Historia

Przeczucie

Xeromancer 3 2 miesiące temu 2 601 odsłon Czas czytania: ~10 minut

To był ten dzień. Nie pierwszy raz to czuł. Od chwili przebudzenia, a przebudził się niedawno, wiedział. Dziś coś się wydarzy. Nie wiedział co. Jeszcze leżał w łóżku. Oczy miał zamknięte, ale nie spał. Niebawem musi wstać i przygotować się do pracy. Ta świadomość uwierała. Boże, jak strasznie nie chciał…

Przysługujące cztery dni urlopu na żądanie wykorzystał już dawno temu. Nie miał wyjścia… Musiał.  Nie z powodu kaca, nie z powodu lenistwa… Z powodu przeczucia. Bał się. Miewał już takie przeczucia, kilkukrotnie. Zawsze zwiastowały jakąś tragedie, mniejszą, lub większą. I zawsze z jego udziałem. Zawsze znajdował się w gronie kreatorów genezy, zawsze był współodpowiedzialny. No, może nie do końca współodpowiedzialny. Czasem tak. Ale zazwyczaj czynił cos nieświadomie, a potem skutki były przykre. Pierwszy raz…. Jakieś kilka, czy może kilkanaście lat temu. To były początki spopularyzowania się telefonów komórkowych. I on taki posiadał. Lecz raz, gdy ten zadzwonił, on nie odebrał. Dzwoniła matka. Chciała porozmawiać. Ale jak tu rozmawiać z matką w chwili gdy siedzi się w klubie nocnym i delektuje widokiem podskakujących cycków tancerki odstawiającej show na rurze? No trochę głupio. Może zmieniłby zdanie gdyby wiedział, że będzie to jego ostatnia rozmowa z rodzicielką. Ale nie wiedział. Nazajutrz matka już nie żyła. Zawał. Może dzwoniła poprosić o pomoc, może przeczuwała? Ale mało prawdopodobne. Czemu do niego? Prędzej na pogotowie, albo do sąsiadki z naprzeciwka. Ot tak, pewnie chciała sobie pogadać o pierdołach, jak to matka. Już się tego nie dowie. Wtedy nawet nie zauważył przeczucia. Wróć, zauważył. Z tym, że uznał ją za lekką niestrawność, to wszystko. Tak jak wtedy gdy złamał nogę. Niby uraz jak uraz, ale bez mała 4 miesiące z życia wyjęte. Albo jak opiekował się mieszkaniem babci. Był właśnie z wizytą, celem podlania kwiatów, jedynych  przyjaciół, oraz towarzyszy osiemdziesięcioletniej staruszki. Pamięta, w mieszkaniu śmierdziało starym człowiekiem. Pomimo faktu, że stary człowiek od 3 tygodni przebywał w sanatorium. Dziś turnus się kończył, on miał za chwilę wsiąść w samochód i pojechać po babulinkę do uzdrowiska. Przed wyjściem z mieszkania uchylił lufcik. Niech się przewietrzy, niech babcia nie zazna szoku po powrocie. Ale zaznała. Gdy kilka godzin później przekroczyli próg kawalerki na parterze, ta była ogołocona. Jakiś skarłowaciały pigmej musiał przedostać się przez lufcik, po czym otworzył okno, to od strony nie uczęszczanej przez ludzi, od strony budowy. Zabrali niewiele. Głównie dlatego, że niewiele było. Trochę oszczędności na czarną godzinę, biżuterię, telewizor, elektryczny czajnik… Kwiaty zostawili. Miał trochę oszczędności. Pomógł babci. O lufciku nie wspomniał. Ta jednak specyficznie okazała wdzięczność za pomoc. Załamała się i zmarła kilka tygodni później. Został sam. No i jeszcze żona. W owym czasie narzeczona. Kochana kobieta. Wtedy jeszcze kochana. Gdy pewnego razu ździebko przesadził na imprezie integracyjnej… Może inaczej… Gdy najebał się jak autobus na imprezie integracyjnej. Czemu tak się zwarzył? Nie pamięta. Za to pamięta, że wtedy też miał przeczucie, może to przez to… W każdym bądź razie, to po narzeczoną zadzwonił jego kumpel. Ona przyjechała. Czemu nie taksówka? Istniała obawa, że do rachunku zostanie doliczona opłata za czyszczenie tapicerki, realna obawa. Ona przyjechała. Tego nie pamiętał. Ogólnie niewiele pamiętał z tamtego wieczoru. Podobno zabrał się z nimi jeszcze jeden znajomek, który zaoferował się doprowadzić zwłoki do domu. Obudził się w szpitalu. Mieli wypadek. Wymuszający pierwszeństwo z drogi podporządkowanej dostawczak uderzył w bok ich Corsy. Lekki samochodzik wskutek impetu uderzenia obrócił się i na odlew uderzył w latarnie. Jemu nic się nie stało, koledze też nie. Ot, po prostu trochę zadrapań, oraz wstrząs mózgu, który zachęcony przez wypity alkohol doskwierał jeszcze kilka bolesnych dni. Oni wyszli z tego obronną ręką. Gorzej z narzeczoną. Jej się oberwało. Uszkodzenie kręgosłupa. Ponadto pękające szyby, najpierw boczna, później przednia, przeorały jej twarz. Kilka operacji, kilka miesięcy rehabilitacji i stanęła na nogi. Kilka kolejnych i zaczęła samodzielnie chodzić. Co prawda kulała, i to miało pozostać jej już do samego końca, ale jednak chodzić. Do końca życia miała jej tez zostać szpetna blizna na twarzy, wieczna pamiątka tamtego wieczoru. Finalnie się pobrali, ale nie kochał jej już tak jak wcześniej. Z resztą, ona chyba też miała świadomość, że widzi w niej zdeformowanego potworka, kulejącego Kwasimodo, nie seksowną blondynkę sprzed lat. To małżeństwo zostało skreślone, nim zostało zawarte. Teraz po kilku latach wspólnego życia trzymało ich przy sobie już tylko przyzwyczajenie i wspólny kredyt.
Zadzwonił budzik. Tego dnia nie budził go. Od dawna przecież nie spał. Klepnął ręką urządzenie zmuszając je do milczenia. Zamknął oczy i wsłuchiwał się przez chwile w ciszę mieszkania o poranku. Przeczucie narastało w jego wnętrzu, było stresogenne i nieprzyjemne. Z przedpokoju dobiegły go odgłosy kuśtykającej żony. Może to o to chodzi? Może dziś mu oznajmi, że nie chce dalej z nim żyć i odchodzi? Ale z drugiej strony, czy to by było takie złe? Może na początku, a później hulaj dusza, żony nie ma... Albo… A co jeśli jest w ciąży? To by dopiero był problem. Pal licho kredyt, ale dziecko… Chociaż… Fakt, nie kochali się zbyt często, ale regularnie. Jakoś, raz na 2 tygodnie, bardziej celem zaspokojenia potrzeb fizycznych niż z porywu serca, ale stówka w kieszeni była… I wtedy go oświeciło. Wizytacja, w pracy dzisiaj wizytacja! Zerwał się momentalnie z łóżka. Tak, wizytacja, to mogło być to. Podobno szykują się redukcje. Brak pracy, plus hipoteka… Nie może, po prostu nie może się spóźnić. Nie dzisiaj. Zrezygnował z porannego prysznica, gdy zorientował się, że jest okupowany przez żonę. Wiedział, że ten pokrak jak wchodzi pod prysznic, to pół godziny najmarniej z życia wyjęte. Obmył się pod umywalką. Po chwili był już ubrany. Złapał z lodówki kawałek kiełbasy, i kromkę chleba z chlebaka. Rozległ się gwizd czajnika.
- Śniadanie mistrzów – burknął do siebie. - Przynajmniej wodę wstawiła, ta moja ślubna.
Obdmuchał zaparzoną na prędce herbatę i przyswoił substytut śniadania. Koszula w szafie wyglądała na względnie świeżą, nie miał czasu na prasowanie. Kątem oka dostrzegł iż za oknem pada śnieg, wiec z szafy wydobył jeszcze puchową kurtkę.  To już chyba ten czas, kiedy trzeba ubierać się cieplej. Zmierzając do drzwi rzucił w kierunku łazienki.
- Wychodzę.
I wyszedł. Pod blokiem zastał krajobraz polarny. Ewidentnie śnieg padał przez całą noc. Zidentyfikował jeden z puchowych wzgórków na parkingu jako swój samochód i ruszył w jego stronę. Rękawem kurtki starł śnieg z przedniej szyby i obtarł lusterka. Resztę zwieje wiatr. Wsiadł do środka wozu. Leciwy, ale własny Ford Focus najlepsze lata miał już za sobą. Jakby nie patrzeć, było to jego pierwsze auto. To samo auto, którym kilka lat wcześniej przywiózł babcie z sanatorium… Nagle mu się przypomniało... Z niepokojem popatrzył na deskę rozdzielczą. A może to, to? Może ten stary pierdziel po prostu nie odpali i złe przeczucie w końcu znajdzie wytłumaczenie? Ostrożnie przekręcił kluczyk w stacyjce. Silnik zamielił dwa razy, po czym wszedł na obroty. Czyli, to nie to. Powoli ruszył w kierunku biura.
Na parkingu pod siedziba korporacji było zaskakująco dużo miejsca. Najwidoczniej nie wszystkie akumulatory okazały się tak dobre jak jego. I bardzo dobrze. Miał co prawda jeszcze 15 minut, ale nie zamierzał marnować tego buforu bezpieczeństwa na poszukiwania miejsca postojowego. Zaparkował i niepewnie skierował się w stronę biurowca, gdzie mieściło się jego miejsce pracy. Irytujące przeczucie klamrami ściskało jego organy wewnętrzne. Czy tak wygląda pierwszy etap stanu paniki? Piknął karta magnetyczną na bramce. Wtedy dostrzegł, że przy windzie stoi jego kolega z pracy. Stoi i trzyma drzwi, ewidentnie czekając na niego. Przyśpieszył kroku.
- Słyszałeś? – na przywitanie zaczął kolega.
- Ale co? – zdziwił się.
- Nie ma wizytacji. Delegacja z głównej siedziby nie dała rady dojechać. Sypie podobno u nich znacznie bardziej niż u nas. Odłożyli wizytację, nasza placówka na czerwiec została wyznaczona. Jesteśmy w tak zwanym save zonie do lata. – Niemal jednym tchem odpowiedział i zaśmiał się.
Niby dobra wiadomość, niby powinno ulżyć, ale… Przeczucie pozostało. Ciągle dziugało podświadomość przypominając, że dziś cos się stanie. W sumie nie ma wizytacji, nie będzie do czerwca, ale zawsze pozostaje jeszcze 8 godzin do końca dnia pracy. To jeszcze nic nie znaczy. Pierwsze godziny pracy spędził wykonując swoje codzienne obowiązki. Niby wciąż pozostawał w stanie podwyższonej czujności, ale nic nie przykrego się nie wydarzyło. Co więcej, wszyscy byli jacyś tacy… No, mili. Zwłaszcza ta nowa dziewczyna, nie dość że się uśmiechnęła, to jeszcze zagadała. Zagadała pytając czy będzie na imprezie wigilijnej. No po prostu ekstra. Sielankowy nastrój zmącił lekko telefon, który niepostrzeżenie rozległ się pod koniec dnia pracy. Z niepokojem, ale odebrał, a tu…
- Dzień dobry, dzwonie z centrum badań opinii…
Teleankieter… Rozłączył się. Co jest grane? Kiedy w końcu stanie się to, co ma się stać i co to będzie? Dzień pracy dobiegł do końca. Opuścił biuro. Mając w pamięci poranny obraz lodówki, postanowił, że skoczy jeszcze po zakupy do jakiegoś dyskontu. Nadrobił trochę drogi, ale pojechał kawałkiem obwodnicy. Śnieg ciągle padał, miasto było zakorkowane. To była dobra decyzja. Tuż za podjazdem za plecami usłyszał wycie syreny policyjnej. Przeczucie znów się obudziło. Serio, policja? Ta tragedia, która miała go spotkać, albo której miał być współsprawcą, to mandat? Ale za co? Zmienił pas na prawy i zwolnił  poszukując zatoczki umożliwiającej zatrzymanie się. W tym czasie kierowca radiowozu wyprzedził go, nie poświęcając mu nawet krzty uwagi. Wyprzedził też kolejne auto, czerwone BMW. Zza uchylonej szyby od strony pasażera radiowozu wychyliła się ręka z lizakiem informując kierowcę BMW iż ma się zatrzymać. Zostawił za sobą interwencje policji.  Dwa kilometry dalej zjechał z obwodnicy. Wjechał w małą uliczkę biegnącą wzdłuż miejskiego lasku. Za chwile zrobi zakupy i wróci do domu. Niewielka szansa iż cos się wydarzy. W myślach zaczął tworzyć listę zakupów. Nie zauważył gdy z alejki po prawej stronie, spomiędzy bloków wybiegło dziecko. Znaczy, zobaczył gdy było już na drodze. Nie miało to znaczenia, dziecko, chyba dziewczynka, na oko sześciu, lub siedmio letnia była zbyt daleko, by wpaść pod koła jego samochodu. Niemniej nurtujące przeczucie zaatakowało z siłą tsunami w jego brzuchu. Przecięła drogę i wbiegła na chodnik na skraju lasku. Musiała trafić na śliski obszar, gdyż straciła równowagę i upadła. Odprowadził ja wzrokiem zastanawiając się co robi małe dziecko samo na ulicy po zmroku. Chociaż…. Była dopiero 17ta… Wtem na skraju pola widzenia dostrzegł ruch. Szybko odwrócił głowę. Za dziewczynką na ulicę wybiegł mężczyzna. On był stanowczo zbyt blisko. Dwa metry, może trzy dzieliło go od maski samochodu. Uderzy… Chyba, że… Wykonał gwałtowny skręt w lewo i wcisnął hamulec. Na trasie szybkiego ruchu przy tak śliskiej nawierzchni manewr ten zakończyłby się katastrofą. Ale to była mała dróżka, a prędkość niewielka. Oczywiście, koła wpadły w poślizg, a auto obróciło, ale… Skontrował koła w drugą stronę.  Nie uderzył mężczyzny. Ślizgiem minął go o centymetry i uderzył w fałdę usypanego na poboczu śniegu. Auto zatrzymało się. Gdy strząsnął z siebie szok, odwrócił się aby spojrzeć na mężczyznę. Ten podniósł już dziecko i teraz zdecydowanie przyciskał do piersi. Popatrzył na niego. Nie widać było twarzy, miał na sobie kaptur. Ojciec, córka mu uciekła i nieostrożnie wybiegła na ulicę. Ruszył za nią w pościg. Mężczyzna uniósł rękę w geście… Może przepraszającym, może uspokajającym… Nie ważne. Przytulił dziewczynkę drugą ręka i oddalił się w głąb lasku. Niekomfortowy stan związany z przeczuciem nie ustał, ale to nie ważne.


- Załatwiłem cie skurwielu, dziś nic złego się nie wydarzy, złamałem tę pierdoloną klątwę, nikt dziś nie ucierpi, nie przeze mnie. – odetchnął.


Wrzucił wsteczny. Chwilę pobolcował kołami w śniegu, ale jednak udało mu się wyjechać. Jeszcze tylko zakupy. A może i kupi butelkę wina, może by sobie spędzili z żoną miły wieczór… Może…

Mężczyzna z dzieckiem trzymanym na rękach zagłębiał się w las. Starał się iść spokojnie, nie okazywać oznak zdenerwowania. Tak naprawdę był zdenerwowany do granic zdrowego rozsądku. Na ramieniu spoczywało mu ciało nieprzytomnej dziewczynki. Gdy cudem uniknął potrącenia przez samochód, dopadł ją leżącą na chodniku. Zasłonił ciałem, aby kierowca nie zauważył jak przykłada jej do twarzy chusteczkę delikatnie nasączoną eterem di etylowym. Teraz już będzie spokojna.
- Będziesz spokojny gówniarzu, pojedziemy do dziadzi, a dziadzia cie na kunia wsadzi – powiedział do siebie.
Pamiętał… Odruchowo obrócił się jeszcze w stronę kierowcy. Chciał sprawdzić jego reakcję. Ale chyba wydawał się za bardzo zszokowany tym, iż nieomal stał się sprawcą wypadku, by właściwie zinterpretować sytuacje na drodze. Pomachał mu przepraszająco. To był błąd. Chociaż… Może wcale nie, może w ten sposób jeszcze bardziej zamglił jego percepcje. Odwrócił się i nieśpiesznie oddalił alejką w głąb lasku. W tym świetle nie mógł dostrzec jego twarzy, tylko ubranie. To ubranie spłonie jeszcze dzisiaj. W każdej chwili był gotowy do ucieczki. Ale nie musiał, nikt go nie gonił, nikt nie wszczął alarmu… Jeszcze. Po drugiej stronie lasku miał zaparkowany samochód. Byle do niego dotrzeć i już będzie bezpieczny… Znaczy, bezpieczniejszy. Gdyby został potrącony, na pewno dziewczynka opowiedziałaby historię jak proponował jej cukierki, jak zapraszał na wspólny spacer… A potem gonił. Potem byłyby pytania. I w końcu by wpadł. Wyrok, cela… W celi ciężko jest ukryć za co się siedzi. Sami klawisze o to dbają, zwłaszcza gdy sprawa tyczy się dzieci.  Ale jeszcze nie dziś. Nie słyszał za sobą nic niepokojącego. Nawet krzyków rodziców. Pewnie nawet jeszcze nie zauważyli, że ich pociecha zniknęła…  Dobrze, że nie został potrącony…

Oznacz jako: przeczytane ulubione chcę przeczytać

Komentarze

A już wiem o które chodzi. Dziękuję :)
Odpowiedz
Dziękuję, a o które opowiadanie chodzi ? :)
Odpowiedz
Bardzo mi się podoba. Jest inteligentnie i z dreszczykiem ;)
Odpowiedz
Zaloguj się, aby dodać komentarz.

Inne od tego autora

Archiwum

Najnowsze i warte uwagi

Artykuły i recenzje