Historia

Medalion

mr_donut064 3 5 lat temu 4 767 odsłon Czas czytania: ~13 minut

Usłyszałam dźwięk bitej szyby, przeraźliwy pisk i krzyk. Migające światło, ciemność, hałas.

- Zostaw mojego tatę! - krzyknęłam przez łzy, ale wielka, czarna postać wciąż mnie ignorowała. Podeszła do mojego ojca, po czym wzięła go w swoje wielkie, mocne ręce i zarzuciła sobie na plecy. Mimo, iż mężczyzna próbował się uwolnić od wielkiego łapska istoty, nic to nie dawało. Stworzenie odwróciło się w stronę drzwi nie zwracając uwagi na moje żałosne zawodzenie, ani na protesty mojego taty. Szybkim krokiem wyszło z małego, drewnianego domku i po chwili zniknęło w ciemnym lesie.

Oczywiście pobiegłam za nim, bo jak mogłam zostawić jedynego członka swojej rodziny na pastwę tego czegoś? Niestety, gdy stwór usłyszał, że za nim idę, pstryknął ogromnymi palcami i po chwili zewsząd zaczął wydobywać się czerwony dym. Szybko cofnęłam się w stronę chatki, zbytnio przerażona dziwnym zjawiskiem.

Krwawy gaz otoczył dom i gdy zaczął się niebezpiecznie zbliżać do miejsca, w którym stałam, cofnęłam się do środka i zamknęłam drzwi. Szybko wpełzłam pod stolik czekając na dalszy ciąg wydarzeń. Po chwili usłyszałam głuche uderzenie w szybę. Spojrzałam w tamtą stronę i ujrzałam odbitą ludzką dłoń, która po chwili znikła. Na każdej szybie zaczęły się pojawiać i znikać podobne odciski, jakby w dymie otaczającym dom znajdowali się ludzie.

Nie wiedziałam, co mam zrobić, więc po prostu siedziałam przerażona pod stołem. Po kilku minutach ręce przestały się pojawiać na szybach. Wtedy zaczęły się szepty.

- Wyjdź z domu. Nic Ci nie zrobimy.

- Przecież się nas nie boisz, prawda?

- Wyjdź Lucy, pomożemy Ci odnaleźć ojca.

Zatkałam uszy rękami i starałam się nie słuchać potwornych głosów, ale one zaczęły być coraz głośniejsze i głośniejsze, aż w końcu w mojej głowie zaczął narastać tępy ból.

- Przestańcie! - pisnęłam.

- Och, mała Lucy chce, żebyśmy przestali? - szepnął jeden z głosów rozbawionym tonem.

- Chyba powinniśmy się jej posłuchać, bo może nam coś zrobić! - zadrwił drugi.

Nie wiedziałam, co robić. Czułam, że moja głowa zaraz pęknie od narastających głosów i bólu. Wyszłam spod stołu i zaczęłam gorączkowo rozglądać się po niewielkim pomieszczeniu, w poszukiwaniu czegoś, co mogłoby mi pomóc. Jedyną rzeczą, jaka przyszła mi do głowy, była świeca.

Tatuś zawsze mi mówił, że jeśli kiedykolwiek będę się bała, powinnam zapalić świecę. Ona odstraszy zło, któro mnie przeraża. Może byłam głupia, ale to zrobiłam. Wyjęłam z szafki długą świecę i postawiłam na małym spodeczku z rączką. Zapaliłam ją i stanęłam przed drzwiami. Zanim otworzyłam drzwi, poczułam, że głosy ucichły.

Musiałam przemóc samą siebie, żeby otworzyć drzwi, ale w końcu mi się udało. Jak już po kilku sekundach zauważyłam, podjęłam dobrą decyzję, ponieważ kiedy tylko wytknęłam świecę przez drzwi, zobaczyłam, jak gaz się przerzedza. Iskierka nadziei zabłysła nad moim nędznym losem, ale zanim oddałam jej się w całości, usłyszałam przeraźliwy pisk, dokładnie w mojej głowie.

Ból był tak silny, że o mało nie zemdlałam. Przy zdrowych zmysłach utrzymywała mnie tylko jedna myśl. "Nie upuść świecy, nie upuść świecy" powtarzałam sobie w duchu. Czerwony dym zaczął odpływać w stronę lasu. Po chwili zniknął całkowicie, ale poczekałam chwilę, nim podjęłam dalsze kroki.

Zanim jednak zdecydowałam się pośpieszyć na ratunek taty, zabrałam ze sobą jeszcze dwie świece i pudełko zapałek, aby mieć jak się obronić w razie niebezpieczeństwa. Wkroczyłam do ciemnego lasu i po chwili ciemność pochłonęła mnie całą.

Błąkałam się w nieprzejrzystej czerni, przez którą mogłam cokolwiek widzieć tylko dzięki świecy. Szłam tak i szłam, aż w końcu zauważyłam na ziemi naszyjnik. Podniosłam go i ku mojemu zadowoleniu zauważyłam, iż był to naszyjnik mojego ojca. Pewnie zostawił go tu, abym mogła go odnaleźć i żebyśmy mogli razem wrócić do domu. Naszyjnik był ze srebra, w kształcie trójkąta wpisanego w kwadrat, u którego podstawy znajdował się kolejny trójkąt. Zawiesiłam go sobie na szyi i ruszyłam w dalszą drogę, pewna, że zmierzam w dobrą stronę.

Nie wiem ile tak szłam, ale po długim czasie wędrówki w ciemności zaczęłam być zmęczona. Na chwilę zatrzymałam się i przysiadłam przy drzewie, chcąc chwilę odsapnąć. Nie było mi to dane. Usłyszałam szepty. Nie były to jednak takie szepty, jakie wydawały istoty z dymu. Tamte szeptały do mnie i słyszałam to centralnie w mojej głowie, tutaj zaś szept dochodził z ciemności. Wyglądało na to, jakby rozmawiały dwie osoby, nie chcąc zostać wykryte przeze mnie.

Siedziałam tak bez ruchu bojąc się zdradzić swoje położenie. Usłyszałam za sobą szmer i szybko się odwróciłam, ale nic tam nie było. Wróciłam do poprzedniej pozycji i wtedy ich zobaczyłam. Dwóch mężczyzn, obaj średniego wzrostu. Ich skóra była blada, obaj byli łysi a ich równie białe oczy, chociaż otwarte, sprawiały wrażenie niewidzących. Ich nosy prezentowały się, jako dwie pionowe dziury, miarowo podnoszące się i opadające w rytm oddechu. Usta, prawie pozbawione barw wyróżniały się lekko kolorem od reszty ciała. Były nieco bielsze, niż blada skóra pokrywająca istoty, które uprzednio zdawały się być mężczyznami. Byli nadzy, ale nie wyróżniali się żadnymi specyficznymi cechami. Ich kończyny były chude i kościste, a zamiast paznokci posiadali krótkie, ostre pazury.

- To dziecko wciąż gdzieś tu jest - powiedział jeden z nich zachrypniętym głosem, który sprawiał wrażenie, jakby nie był używany od dłuższego czasu.

- Tak. - poparł go drugi - Od tak dawna nie czułem dotyku czyjejś skóry - powiedział, po czym poruszył palcami jednej ręki, jakby na chwilę odpłynął w świat błogich fantazji.

Wtedy już wiedziałam, że żaden z nich nie jest pokojowo nastawiony do mojej osoby. Bezszelestnie podniosłam się i uniosłam do góry świecę. Dzieliło mnie od tych istot parę metrów, więc jak najstaranniej wykonywałam każdy ruch, aby nie wyczuli, że jestem tak blisko. Kiedy już miałam zacząć się oddalać, jeden z nich powiedział:

- Nie tak szybko mała. Nigdzie nie idziesz.

Dreszcz przerażenia przeszył całe moje ciało, gdy jedna z istot zaczęła się do mnie zbliżać wyciągając ręce przed siebie.

- Daj mi swoje oczy dziecko. Tak dawno nic nie widziałem. - powiedział, po czym się oblizał - Słyszę bicie Twojego serca. Bije coraz szybciej. Chyba się nas nie boisz?

Nie odpowiedziałam, powoli cofając się do tyłu, aby zachować bezpieczną odległość pomiędzy mną a stworzeniem.

Nagle uderzyłam plecami o coś kanciastego i zanim zdążyłam się obrócić, na moim ramieniu znalazła się blada, zakończona pazurami ręka. Popatrzyłam w górę.

- Gdzie idziesz mała? - zapytał kolejny potwór schylając się nade mną. - Możemy Ci pomóc.

- N..nie d...dziękuję - odpowiedziałam jąkając się. Skoro i tak już mnie mieli, postanowiłam grać na zwłokę do czasu, aż coś wymyślę.

- Na pewno? - ponownie zapytał trzymający mnie stwór - Ależ my możemy Ci pomóc, nie musisz się bać. - kiedy to powiedział, jego twarz wykrzywiła się w najstraszniejszym uśmiechu, jaki kiedykolwiek widziałam. Ukazały mi się jego zęby, składające się z kamieni i zaostrzonych kawałków szkła, na których znajdowała się dawno zakrzepła krew.

Ponownie spojrzałam przed siebie. Otaczali mnie. Teraz było ich więcej niż wcześniej. Wyszli zza drzew i teraz wokół mnie stało dziesięć, może dwanaście takich istot. Każda patrzyła się w moją stronę, a ich nozdrza wibrowały chłonąć mój zapach. Każdy z nich szeptał coś innego.

- Świeże mięso.

- Tak dawno nie czułem nic żywego.

- Skóra. Tak dawno nie dotykałem skóry.

- Zapach życia. Słyszę jej małe, bijące serduszko.

- Oczy. Soczyste, miękkie, widzące oczy.

- Paznokcie. Świeże, chrupiące paznokcie.

To, co słyszałam napawało mnie przerażeniem i w duszy modliłam się, aby coś na chwilę rozproszyło potwora, który mnie trzymał. Tylko na chwilę, na parę sekund, abym mogła uciec i aby ominął mnie straszny los, jaki mnie wkrótce czeka.

- Co!? - zachrypiały oburzone monstra patrząc się na jednego ze swoich.

- Coś ty powiedział? - odezwał się ten, stojący przede mną. - Mamy tu świeże, żywe dziecko, a Ty myślisz o jego paznokciach?

- Nie jesteś godny ucztować z nami. - rzekł potwór stojący za mną, po czym zabrał swoją rękę z mojego ramienia, po czym podszedł do osobnika stojącego najbliżej i chlasnął go ostrymi pazurami po twarzy. Tamten zawył, po czym osunął się na ziemię, zakrywając rękami twarz. Przez blade palce przepływały strugi fioletowo-czarnej krwi.

- Skoro już pozbyliśmy się tego nędznego bytu z naszego gatunku, możemy zająć się małą... Zaraz! Gdzie ona jest!? - zachrypiał donośnie.

Wszystkie stworzenia zaczęły węszyć, kierując głowy ku górze, lecz żaden z nich nie odnalazł ponownie miejsca, gdzie była dziewczynka.

Biegłam, ile sił w nogach, nie mogąc uwierzyć ze swojego szczęścia. Za sobą usłyszałam potwory, krzyczące na siebie i obwiniające się o to, że dały mi uciec. Przestałam pędzić dopiero, gdy nie byłam już w stanie oddychać. Padłam na trawę, oddychając ciężko i mając nadzieję, że istotom nie uda już się mnie wytropić. Nie wiedziałam, co jeszcze mnie czeka w tym okropnym lesie, ale miałam przeczucie, że jestem blisko taty.

Gdy odpoczęłam wystarczająco, by móc iść dalej, podniosłam się i zauważyłam, że nie mam ze sobą świecy. Musiała mi wypaść podczas tego morderczego biegu, ale mimo wszystko widziałam wszystko wokół mnie, jakby jakaś aura oświetlała mi drogę. Rozglądałam się, szukając źródła światła, gdy nagle poczułam palący ból na piersi. Spojrzałam tam i zobaczyłam rozgrzany do czerwoności medalion, który powoli przepalał się przez moje ubranie. Szybko go zdjęłam i rzuciłam na ziemię przed sobą.

Wtedy zobaczyłam, że to on dawał z siebie to dziwne światło. Nie wiem, co to oznaczało, ale czułam, że takie zachowanie medalionu nie może być przypadkowe. Wzięłam go ostrożnie do ręki, trzymając za sznurek i przyjrzałam mu się z bliska. Po chwili wyszarpnął się z mojej ręki, lądując na ziemi, skierowany w stronę przeciwną do tej, z której przybiegłam. Jeszcze raz go złapałam, ale tym razem trzymałam mocno.

Medalion powoli skierował się stronę, w którą powinnam iść. Podążyłam za nim i po chwili zobaczyłam, że drzewa zaczęły się przerzedzać. W końcu wyszłam na wielką polanę, na środku której stała budowla, łamiąca wszystkie prawa fizyki. Był to wielki, odwrócony trójkąt, na którym znajdował się kolejny, wpisany w kwadrat. Był czarny i matowy, bez żadnych wgłębień ani wycięć. Podbiegłam do niego, kierowana medalionem, aż w końcu znalazłam się przy jedynym elemencie stykający się z ziemią - przy jednym z wierzchołków trójkąta.

Z bliska budowla osiągnęła niewiarygodne rozmiary, w porównaniu z tym, jaka mała wydawała się z daleka. Gdy tylko znalazłam się w odległości niecałego metra od niej, medalion wyrwał mi się z ręki i poszybował na sam jej szczyt. Zaczęłam się powoli odsuwać, błądząc wzrokiem po wielkiej budowli, która chwilę później zaczęła się przesuwać. Stworzyła siatkę wypukłości i wklęsłości, elementy przesuwały i zmieniały się pomiędzy sobą, tworząc niewiarygodne zjawisko.

Gdy wszystko się skończyło, zobaczyłam, o dziwo, chatkę, w której przyszło mi mieszkać z tatą tyle lat. Zaabsorbowana tym widokiem zaczęłam biec ile sił w stronę tak dobrze znanego mi budynku. Gdy miałam już dotknąć klamki, domek znikł mi z oczu. Wszystko spowiła nieprzenikniona ciemność, tak gęsta, że nie widziałam nawet swoich rąk.

Szybko wyciągnęłam świecę z kieszeni i odpaliłam pierwszą zapałkę. Podpaliłam o nią świecę, która po chwili zgasła, tak jak zapałka. Tak samo stało się z następną, i kolejną, aż w końcu w pudełku została ostatnia zapałka. Już miałam ją zapalić, gdy w ciemności zamigotała para żółtych oczu.

- Witaj, Lucy. - odezwał się głos. Czułam, że mnie otacza, jest wszędzie, ale pochodzi z jednego źródła. - Zaszłaś tak daleko, ale mimo przebytych trudów niestety nie uda Ci się uratować ojca.

- Nie mów tak! - krzyknęłam przerażona, widząc jedynie te dziwne oczy. - Dlaczego miałoby mi się nie udać!?

- Bo tym razem nie pomogą Ci ani świece, ani zwykłe szczęście. Tym razem zmierzysz się z czymś, czego nie uda Ci się pokonać, nawet, gdybyś bardzo tego chciała. Ale nie boisz się, prawda?

- Czego chcesz!?

- Czego chcę? Ah, gdyby to było takie proste! Za to wiem, czego nie chcę. Nie chcę, abyś uratowała ojca i dotarła do celu swojej podróży. I o tyle, o ile nie chcę, aby Twoja świeca się zapaliła, o tyle każda inna moja zachcianka spełni się, bo jesteś teraz w moim świecie. Jedynie coś, nad czym nie mam władzy może Ci pomóc. Ale, o ile wiem, nic takiego nie posiadasz, biedna Lucy.

Nie miałam pojęcia, co to stworzenie chce ze mną zrobić, ale nie zamierzałam się poddać. W głębi serca miałam nadzieję, że znajdę coś, co mi pomoże. I może właśnie dzięki temu, że tak w to wierzyłam, znikąd usłyszałam świszczący dźwięk spadającego przedmiotu, który po chwili uderzył o ziemię obok mnie. Kucnęłam i zaczęłam macać ziemię przy źródle dźwięku i po chwili znalazłam tam coś, co kształtem przypominało medalion, który kilka minut temu odleciał ku dziwnej budowli.

Ścisnęłam go w ręce mając nadzieję, że napastnik niczego nie zauważył.

- Co masz w ręce? - powiedział, niszcząc moje płonne nadzieje. - Chcę, żebyś mi to pokazała.

Nie panując nad swoimi rękami wyciągnęłam medalion przed siebie i pokazałam go stworzeniu. Żółte ślepia przybliżyły się i po chwili poczułam, jak medalion opuszcza moją dłoń.

- Hmmm... A cóż to za błyskotka? - zapytał zaciekawiony stwór. - Ciekawe, skąd się tu wzię...

Nie dokończył zdania. W tym momencie medalion rozbłysł światłem tak jasnym, że musiałam zakryć oczy rękoma, żeby się przed nim uchronić. Usłyszałam okropny krzyk, a gdy otworzyłam oczy, byłam przed drewnianą chatką, która wcześniej została zabrana przez czerń. Medalion leżał na ziemi obok mnie, więc wzięłam go do ręki i schowałam do kieszeni.

Podeszłam do chatki, nacisnęłam klamkę i weszłam do środka. Moim oczom ukazał się długi korytarz, z wielkimi świecami po bokach. Gdy zaczęłam iść wzdłuż niego, zobaczyłam na końcu drzwi, a zza nich usłyszałam krzyk mojego ojca.

- Nie! Proszę, nie!

Nie panując nad sobą zaczęłam biec do wrót, lecz czym bliżej nich byłam, tym drzwi były dalej, jakbym stała w miejscu. Kilka metrów za mną wciąż były drzwi wyjściowe, ale te, zza których dochodziły krzyki widniały wciąż daleko w oddali. Nagle przyszedł mi do głowy pewien pomysł. Wyjęłam ostatnią z zapałek i trzęsącymi się rękami podeszłam do jednej z wielkich świec stojących przy ścianach.

Ostrożnie potarłam zapałkę, aż się zapaliła. Przysunęłam ją do świecy, wstrzymując oddech, aby nie zakłócić drogi płomieniowi.

- Proszę, niech się uda - powiedziałam cicho.

Po chwili odetchnęłam z ulgą, gdyż świeca zapaliła się, a za nią wszystkie inne, oświetlając korytarz.

Pobiegłam w stronę oddalonych drzwi, lecz tym razem nie uciekały przede mną. Dobiegłam do nich, po czym pchnęłam je i wpadłam do sporego pomieszczenia, na środku którego znajdowali się mój ojciec i wielki mężczyzna, o skórze niczym cień i czerwonych, świecących oczach na twarzy.

Ojeciec wisiał, przywiązany za ręce do sufitu, zaś nogi miał przywiązane do wielkiego kamienia, opadającego powoli na ziemię. Jego twarz pokryta była świeżymi ranami, niektóre z nich lekko krwawiły.

Cieniowy stwór popatrzył na mnie, po czym ponownie pstryknął, a ze ścian wyskoczyły ku mnie wielkie kajdany, które pochwyciły moje ręce i nogi.

- Dlaczego to robisz!? - zapytałam zrozpaczona. Nic nie odpowiedział. - Proszę, przestań.

W tym momencie kajdany ustąpiły, uwalniając mnie. Liny wiążące mojego ojca także zniknęły, a on upadł na ziemię i zaczął rozmasowywać sobie nadgarstki.

- D... Dziękuję, Lucy. - wychrypiał.

Wielkie monstrum ruszyło ku mnie, wyciągając zza pleców wielki topór i gotując się do zadania mi śmiertelnego ciosu. Podniósł broń nad głowę i powiedział:

- Chyba nie boisz się śmierci, prawda?

Wtedy to zrozumiałam. Zrozumiałam, dlaczego kajdany mnie puściły, dlaczego z nieba zleciał medalion i dlaczego udało mi się zapalić świecę na korytarzu. Dlatego, że to był mój świat. Tak jak potwór z cienia i ten, z żółtymi ślepiami, miałam wpływ na to, co się dzieje. Potrafiłam zmieniać bieg wydarzeń, wystarczyło tylko tego chcieć.

- Chciałabym wrócić - powiedziałam, a wszystko wokół mnie się rozmyło.

Otworzyłam oczy. Znajdowałam się w sali szpitalnej. Popatrzyłam na lewo, gdzie zobaczyłam swojego ojca, leżącego na łóżku. Na twarzy miał mnóstwo ran, zaś nogi całe w gipsie. Po chwili podeszła pielęgniarka i rozpromieniła się na mój widok.

- G... Gdzie jestem? - zapytałam się.

- W szpitalu. - odpowiedziała spokojnie kobieta - Pani i pani ojciec mieliście wypadek samochodowy. Pani wylądowała tu tylko ze wstrząśnieniem mózgu, lecz Pani ojciec przyjechał w gorszym stanie. Na szczęście teraz już wszystko jest w jak najlepszym porządku, Pani ojciec powinien niedługo się obudzić. Powoli zaczyna wracać do zdrowia. A teraz przepraszam, ale muszę iść do innych pacjentów.

- Dobrze, dziękuję. - powiedziałam i odprowadziłam ją wzrokiem.

Czyli to wszystko... te wszystkie wizje, dziwne istoty, las, ciemność. To nie było prawdziwe? Wszystko było spowodowane wstrząśnieniem mózgu, ja i tata jesteśmy zdrowi. Z ulgą opadłam na poduszkę.

Po kilkunastu minutach tato obudził się. Z pozycji leżącej zobaczył, że już wstałam i przywitał się ze mną.

- Jak się czujesz? - zapytałam się.

- Dobrze. - odpowiedział uśmiechając się - Ale mam nadzieję, że już nigdy więcej nie spotkam tego wielkiego, czarnego kolesia.

_________________________________________________________________

Jeżeli jesteś zainteresowany moją dalszą twórczością, bądź chcesz być na bieżąco ze wszystkimi nowymi materiałami odwiedź mój Fanapge:

https://www.facebook.com/mrdonut064?fref=ts

_________________________________________________________________

Oznacz jako: przeczytane ulubione chcę przeczytać

Komentarze

super
Odpowiedz
Fajne
Odpowiedz
Dobre c:
Odpowiedz
Zaloguj się, aby dodać komentarz.

Inne od tego autora

Archiwum

Najnowsze i warte uwagi

Artykuły i recenzje