Łowcy Szmacianych Lalek cz.3

Dodane przez: gabriel grula, 7.09.2015, 10:53
Reklama:

Nie minęło trzydzieści sekund jak usłyszałem przeraźliwy krzyk, a następnie jęk lekarza.

Nikt z nas nie wyjrzał przez wizjer, doskonale zdając sobie sprawę z tego, co przyjdzie mu zobaczyć.

Kilkukrotne uderzenie w drzwi ucichło, pogrążając całą klatkę schodową w złowieszczej ciszy.

Przejściu do największego z pokoi, towarzyszyło narastające nasilenie dźwięków dochodzących z okolicy bezpośrednio przylegającej do budynku.

Wyraźnie można było rozróżnić gwar rozmów mieszający się z szybko stawianymi krokami kilkudziesięciu przemieszczających się naraz osób.

Reasumując na zewnątrz panowało zamieszanie.

Pierwsza myśl podpowiadała – „Zaraz nadejdzie pomoc”.

I choć ani ja, ani Olgierd o Joli nie wspominając, nie powiedzieliśmy tego na głos, liczyliśmy na to.

Cały czas tuląc w objęciach swoją dziewczynę, podszedłem do dużego, rozłożonego łóżka.

W czasie gdy ją na nim układałem, Olgierd z gotową do strzału bronią zniknął za framugą oddzielającą wnętrze pokoju, w którym się znajdowaliśmy od kolejnego z pomieszczeń.

Stan Joli był gorzej niż zły. O ile pewnym było, że rany fizyczne wcześniej czy później zagoją się, tak już wtedy wiedziałem, iż dużo gorzej będzie z tymi psychicznymi.

Położyłem ją na miękkim, zaścielonym szarą pościelą łóżku.

Non stop trzęsła się, nieprzerwanie ściskając moją dłoń. Po tym jak zapewniłem ją po raz któryś z kolei, że wszystko będzie dobrze, jej kurczowy uścisk osłabł i wtuliwszy pokrytą zaschniętymi skrzepami krwi twarz w niewielka poduszkę, może nie zasnęła, ale odpłynęła.

Wstałem, natychmiast idąc w ślad za policjantem.

Następny pokój charakteryzował się umeblowaniem z końca poprzedniego stulecia.

Wytarty dywan świadczył o częstym chodzeniu po nim w butach.

Zastanowiłem się chwilę. Byliśmy na trzecim piętrze w mieszkaniu o numerze piętnaście.

Doskonale wiedziałem kto tu mieszkał.

Otóż swój ziemski żywot wiódł tu pan Lucjan. Przez większość mieszkańców uważany za zdziwaczałego, starego kawalera.

Łatkę „zdziwaczałego”, przykleiły mu miejscowe plotkarki, same będące „paniami po przejściach”. Które na skutej różnych okoliczności życiowych skończyły mieszkając samotnie bez swych drugich połówek.

Najprawdopodobniej każda z nich uderzała w zaloty do pana Lucjana. Ten jednak zupełnie nie zwracając na nie uwagi, skupiał się na swojej niby naukowej pasji.

Mówię „niby”, ponieważ odkąd pamiętam zawsze mówiono, że to jakiś niespełniony, zwariowany naukowiec.

Nie wiem w jakim zawodzie pracował, jednak od czasu przejścia na emeryturę wyglądem naprawdę przypominał szalonego naukowca. Zawsze jednak odpowiadał z miłym uśmiechem – „Dzień dobry”. Mknąc w sobie tylko znanym kierunku.

Miał swoją pasję, trzymał się z dala od sąsiedzkiego życia w niczym nikomu nie wadził, więc przynajmniej ja miałem o nim zdanie pozytywnie zakręconego faceta.

Zatrzymałem się przed uchylonymi, przesuwanymi w sposób harmonijkowy drzwiami.

- Olgierd!? Olgierd? – zapytałem.

- Choć i to zobacz! – usłyszałem odpowiedź.

Bez namysłu odsłoniłem przeszkodę w postaci drzwi.

Tak jak szybko to zrobiłem, tak stanąłem niczym rażony piorunem.

Pierwsze co rzucało się w oczy to krew, mnóstwo krwi.

Następne co zauważyłem to siedzące, oparte o ścianę zmasakrowane zwłoki pana Lucjana.

Nie miał oczu i nosa. Strzaskane kości policzkowe puchnąc nieco zdeformowały twarz. Z ziejących pustką oczodołów spływały, teraz już zaschnięte dwie stróżki krwi. Jedna z rąk trzymała się tylko na ścięgnach, z otwartej klatki piersiowej wylały się wnętrzności.

Wyglądało to potwornie o zapachu nie wspominając.

Gdyby nie duży, cały czas pracujący wentylator myślę, że nie dałoby się wejść na klatkę schodową.

Umieszczony w suficie wyciąg, wietrzył pomieszczenie na tyle skutecznie, iż zapach rozkładu można było wyczuć tylko w bezpośrednim pobliżu zwłok.

W poszczególnych częściach pomieszczenia znajdowały się stojące przy ścianach trzy kozetki.

Od tych będących na wyposażeniu szpitali różniło je to, że wyposażone były w solidne pasy.

Ktoś przywiązany nimi musiał być kompletnie unieruchomiony.

Przy każdej z nich stało duże wypełnione jakąś śmierdzącą, białą substancją wiadro. Na małym, przesuwanym za pomocą czterech malutkich kółek stoliku, leżało kilka strzykawek wraz z igłami.

Za to na nieco większym, stojącym w rogu pokoju stole, dostrzegłem kilka sztuk narzędzi chirurgicznych. Rozpoznałem szczypce, skalpel i jakieś uchwyty. Na sam ich widok mój stan psychiczny z beznadziejnego zmienił się na tragiczny.

Znajdowało się tu także kilka wypełnionych jakimś świństwem próbek, fiolek i mikroskop.

Pokój sprawiał wrażenie żywcem wyjętego z jakiegoś horroru z Doktorem Frankensteinem w roli głównej.

Zasłonięte grubymi zasłonami okno, szarość ścian i sufitu wraz ze starymi kilkudziesięcioletnimi płytkami PCV, którymi wyłożona była zbryzgana krwią podłoga, dopełniały koszmaru.

Pewne jest jedno, nikt przy zdrowych zmysłach wolałby tego nie oglądać. O samym stworzeniu takiego laboratorium nie wspominając.

Sąsiad chyba faktycznie był szalonym, niespełnionym naukowcem.

To stąd wylazło diabli wiedzą jakiego pochodzenia gówno.

Nie mam pojęcia, co było przedmiotem jego badań, co robił? I po co mu to było?

Faktem natomiast jest, że zginęło mnóstwo osób.

Zyskawszy pewność co do bezpieczeństwa mieszkania, poprzez pokój gdzie leżała Jola, skierowaliśmy się w stronę balkonu.

Koniecznym było dać znać, że przeżyliśmy i oczekujemy na pomoc.

Pierwszy wyszedł Olgierd. Trzymając się nieco z tyłu, najpierw rozejrzałem się po okolicy.

Co ciekawe nikt, dosłownie nikt z cywilów nie mógł znaleźć się w bezpośredniej bliskości bloku.

Nie zdążyłem dobrze się temu przyjrzeć, ale z tego co zauważyłem, odgradzała ich zdaję się jakaś strefa. Wyznaczały ją poustawiane wzdłuż wojskowe ciężarówki oraz porozstawiane za nimi, wysokie na kilka metrów parawany.

Było tu także sporo wojska. W zasadzie to nie zauważyłem żadnego policjanta. Ci zajmowali się głównie ludźmi stojącymi za parawanem.

- „Co oni wyczyniają?” – instynktownie zadałem sobie w myślach pytanie.

Olgierd widząc to wszystko najprawdopodobniej musiał być w równym stopniu zdezorientowany.

Stojący na dole wojskowi, widząc nas na balkonie natychmiast kazali nam z niego zejść.

Zbici z tropu, wodziliśmy wzrokiem po całym tym zamieszaniu.

Wtedy padł strzał. Odruchowo przykucnąłem, kryjąc się za barierką balkonu.

Widząc martwego Olgierda z dziurą w czole, na czworakach popędziłem do mieszkania.

- Kurwa zabili go, bez jakiegokolwiek sensownego uzasadnienia zabili go. Pierdolone gnidy, zabili człowieka. Przecież to nie z jego strony groziło wszystkim niebezpieczeństwo. To nie on zabił tych wszystkich ludzi! – wyszeptałem.

Przerażony i bezsilny podszedłem do leżącej na łóżku Joli.

Kładąc się obok, wtuliłem się w nią.

Nie miałem pojęcia jak to się skończy.

Tak czy siak wyjście cało z całej tej sytuacji wydawało mi się bardzo, bardzo mało prawdopodobne.

Przez otwarte drzwi balkonowe słyszałem przystępujących do szturmu, mobilizujących się żołnierzy.

Wbiegali do budynku w kilkusekundowych odstępach, cały czas utrzymując ze sobą łączność. Pacyfikowali mieszkanie po mieszkaniu. Zmysłem słuchu rejestrowałem huk wyważanych, bądź wręcz wysadzanych jakimiś małymi ładunkami wybuchowymi drzwi.

Rozległy się strzały, przerywane paskudnym rykiem należącym zapewne do bestii.

Rozpoznałem także krzyki rannych żołnierzy.

Pierwsza z jednostek specjalnych, której udało się dotrzeć pod drzwi dającego nam schronienie mieszkania przy akompaniamencie wybuchu wbiegła do środka.

Jola ocknęła się, bez słowa jeszcze mocniej wtulając się w moją pierś. Trzydzieści sekund później obok nas stało czterech uzbrojonych po zęby komandosów. Twarz każdego z nich skryta była za specjalną, kojarzącą mi się ze skażeniem biologicznym maską.

Skierowałem przerażony wzrok na stojącego najbliżej nas żołnierza. Z wycelowaną w naszą stronę lufą karabinu maszynowego uważnie utkwił w nas wzrok.

- Zaraz nas odpalą – myślałem przerażony. Po tym co zrobili z Olgierdem, spodziewałem się najgorszego.

Po chwili pojawiło się jednak dwóch gości ubranych na biało. Bez wykonywania żadnego zbędnego ruchu, zaaplikowali niemalże równocześnie mi jak i Joli zastrzyki. Najprawdopodobniej były to jakiegoś rodzaju środki uspokajająco usypiające, ponieważ kilka sekund później straciłem przytomność.

Ocknąłem się dopiero w szpitalu.

Gwoli ścisłości na początku myślałem, że jest to szpital.

Teraz dopiero wiem jakiego rodzaju jest to szpital, mianowicie psychiatryczny.

Po odzyskaniu przytomności oraz względnym dojściu do siebie, zastałem zaproszony na rozmowę z Ordynatorem.

Około pięćdziesięciokilkuletni facet siedział przy dużym biurku, natomiast tuż obok niego w równie wygodnych pozycjach, siedziało jeszcze dwóch innych przysłuchujących się naszej rozmowie lekarzy.

Najpierw sprawdzono zakres mojej wiedzy obejmujący ostatnie kilkadziesiąt godzin życia.

Czułem się trochę nieswojo gdy podczas opisywania wszystkiego dokładnie tak jak to miało miejsce, udało mi się zauważyć malujące się na twarzy każdego ze słuchających mnie panów wyraz zdumienia, niedowierzania, a na koniec współczucia.

Podobne rozmowy miały miejsce jeszcze trzykrotnie. Za każdym razem, kiedy zapytałem o stan zdrowia swojej dziewczyny, byłem w bezczelny sposób zbywany.

Trochę zaczęło mnie to frustrować. Mimo wszystko siliłem się na zachowanie pozorów opanowania.

Moja bardzo niestabilna równowaga nerwowa, została zachwiana w momencie znalezienia gazety z 23 maja 2017r. Czyli kolejnego, następującego po dniu rzezi na klatce schodowej dnia.

Prócz oczywistych doniesień z kraju i ze świata, natknąłem się na artykuł będący relacją serii makabrycznych zdarzeń, których byłem nieszczęśliwym naocznym świadkiem.

Otóż z obszernego artykułu wynikało, jakoby mój blok został wysadzony w powietrze przez jakiegoś szaleńca.

Detonacja nastąpiła na skutek rozkręcenia kurków z gazem w kilku sąsiadujących ze sobą mieszkaniach. Wcześniej mężczyzna, podano nawet jego imię jak i pierwszą literę nazwiska mianowicie Amir H. reprezentujący zbrojne ramię jakiejś organizacji terrorystycznej, zamordował nieszczęśliwie przebywających w tym czasie w tych właśnie mieszkaniach ludzi.

Ponieważ eksplozja miała miejsce w kilku lokalach pierwszej z klatek, ta część budynku została doszczętnie zniszczona.

Wszyscy ewakuowani mieszkańcy pozostałej części bloku, otrzymali socjalne mieszkania zastępcze w różnych dzielnicach miasta.

- Jaki wybuch gazu? Jaki szaleniec? Kto jak kto, ale ja akurat doskonale wiem co tam miało miejsce” – pomyślałem pędząc w stronę gabinetu Ordynatora.

Moje tłumaczenia zostały odebrane jako zwiększenie nasilenia trapiących mnie urazów psychicznych.

Skończyłem w izolatce.

Na środku stało duże, twarde wyposażone w grube skórzane pasy łoże. To właśnie na nim miałem odzyskać względną równowagę psychiczną jak i uspokoić skołatane nerwy.

Zostałem unieruchomiony, a po zaaplikowaniu przez postawnego pielęgniarza kilku zastrzyków z chuj wie czego, zasnąłem.

Nie mam pojęcia, co się dzieje z Jolą, nie wiem co się dzieje z moją rodziną. Straciłem w ogóle kontakt z całym zewnętrznym światem.

Wczoraj podczas pierwszej od dłuższego czasu rozmowy z lekarzem prowadzącym usłyszałem, że wszystkie opowiadane przeze mnie wydarzenia są następstwem rozpylonego przez terrorystę gazu o halucynogennym działaniu.

Osobiście nie wierzę w to. A wręcz jestem zdania, że nic takiego nie miało w rzeczywistości miejsca. W zasadzie tylko Jola mogłaby jeszcze potwierdzić moją teorię.

Ciekaw jestem czy komuś jeszcze udało się przeżyć. Jeżeli tak, to co ma do powiedzenia w tej sprawie. Niemożliwe przecież abyśmy mieli taką samą zbiorową halucynację.

Tak naprawdę wraz z każdym upływającym dniem sam już nie wiem, co mam o tym wszystkim myśleć.

Na dzień dzisiejszy odnoszę wrażenie, iż tak łatwo nie uda mi się stąd wyjść. Tak samo jak nikt tak łatwo nie uwierzy w moją metamorfozę polegającą na zaakceptowaniu usilnie wmawianej mi teorii o terrorystycznym podłożu.

Najbardziej obawiam się spędzenia tutaj reszty życia. Gdybym wiedział, że tak to się skończy, chyba wolałbym zostać rozszarpany przez którąś z grasujących tamtego dnia bestii.

CDN.

Spis wszystkich części w profilu autora: http://straszne-historie.pl/profil/5577

Jeżeli podobał Ci się tekst polub fanpejdż:

https://www.facebook.com/pages/Czas-Z/1430189543949970

Oceń:
3
Oceniać mogą tylko zalogowani użytkownicy

Skomentuj! Daj znać innym co o tym sądzisz!