Historia

Światło w Ciemności

banan07002 4 5 lat temu 3 851 odsłon Czas czytania: ~9 minut

Światło. Element otaczającego nas Wszechświata, bez którego nasza egzystencja na Ziemi byłaby niemożliwa. Widok porannej, krwistoczerwonej tarczy słonecznej pnącej się powoli na niebo jest obrazem, który mamy przed oczami przez resztę dnia.

Światło. Widziałem je codziennie, każdego poranka, każdego południa i wieczora. Było przed moimi narodzinami, było, kiedy żyłem i myślałem, że trwać będzie jeszcze długo po mojej śmierci. Myliłem się.

Kiedy jesienią 2024 roku astronomowie zaczęli powoli zauważać zmiany na naszym Słońcu, było już za późno. Wiadomość o zachodzącym w zawrotnym tempie wypaleniu największej gwiazdy Układu Słonecznego gruchnęła tak nagle i niespodziewanie, że na całej Ziemi wybuchła zbiorowa histeria. Sklepy opustoszały już kilka dni po ogłoszeniu, natomiast tydzień później nie znalazłbyś stacji paliw, na której ostało by się choćby kilka kropel ropy. Baterie, lampy, latarki, olbrzymie estradowe reflektory, słowem wszystko, co było w stanie generować światło stało się towarem najbardziej w owych dniach pożądanym. Kradzież kwitła niczym grzyb po ulewnym deszczu, stopniowo przekształcając uporządkowany kraj w jedną, wielką arenę bezprawia i przemocy. Każdy chciał przetrwać i temu stwierdzeniu trudno się dziwić. Poza tym noc i związany z nią mrok budzi w człowieku głęboko zakorzenione lęki, nabyte tysiące lat temu. Widmo nadciągającej Wiecznej Nocy zburzyło ład na świecie, tak misternie budowany przez ostatnie dziesięciolecia. Jak się miało okazać - na zawsze.

Wrócę jednak do samego początku, gdyż chyba się nie przedstawiłem. Nie wiem, czy jest to zabieg konieczny w panującej obecnie sytuacji, gdzie imię i nazwisko to po prostu kilka nic nie znaczących słów, ale uczynię to, żeby przynajmniej częściowo zachować pozory normalności. Otóż nazywam się Daniel Smith. Nazwisko odziedziczyłem zaiste pospolite, więc jeśli kiedykolwiek będziesz chciał znaleźć jakiekolwiek informacje o Danielu Smith’sie, natrafisz na co najmniej kilkuset takich jak ja, zapomnianych przez historię i świat. Dlatego właśnie podpisywanie tego dziennika moim nazwiskiem jest zabiegiem zbytecznym, jednakże, jak już wspomniałem, czynię to dla zachowania pozorów normalności oraz ponieważ tak mnie nauczono na studiach filologicznych, na które uczęszczałem, zanim zgasło Słońce. Mam 44 lata, wiek nieczęsto spotykany w tym ponurym, mrocznym miejscu, które do niedawna było moim miastem. Los tak pokierował moim życiem, że wiek ten osiągnąłem nie znajdując żony, a tym samym nie zakładając rodziny. Teraz myślę, że dobrze się stało. Dzięki temu jedyną osobą, o jaką muszę się troszczyć, jestem ja sam. Wiem, że brzmi to niezwykle samolubnie i egoistycznie, jednak z dalszej lektury dowiesz się, że taka postawa może decydować o tym, czy przetrwasz, czy też nie.

Skoro mamy za sobą wstęp, mogę ci wyjawić, dlaczego w ogóle usiadłem do spisywania tego pamiętnika. Wiedz, że nie czynię tego dla własnej przyjemności ani chęci zdobycia sławy czy rozgłosu. Wspomnienia te notuję tak skrzętnie w tym zeszycie z poczucia obowiązku. Jakiego, spytasz? Otóż widzisz, nieznajomy czytelniku, mam mgliste przeczucie, że kiedyś nadejdą lepsze czasy. Takie, w których Słońce znów zaświeci, bądź ludzkość wynajdzie inne źródło światła. W tych czasach ktoś będzie chciał poznać historię Wiecznej Nocy, a wtedy odkryje mój pamiętnik. Mały, niepozorny, oprawiony w tekturową okładkę ozdobioną pospolitymi wzorkami. Dzięki niemu może ktoś lepiej zrozumie to, co dzieje się w 2026 roku, dwa lata po zgaśnięciu Słońca, w małym miasteczku Applefield, trzysta kilometrów od Kentucky. Oczywiście nie mam żadnej pewności, że takie czasy nastąpią, jednak postanowiłem spisać te wspomnienia na przekór wszystkiemu.

Tak oto dochodzimy do końca tego swoistego prologu, będącym bramą do najstraszniejszej historii, jaką człowiek mógł sobie wyobrazić. Mam nadzieję, że kiedy to czytasz, promienie porannego Słońca prześwitują przez zasłony i padają na stronice tego zeszytu. Mam nadzieję, że nie zasłonisz kotar, odcinając dopływ światła. Nawet jeśli cię razi, nie czyń tego. Popatrz przez okno w niebo i wyobraź sobie, że kiedyś wszystko to, co widzisz, spowijał mrok…

Pracownia, jeśli tak w ogóle mogę tak nazwać pokój, w którym spisuję notatki, jest najlepiej oświetlonym pomieszczeniem w domu. Drzwi, okna i każdy inny otwór, przez który można wejść, jest zabity deskami. Może wydawać ci się to dziwne, jednak ciemność nie jest problemem sama w sobie. Problemem są ludzie. Jak już wspominałem, ciemność od zawsze budziła lęk, więc gdy błądzący w ciemności człowiek dostrzeże choćby błysk światła, rzuca się ile sił w nogach do jego źródła. Nie potrzebuję wizyt otumanionych, skrajnie wystraszonych ludzi w moim domu. Dlatego na kilka dni przed Wielką Nocą pociąłem na deski moją starą szopę za domem i deskami tymi zabiłem okna i drzwi. Ponieważ Applefield jest małe, toteż informacje przychodzą znacznie wolniej niż do wielkich metropolii. Internet milczał wiele dni na temat Zgaśnięcia Słońca, co było zapewne działaniem rządu, mającym na celu opóźnienie paniki. Od odkrycia przez astronomów zmian na Słońcu, a opublikowaniu oficjalnych wieści minęły trzy, cztery dni. Moje szczęście polegało na tym, że wśród astronomów zajmujących się tą sprawą był mój przyjaciel William Dorensby, który powiadomił mnie o tym już kilka godzin po odkryciu, niechybnie ratując tym samym moje życie. Miałem więcej czasu na przygotowanie się do Wiecznej Nocy. Moja pensja wykładowcy na uniwersytecie rozeszła się w ciągu jednego zaledwie dnia, wydana na wszelkie możliwe źródła światła, zapałki, krzesiwa i baterie, a także na mnóstwo jedzenia z datą spożycia nie krótszą niż kilka lat. Były to głównie konserwy, makarony i inne przedmioty, których wymienianie nie ma teraz żadnego sensu. Zaciągnąłem też kredyt w miejscowym banku, wiedząc, że jego spłacaniem nie będę się musiał troszczyć. Zakupiłem za to potrzebne przedmioty, przygotowując się tym samym na nadejście mroku lepiej, niż którykolwiek z mieszkańców Applefield.

Wieczna noc zapadła zupełnie inaczej, niż sobie to wyobrażałem. Już kilka dni poprzedzających to wydarzenie, Słońce jak gdyby bladło, rzucając coraz mniej światła, aż piątego dnia, dokładnie o 15:34 zrobiło się ciemno jak w nocy. Można było zobaczyć malutkie punkciki będące gwiazdami i odległymi planetami. Siedziałem wtedy na balkonie swojego dwupiętrowego domu i obserwowałem to wszystko, skrzętnie notując to, co widzę na kartce (niestety, kartka owa zaginęła przed paroma dniami, więc nie jestem w stanie przytoczyć fragmentów owych zapisków). Pragnę wspomnieć, że wszystko to piszę na kartkach bądź zeszytach, gdyż jest to o wiele trwalsze niż plik w komputerze, który do działania wymaga prądu. A z prądu, drogi czytelniku, nie korzystałem już prawie dwa lata, na skutek przeciążenia wszystkich elektrowni w kraju. Było to skutkiem włączenia olbrzymiej liczby zasilaczy, generatorów i lamp, żeby rozświetlić Noc. W rok po zgaśnięciu Słońca nie pozostała ani jedna sprawna elektrownia. Dlatego gdy piszę te słowa, stojąca obok świeczka rzuca migotliwy, rozchybotany blask na strony zeszytu. Z sufitu zwiesza się zrobiony moją ręką prowizoryczny kandelabr, wyposażony w pięć długich świec, zgaszonych teraz w celu oszczędzania wosku. Gdybym wyszedł na balkon i rozejrzał się wokoło, dostrzegłbym tylko bezkresne morze mroku, upstrzone tu i ówdzie płonącymi słabo ogniskami. Applefield opustoszało, nie pozostał niemalże nikt z prawie tysiąca mieszkańców. Nie mam żadnych informacji o losie innych miast, gdyż telewizor zgasł na dobre parę miesięcy temu, gdy ulokowany w piwnicy generator pochłonął ostatnie litry ropy naftowej. Brak ludzi jest mi bardzo na rękę, gdyż dzięki temu nie jestem skazany na smutną, nudną egzystencję w domu. Mogę wyjść czasem na zewnątrz, zaczerpnąć świeżego powietrza, niedostrzeżony przez nikogo. Czynię tak w każdą pełnię księżyca, który dalej świeci resztką swojej mocy. Za rok i on pewnie zgaśnie. Cóż, każda rzecz ma swój początek i koniec. Różnica polega tylko na czasie, jaki to zajmie. Kiedy byłem mały, zawsze patrząc w niebo byłem pewien, że będzie trwał wiecznie. Że Słońce nie zgaśnie wcześniej, niż za kilka milionów lat. Nawet gdybym wiedział wtedy, że Wieczna Noc nadejdzie za czterdzieści lat, nie przejmowałbym się. Przecież dla trzylatka to okres niewyobrażalnie długi.

My, ludzie jesteśmy zbyt przywiązani do teraźniejszości i nie umiemy myśleć perspektywicznie. Wydarzenia, które maja rozegrać się za kilkadziesiąt, może kilkaset lat, nie obchodzą nas tak długo, dopóki jest już zapóźni na jakiekolwiek kroki. Prawdopodobnie nigdy nie dowiem się, od jak dawna astronomowie wiedzieli, bądź przeczuwali nadejście Wiecznej Nocy. Czy zostały podjęte w tym celu jakieś kroki? Nie wiem. Mogę jedynie snuć przypuszczenia, z których i tak nic nie wynika. Jestem zmęczony. Na starym zegarze tykającym cichutko za moimi plecami dochodzi 14, ale i tak nie ma to żadnego znaczenia. Mrok skutecznie zlał ze sobą dzień i noc, tworząc jedną, nieprzerwaną, monotonną porę dnia. Nie wiem, czy kłaść się spać, czy nie. Dawniej rytm dnia wyznaczały godziny, minuty, pory roku. Teraz robię to kiedy chcę, przez co większość czasu chodzę niewyspany i zmęczony. W wiszącym w łazience lustrze widzę zmarnowanego, bladego jak śmierć mężczyznę o jasnych, przyprószonych siwizną włosach i wychudłej, niegdyś umięśnionej sylwetce. Gdy tak patrzę na samego siebie, nachodzą mnie myśli o przemijaniu. O tym, jak kruchy jest świat, który nas otacza. Jak cały świat potrafi zmienić się w ciągu jednego zaledwie tygodnia.

Ech, zaczynam filozofować. Musisz mi to wybaczyć, jednak brak zajęcia sprawia, że pisanie tego pamiętnika to wspaniała rozrywka. Nie wiem, o czym jeszcze mógłbym napisać. Tak bardzo nie chcę się żegnać i odkładać długopis, wracając znów to ponurej rzeczywistości. Nie chcę cię pozostawiać w niewiedzy, jednak nie mogę usłyszeć twoich pytań o losy ówczesnego świata. Postaram się zatem zgadywać:

Czemu tak bardzo obawiałem się ludzi? Otóż widzisz, nieznajomy przyjacielu, bez światła człowiek prawdziwie dziczeje. Stwory, które rzadko napotykałem na swojej drodze podczas wypraw, nie przypominały już ludzi, a patrzenie na nich przyprawiało mnie o wstręt o odrazę. Były to kreatury ślepe i głupie, z pozbawioną pigmentu skórą, przypominającą ciało glisty. Mieli niezwykle wyczulony słuch, toteż poruszanie się wśród nich musiało być bardzo ciche. Stwory te żywiły się wszystkim, co im wpadło w łapy, nie gardząc również człowiekiem. Wart wspomnieć, że w owych czasach nie napotkałem na ani jedno zwierzę w mieście. Większość z nich uciekła, jednak reszta skończyła niechybnie w żołądkach owych istot, podobnych do ludzi, jednak nimi nie będą…

Słyszysz to?! Ten dźwięk… Coś stuka do mych drzwi! Paznokcie drapią po drewnie, chcą się tu dostać! Czyżby mnie zauważyły, usłyszały, bądź w jakikolwiek inny sposób wyczuły? Idą po mnie, przyjacielu, więc muszę przerwać naszą rozmowę. Och, tak mi przykro, ha, ha, ha. To zabawne, nieprawdaż? Nie mogę cię zobaczyć, a tak wiele nas łączy. Hahah… Co robicie, kreatury, zostawcie mnie nie dotykać mojego notatnika jest mój…. zostawcie…. Nie jestem …. Szalony…

Nie wiem, gdzie jestem. Zamknęli mnie w jakimś ciemnym pomieszczeniu, gdzie zamiast drzwi napotykam ciężką, żelazną kratę. Dostaję posiłki trzy razy dziennie. Czasami odwiedza mnie jedna z tych kreatur. Pyta, czemu to zrobiłem, czemu tak się zachowuję. Nic jej nie powiem, przyjacielu. Zwierzę się tylko tobie. Ty mnie nie wydasz, prawda? Prawda?! Tak, racja, nie wydasz. Dobry z ciebie człowiek. Powiem ci w tajemnicy, że nie żałuję, że podczas jednej z moich wędrówek zabiłem kilka z tych stworów. Oni nie byli już ludźmi. Oni zawsze dziwnie patrzyli na mój dom. W sumie, to kłamałem w kwestii okien. To te istoty je zabiły deskami, odcięły mi prąd, zmuszając mnie do życia przy świecach. Podatki, tak na to mówią. Skąd miałem wziąć na to pieniądze, co?! Wszędzie było tak ciemno… A wiesz przecież, że ludzie w ciemności dziczeją…

Zapraszam do polubienia fanpage'a

https://www.facebook.com/banan07002

Oznacz jako: przeczytane ulubione chcę przeczytać

Komentarze

Super się czyta, ale: - światło, nawet w biednej formie zapewniłyby elektrownie wiatrowe - bez słońca wszystko by zamarzło w kilkanaście dni
Odpowiedz
Zajebiste (i teraz włączę tryb racjonalisty) ale PRZECIEŻ KURWA KSIĘŻYC nie świeci! on odbija światło słoneczne, a ono nie świeci. Druga rzecz gdyby zgasło na ziemi była by temperatur nie pozwalająca żyć żadnemu człowiekowi ani zwierzęciu :P
Odpowiedz
Kasia Bartnik jesteś oficjalnie "tempa dzida"
Odpowiedz
jednym słowem..zajebiste *,*
Odpowiedz
Zaloguj się, aby dodać komentarz.

Inne od tego autora

Archiwum

Najnowsze i warte uwagi

Artykuły i recenzje