Historia

Walet Czarnych Jagód

gabriel grula 5 4 lata temu 4 036 odsłon Czas czytania: ~8 minut

- Jak ja się tu znalazłem? Co ja tu w ogóle robię?

A zresztą, czy to istotne? Nie pamiętam wielu chwil ze swego życia.

Chociażby narodzin, albo pierwszego dnia w przedszkolu, czy szkole.

Nie pamiętam zakończenia czwartej klasy liceum, tak samo jak gdzieś umknął mi pierwszy dzień w pracy.

Ale to wszystko jeszcze pryszcz. Demencja mojej pamięci objęła także wydarzenia sprzed roku, miesiąca, tygodnia.

Jasne, na pewno wstałem rano, umyłem się, zjadłem śniadanie i poszedłem do pracy.

Po pracy, zjadłem obiad, pomknąłem na siłownie albo pobiegać. Po powrocie do domu, cieszyłem się obecnością mojej najbliższej rodziny, na koniec dnia kładąc się spać.

Wszystkie te czynności wykonuję codziennie, niczym zaprogramowany robot. Oczywiście z wyłączeniem soboty i niedzieli. Wtedy wstaję nieco później i nie idę do pracy.

Ale czy tydzień temu wieczorem kochałem się z Dominiką? Tego nie pamiętam. Nie uprawiamy seksu co dzień, stąd jakoś fakt ten mi umknął.

W ogóle, to kiedy ostatni raz się kochaliśmy? Chyba przedwczoraj? Tak, to było przedwczoraj. Pamiętam jak wracając z pracy, nagle wpadłem na pomysł kupienia jej kwiatów. Tak po prostu, bez okazji.

Akurat to pamiętam.

Ale co ja robiłem wczoraj? A zresztą… starczy tych wspomnień.

Wiem, że teraz stoję w spowitym mgłą miejscu. Ale do diabła, w jaki sposób się tu znalazłem?

Mgła jest tak gęsta, że ledwo dostrzegam ziemię pod stopami.

Robię kilka kroków do przodu. W dalszym ciągu nie mam pojęcia gdzie jestem.

Nie zamierzając zatrzymywać się, ruszam przed siebie. Stanę dopiero wtedy jak gdzieś dojdę. Gdzieś, gdzie choć w małym stopniu będę w stanie zorientować się w swoim położeniu.

Moje stopy trafiają na znacznych rozmiarów marmurową płytę.

Jest gładka, czysta. Jestem pewny, że gdyby świeciło słońce, odbijałaby rzucane przez nie światło.

Robię cztery kroki, płyta kończy się. Następne trzy kroki i znów stoję na niewielkim, prostokątnym wylanym betonem miejscu.

Odwracam się w prawo. Dwa kroki to za dużo. W połowie drugiego moje kolana natrafiają na coś twardego.

Lekko pochylam się, wyciągając obie dłonie. To jakiś kamień, a raczej kamienna płyta.

Staram się ją obejść. Jest duża, płaska, sięgająca akurat kolan.

To pomnik! Stoję przed pomnikiem. Na jego końcu, stoi pionowo kolejna płyta.

Podchodzę, dotykając jej opuszkami swych palców, jednocześnie zbliżam twarz.

Wyraźnie wyczuwam wykute w kamieniu litery.

Mgła nieco ustępuje. Wyłaniają się z niej kolejne litery, układające się w imię i nazwisko, a na koniec w dwie, oddzielone od siebie myślnikiem daty.

Szybko dochodzę do wniosku, iż są to daty narodzin i śmierci.

Na dole dostrzegam kolejne imię, nazwisko i znów te daty.

To grób! Tak! Jakby nie patrzeć to grób.

Mgła nieznacznie opada. Niczym sylwetki sennych zjaw przebijają się przez nią kolejne tablice, krzyże, jak i kontury betonowych aniołów z rozpostartymi skrzydłami.

Rozglądam się dookoła, dostrzegając nie tylko kształty boskich posłańców, ale i Jezusa z opuszczoną głową. Ten ostatni wydaje się być pogrążony w zadumie, refleksji.

Mnóstwo grobów! Dookoła mnie znajduje się mnóstwo grobów, a ja stoję tak między nimi nie wiedząc, po co tu przyszedłem.

Może się z kimś umówiłem? Nie, musiałbym to przecież wiedzieć.

Zawiał wiatr, wyraźnie czuję na twarzy orzeźwiający chłód. Podmuch porusza koroną płaczącej wierzby.

Drzewo delikatnie, od niechcenia, przechyla się w prawą stronę, kilka sekund później znów wracając do pionowej pozycji. Szelest liści tym razem jest jakiś inny. Bardziej dźwięczny, bardziej wyrazisty, niemalże go czuję.

To dziwne, nigdy wcześniej czegoś takiego nie odczuwałem. A może nie zwracałem na to uwagi? Sam już nie wiem.

Kręci mi się w głowie, natomiast po plecach przebiega jakiś dziwny dreszcz.

Niepokój? Dokładnie tak! Nagle zrodził się w mym sercu niepokój.

Następnie, przeniesiony zostaje, niesamowicie szybkim impulsem nerwowym, wprost do mojego umysłu. Skurwiel w oka mgnieniu zmienia się w strach paraliżujący całe moje ciało.

Zaczynam nerwowo rozglądać się na wszystkie strony.

- Jezu, tam ktoś jest! - jestem pewny, że za jednym z tych grobów ktoś się ukrywa.

Mimo lęku, nie zamierzam uciekać. Nigdy nie uciekałem. Strach motywuje mnie do działania, nie zaś każe uciekać. Zawsze tak było.

Biegnę co sił w nogach, mijając poszczególne groby.

Wisząca niczym mleczna zawiesina mgła, wcale nie ułatwia mi zadania.

Uderzam się w piszczel, ale to nie istotne, nie czuję bólu, zresztą i tak nie byłby w stanie mnie zatrzymać. Najwyżej na kilka sekund by mnie spowolnił, nic poza tym.

W końcu dobiegam do celu.

Tylko, że tu nikogo nie ma!

Odwracam głowę w dugą stronę.

Mam nieodparte wrażenie, że teraz jestem obserwowany zza anioła trzymającego w dłoni włócznie. A może to właśnie on mnie obserwuje?

- Tym razem dopadnę cię! – krzyczę w myślach.

Znów biegnę i znów rozczarowanie. Nikogo tutaj nie ma! Mój oddech jest szybki, płytki i nierówny.

Dość tego, chce stąd wyjść!

Mgła opada, odsłaniając każdą skrywaną do tej pory tajemnicę miejsca, w którym się znajduję.

Zewsząd otoczony jestem przez groby, masę grobów.

Wiedziałem to już wcześniej, ale teraz jestem w stu procentach pewien.

To jest szrot ludzkich prochów. Czyli cmentarz tego, co pozostaje po wydaniu ostatniego oddechu.

Dostrzegam przechodzącą kilka alejek dalej sylwetkę. Może ten ktoś będzie potrafił wskazać mi wyjście. Szybkim krokiem zmierzam w jego stronę.

Mijam poszczególne alejki, wzdłuż których jeden przy drugim znajdują się groby.

Na niektórych palą się niedawno co zapalone znicze, natomiast obok leżą wiązanki z różnych rodzajów kwiatów. Inne porośnięte są chciwie chwytającym w swe objęcia bluszczem. Jeszcze inne wyglądają na zaniedbane, opuszczone, zapomniane.

Oddziela nas od siebie odległość trzech grobów, gdy postać rozpływa się w powietrzu, znikając.

- Jak to możliwe? O co tu chodzi?

Z oddali dobiega odgłos kilku rozmawiających ze sobą osób.

Zdając się na zmysł słuchu, idę w stronę, z której dobiegają dźwięki.

W miarę zbliżania się, wyraźnie słyszę słowa nie tylko modlitwy bo i jednej z pieśni żałobnych.

Głosy nasilają się tylko po to, by za chwilę znów cichnąc. Kolejne metry przebiegam truchtem.

Wybiegam na aleję główną. Kilkuosobowy kondukt żałobny idzie wprost na mnie.

Wreszcie mogę odetchnąć z ulgą.

Dziesięć sekund później dostrzegam, że oni wcale nie zbliżają się w moją stronę. Każdy z członków pogrzebowego orszaku skręca w poszczególne najbliższe jego położeniu alejki, przyczyniając się do kurczenia liczebności konduktu.

Ruszam przed siebie.

Znów to samo. Wszyscy nagle rozpływają się w powietrzu.

Opadają mi ręce, pochylam głowę – To nienormalne, to nienormalne… – powtarzam zrezygnowany patrząc w ziemię. Nie potrafię nijak tego zrozumieć, a tym bardziej wytłumaczyć.

Tymczasem wyraźnie rozpogadza się, wychodzi słońce, gdzieś tam zaśpiewał dziki ptak.

Jaki tu spokój.

Czas zatrzymał się i stojąc w miejscu zwraca mi uwagę:

– Już nic nie musisz.

Zaraz, zaraz, jak to nic nie muszę? Dlaczego w ogóle pojawiła się w mojej głowie taka myśl. Jakim cudem jestem w stanie słyszeć czas?

Pogoda powoli staje się piękna. Ciepłe letnie powietrze wprawia moje ciało jak i umysł w błogostan.

-Szrot prochów, cmentarzysko fizyczności - to dobre, chce mi się śmiać.

Po raz pierwszy od czasu, kiedy byłem dzieckiem mój śmiech jest szczery, beztroski, nienaznaczony piętnem rozczarowań, złych doświadczeń, wielu jęków zawodu, zdrady.

Z uśmiechem na ustach idę w stronę wyjścia. Choć nie mam pojęcia gdzie się ono znajduje, to jednak idąc przed siebie, dojdę w końcu jak nie do którejś z bram wyjściowych to do murów okalających cmentarz, a stamtąd bez problemu trafię do wyjścia.

Słońce zaczyna skrywać się za chmurami, stając się niewidocznym. Podobnie jest z niknącym błękitem nieba.

Słyszę odgłosy nawołujących się jaskółek. Spoglądam w niebo. Ptaki beztrosko czerpiąc radość z możliwości latania, zataczają kręgi, powoli oddalając się aż do całkowitego zniknięcia z pola widzenia.

Niebo staje się ciemne, a czarne panoszące się na nim chmury doprowadzają do osaczającego okolicę mroku.

Zaczyna padać. Najpierw kropla, potem następna i następna.

Przyśpieszam kroku. Mijając kolejne groby wcale nie zbliżam się do celu.

Zamiast muru nowe nagrobki, zamiast bramy nowe pomniki.

Nadciąga burza.

Wyładowania atmosferyczne stają się coraz bliższe, coraz bardziej przeszywają też mój umysł. Niesamowita intensywność ich światła, zdaje się budzić ze snu betonowe postacie na grobach.

Anioł zatrzepotał skrzydłami, Jezus uniósł głowę, Matka Boska roni łzy.

Równocześnie z kolejnym błyskiem, pojawia się w mojej głowie myśl:

-Poznaję to miejsce, w końcu wiem gdzie jestem. Wiem jak dotrzeć do wyjścia!

Najpierw jednak mijam doskonale mi znany grób moich dziadków.

Przychodziłem tu wiele razy. Zmarli pięć lat temu, dokładnie w dwumiesięcznym odstępie.

Doskonale pamiętam dzień ich pogrzebu. Doskonale pamiętam też chwilę, w której dowiedziałem się, że Babcia jak i dziadek nie żyją.

Przypomina mi się dzieciństwo, wszyscy koledzy jak i koleżanki z tamtych lat.

Wiem, że gdybym tylko na to pozwolił, przypomniałby mi się nawet moment narodzin.

Nagle wszystko znika.

Wspomnienia, deszcz, błyski i huk wyładowań atmosferycznych.

Wszystko to zostaje zastąpione przez zagłuszające bicie serca i nierównomiernie uwypuklającą się, to znów zapadającą klatkę piersiową.

Pod imionami jak i nazwiskami moich dziadków, widnieją dane personalne mojego wujka. Najciekawsze jednak są literki na samym dole, układające się w imię i nazwisko:

Ksawery Kowalewski

01.05. 1978r.-19.10.2016r.

Zginął Śmiercią Tragiczną Pokój Jego Duszy.

-Kurwa, przecież to ja!- nie mogę opanować drżenia całego swego ciała - Przecież to ja! Przecież to ja! Przecież to ja…

Powtarzam te słowa sam nie wiem ile razy.

W końcu jednak przychodzi opamiętanie. Pamięć wraca, a wydarzenia ostatnich kilku dni zaczynają układać się w całość.

Wróciłem z pracy, nie poszedłem na siłownię. Zamiast tego wyprowadziłem z garażu motocykl.

Stu osiemdziesięciu konną Hondę CBR.

Jak ona mruczała. Pomruk trwał do chwili przekręcenia manetki, wtedy zamieniał się w ryk.

Jechałem główną drogą, nie przekraczając stu pięćdziesięciu kilometrów na godzinę.

Nagle, stanęła mi przed oczami przerażona twarz starego mężczyzny.

Emeryt wyjechał swym przeszło dwudziestoletnim Audi z podporządkowanej drogi, wprost przede mnie.

Ale… ale przecież zdołałem go wyminąć.

Chociaż nie jestem w stanie przypomnieć sobie, co było potem.

No właśnie! Co było potem?!

Deszcz ustał, burzowe chmury ustępują miejsca milionom gwiazd i pełni księżyca. Jest piękny, wyrazisty, duży. Jego światło pada na świeżo złożone kwiaty na grobie, przed którym teraz stoję.

Że też wcześniej ich nie zauważyłem. Krople wody, powoli zsuwają się z listków, spadając na marmurową płytę.

Znów ogarnia mnie spokój.

Tu jest tak cicho i to wrażenie zatrzymanego w miejscu czasu.

Doskonale go słyszę:

– Nigdzie się nie śpiesz, pozwól sobie odejść.

Tak, pozwalam.

Powieki stają się coraz cięższe, mimo to próbuję wykrzesać z siebie resztki sił, by spojrzeć na rozgwieżdżone niebo.

Cały mój umysł nuci piosenkę „Spadającą gwiazdę schowaj do kieszeni, przyda się w deszczowy dzień”.

Unoszę się w powietrze, pędząc w stronę gwiazd.

Odchodzę…

KONIEC

Jeżeli podobał Ci się tekst polub fanpejdż:

https://www.facebook.com/pages/Czas-Z/1430189543949970

Oznacz jako: przeczytane ulubione chcę przeczytać

Komentarze

straszne
Odpowiedz
Przewidywalne :/
Odpowiedz
Faktycznie zakończenie jest przewidywalne. Moim celem było jednak aby czytelnik wcielił się w kogoś, kto próbuje zorientować się w swoim położeniu. Oddanie jego stanów emocjonalnych. Mogłem posłużyć się niedopowiedzeniami, dzięki czemu byłoby mniej przewidywalnie, tylko, że historia straciłaby na prawdopodobności. Reasumując tak to widziałem. Kolejną historię, postaram się opisać w nieco inny sposób. Dzięki za komentarz
Odpowiedz
Super.ale czas z jest najlepszy .
Odpowiedz
Trudno będzie jakiejkolwiek stworzonej przeze mnie historii dorównać „Czas Z”. Aczkolwiek nie jest to niemożliwe :) Dzięki za komentarz.
Odpowiedz
Zaloguj się, aby dodać komentarz.

Inne od tego autora

Archiwum

Najnowsze i warte uwagi

Artykuły i recenzje