Historia

Pośród Nocy

narrator 3 6 lat temu 4 735 odsłon Czas czytania: ~17 minut

„Non omnis moriar” - Horacy

I

Wtedy

Gęsta, mlecznobiała mgła rozlewała się po pogrążonej w ciemnościach łące. Niebo spowijał ciężki wał chmur, przez który gdzieniegdzie z trudem przebijał się jasny blask księżyca. Przez środek łąki biegła dość dobrze utrzymana droga, wyłożona asfaltem, który pokryty lekką rosą mógł być zagrożeniem dla kogoś, kto za bardzo śpieszyłby się do domu. Swój stan zawdzięcza temu, że była dość rzadko uczęszczana. Kilka pojazdów dziennie, czyli niewiele w stosunku do głównych ulic, biegnących przez centrum miasta.

Ulica prowadziła przez nowy, niedawno wyremontowany (wcześniej zniszczony podczas powodzi) niewielki mostek, który umiejscowiony był na dość ostrym zakręcie, co zmuszało kierowców do ograniczenia prędkości, w przeciwnym bowiem razie czekałoby ich śmiertelnie zderzenie z kamienistym dnem niewielkiej, płytkiej rzeczki, która leniwie płynęła przez łąkę, cicho szumiąc i pluskając.

Pewnej nocy, nocy, w której mgła przypominała mleko leniwie unoszące się w powietrzu, ciemny samochód powoli zbliżał się w stronę mostku.

Wewnątrz znajdowały się dwie osoby. Młody mężczyzna i jego równie młoda żona. Gdy przyjrzymy się im bliżej, gdy zbadamy ich twarze, okaże się, że samochód porusza się ślimaczym tempem nie z powodu mgły, lecz dlatego, że tak kierowca, jak i pasażerka są nietrzeźwi. Nawet bardzo. Dziwne jest, że mężczyzna mimo wszystko utrzymuje pojazd w linii prostej.

Samochód wlecze się powoli, wjeżdża na wspomniany mostek, a potem wtacza się na delikatne wzniesienie. Skręca w lewo, mijając uliczkę, która prowadzi do kościoła, którego dzwony właśnie oznajmiły, że wybiła trzecia nad ranem. Powoli, powoli, ostrożnie, przez wyboistą drogę, która powinna być jedynie poboczem zbliża się do celu. Wkrótce małżeństwo może dostrzec swój nowy, świeżo wyremontowany dom.

Usytuowany był w idealnym miejscu – z dala od miejskiego zgiełku, w sennej dzielnicy, przy samym lesie. Tuż obok jego wschodniej ściany biegła kolejna rzeczka (albo raczej leniwy strumień), więc przed wjazdem do lasu znajdował się kolejny mostek. Ta droga była jeszcze mniej uczęszczana, od tej, którą wlekli się kilkanaście minut temu, więc mogli spać spokojnie, bez obaw, że jakiś wariat wpadnie na pomysł, aby w środku nocy sprawdzić silnik swojego nowego motocykla.

Dom, w którym zamieszkali był murowany od góry, do dołu, więc nie musieli się o nic martwić. Pozostała tylko kwestia, jak zagospodarować wnętrze, ale i z tym nie było problemu. Poradzili sobie w kilka dni. Dom prezentował się bardzo okazale, można by rzec, że był najatrakcyjniejszym domkiem jednorodzinnym w okolicy. I małżeństwo było z tego dumne. Szczęśliwe dwadzieścia lat po ślubie, bezproblemowa przeprowadzka… czegóż chcieć więcej?

Ich trójka dzieci – pięcioletnia, słodka dziewczynka Agatka i dwóch synów – osiemnastolatek i jego o rok starszy brat, szybko zaaklimatyzowali się w nowym domu. Chłopcy od razu wybrali sobie sypialnię na górze, dzięki czemu mogli spędzać noce na graniu w gry wideo i oglądaniu horrorów, które oboje uwielbiali.

Dzień wcześniej było dość pochmurno i chłodno, więc zdecydowali się zostać w domu i grać w nowo zakupioną grę wideo, popijając kilkoma piwami. Około pierwszej w nocy byli już tak zmęczeni, że bez gadania położyli się do łóżek i zapadli w twardy, niczym nie zakłócony sen. Obok, w swoim małym pokoiku spała ich młodsza siostra. Czarne, lokowane włoski rozsypały się na poduszce, dodając małej niesamowitego uroku. Twarz była blada, jak twarz człowieka, który nagle poczuł silne torsje i za chwilę zacznie wymiotować. Niesamowicie długie, zadbane rzęsy sięgały aż na policzki. Usta przypominały cienką kreskę, pociągniętą ołówkiem na czystym płótnie. Kąciki ust były delikatne skierowane do góry; świadczyło to pewnie tym, że dziecku śni się coś przyjemnego, na przykład: zabawa z pieskiem, wycieczka do ZOO, pyszne lody, nowa lalka Barbie…

Kilkadziesiąt minut po godzinie trzeciej w nocy w drzwiach wejściowych dwukrotnie przekręcił się zamek. Rodzice wrócili do swoich dzieci. Drzwi uchyliły się na oścież, skrzypiąc cicho, ale przejmująco.

- Ciii… pobuzisz zieszi… - żona skarciła męża, który chwiał się w progu, próbując znaleźć włącznik światła.

W jednej ręce trzymał papierosa, który w mroku zalegającym dom zdawał się być iskrą, pływającą w powietrzu, jak nasiona dmuchawca latem. W końcu ręka znalazła włącznik. Dom rozjaśniło światło. Małżeństwo weszło do środka, zamykając za sobą drzwi. (Myśleli, że udało im się zrobić to po cichu, ale… tylko tak im się wydawało). Mąż bez przerwy z czegoś chichotał.

- Czego rżysz? – spytała żona.

- Pszsz… - zaczął, ale język odmówił mu posłuszeństwa. Przełknął ślinę i spróbował jeszcze raz. – Pszypomniał mi się ten gość, co wyss… - zrobił przerwę na złapanie oddechu, po czym kontynuował. – Co wysiadł z samochodu i od razu wlazł w gówno. Haha! Cała chata jebała gównem! – powiedział i zaśmiał się na cały głos.

Żona, która też zaczęła się śmiać podeszła do niego i położyła mu palec na ustach.

- Ciii… no bo pobuzisz ziesi…

- Śpią twardo – odparł, ściągając kurtkę. – A co mi zrobisz?

- Jak nie bęziesz sicho, to dam ci klapsa, zobaszysz.

- Haha! Klapsa to ja ci mogę dać! – to mówiąc, pochylił się i zamachnął się lekko, markując uderzenie. Żona jednak zdołała zrobić unik – o mało przy tym nie wpadając na futrynę – i poczłapała w stronę sypialni.

Mąż nadal chichocząc zdjął buty i nie wiedząc, co robi, rozluźnił palce lewej dłoni. Wciąż żarzący się papieros bezszelestnie upadł na podłogę pokrytą puszystym dywanem... Mężczyzna zgasił światło w przedpokoju i podążył za żoną. Czy tego chce, czy nie, nie da jej dziś szybko zasnąć.

Jak się okazało, gdy dotarł do sypialni, żona leżała w ubraniu na łóżku, pogrążona w głębokim, pijackim śnie. Mąż padł obok niej i zanim zdołał zabrać się do jakichkolwiek igraszek, także odpłynął.

W tym czasie bujne włosie dywanu, na którym wylądował papieros zaczęło się dymić. Po paru minutach zajął się ogniem, który niemal natychmiast przeniósł się na sufit i ściany. A potem… potem przeniósł się dalej.

Upite małżeństwo nie miało szans, by wyczuć, że oddychają ciężkim, trującym dymem. Ogień wpełzł do ich sypialni i wspiąwszy się po łóżku, zajął ich ciała.

Nawet się nie obudzili. Spłonęli żywcem. Alkohol skutecznie ich znieczulił.

Później pożar przeniósł się na pierwsze piętro. Tam, gdzie spały dzieci.

Najpierw wdarł się do pokoju braci, który był bliżej spiralnych schodów i miał własny balkon. Jeden z nich spłonął żywcem, ale drugi, młodszy, obudził się w chwili, gdy ogień lizał jego nogi. Płonąc od pasa w dół zaczął biegać po pokoju. Dach który był drewniany, zaczął skrzypieć. Coś spadło z niego prosto na głowę osiemnastolatka. Włosy niemal natychmiast zajęły się ogniem. Płonące afro. Zaskoczony uderzeniem upadł na kolana, a wtedy czerwone płomienie zaczęły ocierać się o jego dłonie. Zaczął rozpaczliwie krzyczeć. Wstał, spojrzał na brata, który leżał na łóżku, a jego ciało zaczynało przypominać kiełbasę z grilla. Wybiegł na balkon, wspiął na poręcz i rzucił się w dół. Spadł z około czterech, sześciu metrów. Rozpłaszczył się na ziemi, jak naleśnik. Ogień trawił już całe jego ciało.

Umarł w trakcie spadania.

Jego siostra nie miała tyle szczęścia. Ogień nie przedostał się bezpośrednio do jej pokoju, lecz wspiął się na dach i postanowił przeprowadzić atak stamtąd. Zajął drewniane belki, z których po jakimś czasie zaczęła kapać rozżarzona farba. Pech chciał, że dwie wielkie krople spadły prosto na zamknięte oczy dziewczynki. Przepaliły powieki, w mgnieniu oka zajęły się gałkami ocznymi. Ból był tak straszliwy, że dziecko nie było w stanie krzyczeć. Potem ogień dostał się do mózgu i w ten sposób cierpienie Agatki dobiegło końca.

Jak się okazało, pożar bardzo szybko wygasł. Prócz solidnie uszkodzonego dachu i wnętrza domu, nic więcej nie ucierpiało. Nawet ciała były w stanie, który umożliwił ich identyfikację. Ta tragedia przeszła bez echa, może dlatego, że rodzina była nowa w tej dzielnicy i miejscowi mieszkańcy jeszcze się z nią nie oswoili.

Dom pozostał w takim stanie, w jakim zostawili go strażacy, którzy przybyli na miejsce, gdy praktycznie ogień zagasał. Osmolone ściany zewnętrzne, gdy płomienie wydostawały się z pokojów na zewnątrz, zwęglone meble, z których leniwie skapywała woda…

Z biegiem czasu cała zawartość, dosłownie wszystko zostało powynoszone przez miejscowych zbieraczy złomu, żebraków i innych ludzi, tak, że ostał się jedynie szkielet domu wraz z przezroczystym dachem.

Minęło kilka lat. Dom stał na skraju lasu, jak samotny, zapomniany pomnik z czasów jakiejś starożytnej cywilizacji. Zaopiekowali się nim graficiarze, tworząc na wszystkich jego ścianach różnorakie rysunki i napisy (oczywiście zdarzały się i wulgarne, choć niektóre były albo śmieszne, albo niepokojące, na przykład przy zejściu do piwnicy, na lewo od schodów ktoś namalował czarne oczy, a pod spodem dopisał: ONA CIĘ WIDZI). Tynk zaczął odpadać, spiralne schody – jedyne, co przetrwało, zostały na szczycie wyrwane ze ściany, tak że aby dostać się na górę trzeba było być wyjątkowo ostrożnym, bo bardzo łatwo mogły zacząć się kołysać na boki.

Do niedawna dom stał pusty… aż do czasu, kiedy dwóch przyjaciół, którzy lubili „zwiedzać” takie miejsca, postanowiło wejść do środka i porozglądać się trochę.

To był zły pomysł. Spotkali bowiem tam kogoś, kto… ich zmienił.

II

Teraz

Jan i Barbara Prosteccy wracali właśnie z przyjęcia z okazji Pierwszej Komunii Świętej siostrzenicy Jana, której był ojcem chrzestnym. Był późny wieczór, impreza przeciągnęła się i trwała kilka godzin dłużej, niż uprzednio planowano. Gdy pełna wrażeń dziewczynka w końcu usnęła, jej matka chrzestna zaproponowała ożywienie imprezy. Jan znał ją od dziecka i wiedział, co chce powiedzieć zanim jeszcze otworzyła usta. Dlatego, gdy Joanna pochyliła się nad stołem i powiedziała konspiracyjnym tonem: „A może by my co wypili?”, uśmiechnął się i westchnął. Jako kierowca nie mógł sobie pozwolić nawet na odrobinę alkoholu, gdyż należał do tego gatunku, który jest już dziś chyba na wymarciu.

Jan nie przepadał za alkoholem.

Czyniło go to więc nieco odmiennego od innych. Nawet mała porcja miała na niego silny wpływ, zazwyczaj wypijał dwa, trzy kieliszki wódki i było mu dobrze. Krawędzie traciły ostrość, a świat przed jego oczami zaczynał zabawnie pływać. Większa dawka mogła skończyć się nawet utratą przytomności. Dlatego tego wieczora, wiedząc, że czeka go jeszcze kilkukilometrowa podróż samochodem do domu, w dodatku po zmierzchu (nigdy nie miał dobrej orientacji; zdarzało się, że nieraz nawet jadąc do swojej siostrzenicy korzystał z GPS - u; tego ranka jednak spostrzegł, że urządzenie ma rozładowaną baterię, więc był zmuszony zostawić je w domu), nie spożył ani mililitra alkoholu, chcąc być jak najbardziej świadomy i skupiony na drodze.

Włączył długie światła, jadąc powoli i ostrożnie, nie przekraczał sześćdziesięciu kilometrów na godzinę. Wkrótce wyjechał z Przyborowa i znalazł się na prostej drodze, niemalże przez całą długość zewsząd otoczoną gęstym lasem.

W miejscach, w których samochód wyjeżdżał z pogrążonego w ciemnościach lasu i wjeżdżał w niewiele jaśniejsze place, gdzie otaczała go łąka, Jana Prosteckiego nagle ogarniał niepokój. Czuł się dziwnie odsłonięty, zagrożony. Nie rozumiał tego uczucia, ale podczas jazdy przez łąki, jego ręce nieświadomie zaciskały się na kierownicy, podczas gdy samochód otoczony był przez las, Prostecki był nawet na tyle odważny, by się uśmiechnąć.

W pewnym momencie wydawało mu się, że żona coś do niego mówi. Spojrzał w jej kierunku, ale okazało się, że Barbara śpi sobie smacznie, nisko osunięta na fotelu i upojona znieczulającym działaniem alkoholu. Uśmiechnął się w do niej i wyciągnął ku niej prawą rękę, odgarniając niesforny kosmyk jej brązowych, lekko lokowanych włosów. Znów coś mruknęła przez sen, po czym mlasnęła przeciągle.

Spojrzał z powrotem na jezdnie i dostrzegł, że powoli zbliża się do niewielkiego mostu zwodzonego. Nawet nie zauważył, kiedy to zleciało. Z prędkością, jaką się poruszał, powrót do miasta zająłby mu kilkadziesiąt minut, tymczasem miał wrażenie, że minęło ledwie kilka. Zwolnił nieco, nie chcąc obudzić żony, przejeżdżając przez miejsce, w którym most unosi się do góry. Gdy był zaledwie dwa mery przed wjazdem na most, jego oświetlenie nagle zgasło. To zdarzyło się tak niespodziewanie, że na chwilę oślepł, wciąż mając przed oczami powidok w postaci jasno oświetlonego mostu. Zaczął gwałtownie mrugać, ale nic to nie dało.

- Co, do… - mruknął, gwałtownie wciskając hamulec.

Samochód zarył w miejscu, Jan poczuł, jak siła pędu ciągnie go do przodu, ale pas bezpieczeństwa skutecznie trzymał go w miejscu.

Nie dostrzegł, że ręce kurczowo zaciska na kierownicy, tak mocno, że pobielały mu kostki. Oddychał głęboko, ale powoli. Do jego umysłu po raz pierwszy zakradł się tak wyraźny cień niepokoju.

- Co to było? – szepnął, spoglądając na Barbarę. Nadal spała. Szczęściara.

Poczuł, że się poci. Wytarł dłonie o spodnie. Jeszcze nie drżały.

Przez chwilę siedział nieruchomo, zastanawiając się, co robić. Wpatrywał się w mrok przed sobą, w którym jaśniały z odległości kilkudziesięciu metrów niewielkie kwadraty okien, za którymi szczęśliwe rodziny jadły właśnie kolację, albo wspólnie oglądały jakiś film. A on siedział tu jak pajac, bojąc się ruszyć. „To tylko światła”, powiedział sobie, „Nic takiego. Tylko światła.”

Jednak wciąż nie miał odwagi, by nacisnąć pedał gazu. Dlaczego zgasły? Dlaczego akurat teraz? Westchnął, zebrał się w sobie, położył ręce na kierownicy i już miał ruszyć, gdy dostrzegł w ciemnościach przed sobą jakąś bezkształtną, niewyraźną plamę. Przez chwilę stała w miejscu, a potem powoli zaczęła się zbliżać, nabierając kształtów i ostrości. Jan zamrugał rozpaczliwie, pochylając się nad kierownicą jak siedemdziesięcioletni staruszek. W końcu rozświetlony most przed jego oczami zniknął w całości i mężczyzna mógł swobodnie przyjrzeć się temu, co się do niego zbliżało. Gdy dostrzegł drugą, mniejszą plamkę, wiszącą nad pierwszą, serce zamarło mu w piersi. Otworzył drzwi samochodu i wyszedł na ulicę.

Był szczupłym mężczyzną średniego wzrostu, z krótkimi włosami i zadbanym, czarnym wąsem. Jego rozpalone policzki owionął chłód nocy, kontrastując z wysoką temperaturą ciała.

Stanął przed samochodem, usiłując dostrzec coś w mroku. Wychylił się do przodu i zawołał cicho:

- Halo, słyszysz mnie?

Usłyszał ciche pociąganie nosem. Wziął głęboki wdech i z trudem stanął przed samochodem.

- Jest tam ktoś?

Cisza.

Przesunął się o dwa kroki. Światła samochodu powinny rozjaśnić mrok, który rozlał się po moście, ale tak się nie stało. Już miał się odwrócić i włączyć długie światła, gdy nagle reflektory zgasły. Przerażony odwrócił się i spojrzał na przednią szybę, usiłując dostrzec za nią śpiącą żonę. Przed oczami znów tańczyły mu białe plamy, więc chwilowo był ślepy.

Nie zauważył, że obok śpiącej Barbary znajduje się jeszcze jedna postać. Siedziała na miejscu kierowcy i to ona zgasiła światła. A potem zaczęła wpatrywać się w skuloną kobietę. Bujne włosy opadały jej na twarz. Oczy miała zamknięte. Luźna, biała sukienka zdawała się świecić w ciemnościach.

- Cieszę się, że was spotkałam – szepnęła dziewczynka do Barbary, przechylając głowę lekko w bok.

- Basia, słyszysz mnie? – zawołał Jan, wciąż stojąc przed maską pojazdu i próbując odzyskać wzrok.

Kobieta mruknęła coś przez sen. Dziewczynka wyciągnęła do niej ręce i chwyciła ją za głowę. Obróciła twarz Barbary w swoją stronę i zbliżyła się do niej tak, że dzieliło je kilka centymetrów.

W tym momencie kobieta się przebudziła i lekko uchyliła powieki. Dostrzegła przed sobą bladą twarz kilkuletniej dziewczynki. Gwałtownie otworzyła oczy i już miała krzyknąć ze strachu, gdy dziecko jedną ręką zakryło jej usta, a drugą złapało za włosy.

Kobieta spojrzała na zamknięte powieki dziewczynki i w tej samej chwili uniosły się w górę, a wnętrze samochodu eksplodowało czernią.

- Co, do… - zaczął Jan, gdy nagle uświadomił sobie, że ktoś za nim stoi.

Znieruchomiał na całym ciele, nie mając odwagi ruszyć się z miejsca. Oddychał głęboko, spokojnie, choć serce waliło mu jak oszalałe. Strach powoli zaczął go paraliżować, ale póki co dzielnie stawiał mu opór.

- Witaj – usłyszał za sobą wysoki, niewinny głos. – Spójrz na mnie.

- Kim jesteś? – spytał, nie odwracając się.

- Mam na imię Agatka – odpowiedziała dziewczynka. – Spojrzysz wreszcie na mnie?

Jan westchnął głęboko. To tylko dziecko, ale w jakiś dziwny, niepojęty sposób od-czuwał niepokój. Skąd się tu wzięło o tej porze?

Usiłując nie drżeć na całym ciele powoli odwrócił się w stronę dziewczynki. Gdy ją zobaczył, strach zmroził go do szpiku kości.

Dziewczynka była ubrana w bialutką sukieneczkę, co ostro kontrastowało z jej kruczoczarnymi, lokowanymi włosami, opadającymi na bladą, okrągłą twarz. Usta tworzyły cienką linię, zamknięte oczy budziły niezidentyfikowany, głęboko uśpiony strach. Była boso.

- Co tu robisz? – zapytał drżącym głosem.

- Przyszłam do ciebie. Do was – odparła natychmiast.

- Po co? Czego od nas chcesz?

Na twarzy dziecka pojawił się subtelny uśmiech.

- Jesteście mi do czegoś potrzebni.

- My? Tobie? Do czego? Chodź do samochodu, bo się przeziębisz! – powiedział, wyciągając do niej rękę.

Dziewczynka uśmiechnęła się szerzej.

Podeszła do Jana, wciąż nie otwierając oczu.

Mężczyzna uśmiechnął się lekko. To tylko mała, niewinna, zagubiona dziewczynka. Weźmie ją do ciepłego samochodu i zawiezie do domu.

- Chodź - powiedział.

Nagle poczuł czyjąś dłoń na ramieniu.

- Basia?

Już miał się obrócić, gdy ciężkie uderzenie w potylicę zwaliło go z nóg. Stracił przytomność.

Obudził się w pogrążonym w ciemności, nieznanym sobie miejscu. „Gdzie ja jestem?”, przemknęło mu przez obolałą głowę. Ból przypominał fale rozchodzące się po wodzie, po wrzuceniu do niej kamienia. Łup – przerwa – łup – przerwa. Otworzył oczy, ale szybko uświadomił sobie, że nie ma żadnej różnicy pomiędzy otwartymi, a zamkniętymi powiekami; było jednakowo ciemno.

- Co to za miejsce...?

Powoli, ociężale uniósł się i uklęknął, podpierając rękami. Głowę przeszyła mu silniejsza fala bólu, aż syknął zaskoczony.

- Chodź do nas, Janie, czekamy na ciebie! – dobiegł go głos dziewczynki.

Dochodził gdzieś z zewnątrz. Z drugiego pomieszczenia. Czyli znajduje się w jakimś budynku. To dobra wiadomość, bo w tu, gdzie teraz jest, strasznie śmierdzi stęchlizną.

Nie chcąc ryzykować kolejnego bolesnego uderzenia, postanowił wyjść na czworakach. Dostrzegł jaśniejszy prostokąt naprzeciw siebie i ruszył w jego stronę. Dłonie przesuwały się po popękanym tynku ze ścian, kafelkach, kurzu, zupełnie, jakby znajdował się w zrujnowanej łazience.

Gdy wydostał się z mrocznego pomieszczenia, znalazł się w izbie w kształcie prostokąta. Zaryzykował głęboki wdech. Ku jego zdziwieniu w powietrzu dało się wyczuć subtelną, niemalże nieosiągalną dla kogoś, kto nie posiada własnego samochodu woń benzyny. A więc znajdował się w garażu domu jednorodzinnego, choć sądząc po tym, co zdążył zarejestrować jego umysł, dom ten zdawał się być opuszczony.

Na ziemi leżało mnóstwo tynku, połamanych dachówek, kamieni, kilka gałęzi i papierów. Zamglonym wzrokiem omiótł to wszystko i spojrzał przed siebie. Pomiędzy dwoma oknami na przeciwległej ścianie zobaczył kilka postaci.

Jedną z nich była tajemnicza dziewczynka, Agatka.

Drugą jego żona.

Po obu jej stronach stało dwóch młodych mężczyzn, na oko mogli mieć po dwadzieścia kilka lat. Cała trójka miała opuszczone głowy, tak że nie mógł zobaczyć ich twarzy.

Agata stała przed nimi.

- W końcu się obudziłeś – usłyszał jej głos.

- Czego od nas chcesz? – spytał.

Musiał wstać, podnieść się i stanąć na nogach. Zaryzykował. Dysząc ciężko przełożył ciężar ciała na stopy, pomagając sobie rękami, a po chwili chwiejąc się nieznacznie zdołał się wyprostować. W głowie czuł odległe, stłumione pulsowanie bólu. „Czym ona mi przyłożyła, do cholery?”, przemknęło mu przez głowę.

Agatka uśmiechnęła się pod nosem. Wciąż nie otworzyła oczu.

- Zbyt długo czekałam…

- Na co?

- Na taką okazję. Najpierw oni – to mówiąc wskazała dłonią na stojących po bokach chłopców. – Odwiedzili mnie. Nie mogłam przepuścić takiej okazji i ich przy sobie zatrzymałam. Jak ty byś postąpił na moim miejscu?

- Ale… nie wiem, o co… - zaczął Jan niemrawo.

- Dziecko w moim wieku potrzebuje rodziny. Pełnej rodziny – powiedziała Agatka, a Jan poczuł, jak krew zastyga mu w żyłach.

- Co…? Nie rozumiem…

- Straciłam ją w ciągu jednej nocy. Kilka lat temu. Rodziców i rodzeństwo. Dwóch braci, mniej więcej w ich wieku. W naszym domu – w tym domu – wybuchł pożar.

Jan mimowolnie ostrożnie zlustrował garaż. Już wiedział, dlaczego dom był opuszczony. Był nawiedzony.

- Wszyscy spłonęli. Moi rodzice pewnie jak zwykle byli pijani, więc nawet nic nie poczuli. Tak samo jeden z moich braci. Spłonął żywcem podczas snu. Drugi obudził się, gdy płomienie pożerały dolną część jego ciała. Wpadł w panikę i wyskoczył przez balkon, ale było już za późno. Zginął, nim spadł na ziemię.

Prostecki słuchał tych słów w niemym przerażeniu. O co tu do cholery chodzi?

- Ja nie miałam tyle szczęścia – rzekła Agatka, podchodząc do mężczyzny.

- Co ci się stało? – spytał Jan nieśmiało, starając się zyskać na czasie, choć nie miał pojęcia, w jakim celu.

Rozmawiał z duchem. Z prawdziwym duchem. To równie absurdalne, co przerażające. Zastanawiał się, czy ten demon zabił już jego żonę i tamtych dwóch, czy nadal są marionetkami, z którymi może robić, co jej się podoba?

- Pewnie zastanawiasz się, dlaczego wciąż mam zamknięte oczy… - demon w ciele dziecka stał już przy Janie.

Agatka uniosła głowę w kierunku jego twarzy, ale nadal nie uniosła powiek.

Mężczyzna przełknął ślinę. Na nic więcej nie było go stać.

- Farba, którą pokryte były drewniane belki rozpuściła się pod wpływem ognia. Dwie rozżarzone krople spadły prosto na moje powieki. Wypaliły sobie drogę do samego mózgu, więc nie była to jakaś efektowna śmierć. Gdybym przeżyła, miałabym, już z kilkanaście lat. Może mogłabym nawet dorównać ci wzrostem…

Jan przełknął nerwowo ślinę i ze zdumieniem dostrzegł – nie wiedział, czy to wzrok płata mu figla, czy też tak się dzieje w rzeczywistości, ale… miał wrażenie, że dziewczynka nagle urosła. Jej ciało rozciągnęło się, nabrało kobiecych kształtów, biodra się zaokrągliły, klatka piersiowa znacznie wybrzuszyła, twarz, skryta pod burzą włosów dojrzała, nabrała pięknych, delikatnych rysów.

Prostecki poczuł, że nie może złapać oddechu. Była niesamowicie seksowna. Wyglądała teraz jak młoda kobieta. Ile mogła mieć lat? Dziewiętnaście? Dwadzieścia? Możliwe, że mniej, ale i tak robiła piorunujące wrażenie.

Agata uśmiechnęła się pod nosem.

- Czy ci się to podoba, czy nie, zamierzam nadrobić stracone lata. Teraz, skoro zgromadziłam was wszystkich, nic już nie stoi mi na przeszkodzie. Jak już mówiłam… Dziecko w moim wieku potrzebuje rodziny. Pełnej rodziny. I wreszcie ją znalazłam.

To mówiąc, demon otworzył oczy.

„Haha, zabawne...”, pomyślał Jan, gdy przed oczami wytrysnął mu czarny strumień. „Zupełnie, jakby wysysała mi duszę…”

Oznacz jako: przeczytane ulubione chcę przeczytać

Komentarze

Zgodzę się z poprzednimi komentarzami, historia Super. Nie obraził bym się gdyby zamiast tego słabego zakończenia powstała druga część :)
Odpowiedz
zakończenie trochę do kitu ale historia ok ogolnie
Odpowiedz
Koniec troche zjebany, ale cała historia genialna, najbardziej zilustrowanie jej przemiany :)
Odpowiedz
Zaloguj się, aby dodać komentarz.

Inne od tego autora

Archiwum

Najnowsze i warte uwagi

Artykuły i recenzje