnie biały, stał na czterech potężnych, szlifowanych nogach, każda z nich wydawała się być innej długości niż trzy pozostałe. Pod blatem były dwie niewielkie szuflady. Zac wysunął jedną z nich i wyjął ze środka nóż. Ostrze lśniło, rażąc kontrastem z otoczeniem. Zaczął go przerzucać z jednej dłoni do drugiej i cały czas uważnie mu się przyglądając wrócił na fotel.

– Głoszę słowa, ale nie niosę ich innym. Ja sam skończyłem to już wiele razy, ale nie żyłem z tym ani przez chwilę. Nic nie rozumiesz, Adam, wciąż nic nie rozumiesz. Jestem tylko tym, który ma władzę zabijania demonów, ale nigdy ich nie zwyciężyłem. Potrafię się od nich odciąć i sprawić, że przestaną istnieć, ale wszystko inne, co mam do powiedzenia na ich temat zamyka się w uczuciu bezsilności. Spójrz na tę okolicę - jest dość podłym miejscem. Spójrz na mnie – wydaję się nie mniej żałosny. A teraz spróbuj zajrzeć w siebie i szczerze odpowiedzieć czy nie znajdziesz tam tych samych rzeczy, tego samego miejsca i tej samej osoby? Więcej nie chcę ci mówić. Cokolwiek więcej, jest już zbędne. – Raz jeszcze zakręcił ostrzem między palcami i zniknął.

Adam został sam w czymś, co nagle przestało być chatą zdziwaczałego pustelnika, a stało się jego domem i jego codziennością. Bury kot wciąż łasił się między jego nogami, mrucząc i ocierając ogonem o uda mężczyzny. Adam ponownie na moment się nim zainteresował i znów poczuł ból, a wzrok sam powędrował w okolice fotela, na którym do niedawna siedział Zac, teraz został na nim tylko stary narzucony koc i czysty, jasno połyskujący nóż.

Oznacz jako: przeczytane ulubione chcę przeczytać

Komentarze

Fajne, ja natomiast uważam że nóż miał odwrócić jego uwagę, a teraz sam stał się pustelnikiem, który będzie oczekiwał następnego"obdarzonego". ;)
Odpowiedz
Bardzo dobre. To z tym nożem rozumiem jako to, że on ma sie zabic prawda?
Odpowiedz
Ja też to tak rozumiem.
Odpowiedz
Zaloguj się, aby dodać komentarz.

Inne od tego autora

Archiwum

Najnowsze i warte uwagi

Artykuły i recenzje