Historia

The Collection

anghell 3 5 lat temu 5 038 odsłon Czas czytania: ~8 minut

Pozwól, że Ci coś opowiem. Od dawna fascynowały mnie te stare kamieniczki na obrzeżach miasta. Tynk odpadający spod niszczejącej, czerwonej cegły, dziurawe dachy, prowizorycznie pokryte smołą i przeciekające przy nawet najdrobniejszej mżawce, budynki gospodarcze stojące w pobliżu i pachnące grzybem, zatęchłe piwnice. Wiem, jak to brzmi. Jak może kogoś fascynować smród wilgotnej piwnicy? Otóż nie chodzi o sam zapach, nie chodzi nawet o nastrój panujący w takich miejscach. Chodzi o to, co mogą kryć. A kryją wiele.

Pamiętasz jeszcze starego Jarzębę? Zapewne tak. Wiecznie czerwony nos, zapijaczona, spuchnięta twarz, zawsze pod marketami zbierał drobne na butelkę bimbru. Mieszkał sam, czasami wpadali koledzy, ale wątpię, aby pamiętał cokolwiek z ich wizyt.

Miesiąc temu Jarzęba zmarł. I wiem, że okrzykniesz mnie za chwilę grobowym złodziejem, ale to nie tak. Przegrzebywanie pozostawionych przez niego rzeczy nie dało mi żadnych korzyści finansowych. Za to, podczas tego włamania, znalazłem coś innego. Dziesiątki, nie, setki stron. Setki stron zapisanych nutami. Początkowo wydawało mi się, że facet po prostu w ten sposób bazgrolił.

Zapewne doskonale to znasz. Siedzisz znudzony, pod ręką masz kartkę i długopis, zaczynasz po niej bazgrać, dla zabicia czasu. Każdy z nas, kto choć trochę uczęszczał do szkoły po przemianach systemowych, zna to z praktyki. Zwłaszcza na studiach, zanim pojawiły się dotykowe telefony, pomagało to przetrwać szczególnie nudny wykład.

Więc założyłem, że to Jarzęba bazgrał dla zabicia czasu między kolejnymi odlotami przy napoju alkoholowym. Ale tylko, gdy się temu przyjrzałem, zrozumiałem, że wszystko było zbyt regularne, zbyt przemyślane, by było odruchowymi zapiskami starego pijaczyny.

Poszedłem więc z tymi kartkami do Gontara, zapewne go znasz, zasuwa w tej kapeli Dziki w Agreście. Ostatnio grali u nas koncert, niezła rozpierducha była. Pokazałem mu to i stwierdził, że na perkusji tego nie zagra, ale abym skontaktował się z ich gitarzystą. A zresztą, uznał, skontaktujemy się z nim razem, też jestem ciekaw, co to jest.

Nie opowiedziałem mu wtedy, jak zdobyłem te kartki. Też znał Jarzębę, ba, kiedyś go nawet po pijaku pobił. Dziad przez ponad tydzień chodził z podbitym okiem. Gdyby o tym wiedział, że ukradłem to z domu starego pierdziela, prawdopodobnie by mnie wyśmiał. A chciałem się dowiedzieć, czy ma to sens.

Usiedliśmy więc we trzech, dałem gitarzyście kartki, ten dobył instrumentu. Na pierwszy ogień poszły te najbardziej pożółkłe. Niektóre ledwo szło odczytać, ale jakoś dawał radę. Jakież to piękne melodie kryły się za nimi. Pełne nadziei, radości, szczęścia, miłosci. Założyłem, że powstały w czasach, kiedy to Jarzęba wiódł szczęśliwe życie rodzinne.

Przed oczami stanęła mi fotografia, którą dostrzegłem na jednym z dwóch mebli w sypialni, komodzie. Drugim było stare, zniszczone łóżko. Przedstawiała młodą, choć strasznie brzydką, kobietę. Ale w jej brzydocie było coś przyciągającego uwagę.

Niestety, udało się odegrać tylko kilka melodii, zanim obowiązki kapelowe zawezwały obu panów na próbę. Ale umówiliśmy się na kolejną sesję. Przed nią chciałem jednak odwiedzić znów mieszkanie Jarzęby i dokładniej przeszukać.

Drzwi były zamknięte, jak je zostawiłem. Parę sprawnych ruchów wytrychem pozwoliło mi jednak dostać się do środka. Swoje kroki skierowałem ku fotografii, odruchowo, jakby kierowany tajemniczą siłą. Wyciągnąłem ją z miedzianej ramki, nie bez problemu, widocznie lata nie była ruszana. Przyjrzałem się jeszcze raz kobiecie i dopiero obróciłem zdjęcie.

Widniała tam nieco wyblakła, ale wciąż czytelna dedykacja. "Dla J., B., Twoja na zawsze". Zaintrygowało mnie to. Wyglądało na to, że stary Jarzęba nie zawsze był straconym dla społeczeństwa pijaczyną. Tak, wiem, też Ci odkrycie.

Ale odkryciem był fakt, że zanim odłożyłem fotografię, poczułem dziwny zapach. Znasz zapewne tę woń, która tak często towarzyszy świeżemu zgonowi, zanim zwłoki zaczną ulegać rozkładowi. To był ten sam słodki zapach śmierci. Na tyle intensywny, że przykrył wszelkie smrody, które do tej pory mnie otaczały. Może też wyobraźnia płatała mi figle, nie blednij tak. Przy tylu zwiedzonych kamienicach przywykłem do ich charakterystycznego zapachu i każdy inny odbierałem intensywniej, jako nienaturalny dla danego miejsca.

Zacząłem przeszukiwanie szuflad, jeszcze dokładniejsze. W sumie, zbyt wiele ich nie było, ogólnie większość mebli, które kiedyś ozdabiały pomieszczenia, została pewnie zamieniona na dynks. Nałóg to straszna rzecz, potrafi sprowadzić na dno. Większość zawierała gazety jeszcze z lat siedemdziesiątych, jednak w jednej natknąłem się na coś innego. Kilka kopert, otwartych bardzo delikatnie. Z jednej strony bałem się, że rozpadną się pod moimi niezgrabnymi palcami, z drugiej byłem niesamowicie ciekaw ich zawartości.

Ciekawość jednak wygrała. Wyciągnąłem je i zacząłem przeglądać.

Większość stanowiły standardowe listy miłosne, wszystkie podpisane inicjałem B. i odciskiem ust. W treści jednego z nich natknąłem się jednak na wzmiankę o ciąży. Datowany był na dziewiętnastego lipca tysiąc dziewięćset siedemdziesiątego trzeciego roku. Znajdowało się tam też odniesienie do Jarzęby stopniem kaprala, napisane w sposób, w jaki czasami ukochana wyzłośliwia się swojemu partnerowi.

Zauważyłem, że tak pochłonęło mnie przeglądanie i czytanie tej intymnej korespondencji, iż spóźniłbym się na spotkanie z muzykami. Postanowiłem więc, starym zwyczajem, szybko się wymknąć i zamknąć za sobą drzwi. Nie chciałem pozwolić, aby w majaku alkoholowym koledzy Jarzęby wtargnęli do mieszkania starego kumpla i zniszczyli moją historię, którą dopiero składałem.

Gitarzysta odgrywał kolejne melodie. Te jednak nagle straciły całą swą radość. Tym razem nuty przemawiały do nas bólem i smutkiem. Szkoda, że nie były w żaden sposób datowane. W momencie powstawania tych kompozycji coś musiało się zdarzyć, co kompletnie odmieniło życie starego Jarzęby.

Wtedy też powiedziałem im, skąd mam te nuty. Byli w szoku, ze stary menel tak potrafił komponować. Chcieli jak najszybciej sprawdzić dalsze kompozycje, na coraz mniej pożółkłych kartkach. Jednak zdecydowałem, że zanim do tego przejdziemy, pójdę znowu tam poszperać. Chcę znaleźć jakieś ślady tego wydarzenia, które odebrało mu radość, a przyniosło ból.

Przyjacielu, robisz się coraz bledszy, dobrze się czujesz? Wyglądasz, jakby dopadła Cię jakaś choroba. Może powinieneś jutro udać się do lekarza?

W każdym razie, następnego dnia dokonałem kolejnego włamania. Koperty leżały tak, jak je zostawiłem. Przeglądałem je dalej, jednak wciąż nie natrafiłem na żaden trop. Postanowiłem więc zajrzeć do gazet. Zawęziłem krąg poszukiwań do tych po dacie listu o ciąży. Długo to nie trwało, aż na coś trafiłem. Artykuł o o masowych aresztowaniach, zakreślony długopisem. Jednak w treści było, że aresztowanymi byli sami mężczyźni, głównie studenci, którzy rozprowadzali negatywne ulotki na temat władzy.

Aż w końcu, między gazetami, natknąłem się na akt zgonu. Dotyczył niejakiej Barbary Potularskiej. I wtedy wszystko mi się poskładało. Dokument pochodził z dnia dwudziestego siódmego sierpnia tysiąc dziewięćset siedemdziesiątego trzeciego roku. Czyżby to miała być tajemnicza B.? Na dokumencie była notatka odręczna "Trzech". Jedno słowo, a wzbudziło we mnie niepokój. Poszukałem gazet datowanych na ten okres. I w jednej z nich, Słowie Ludu, znalazłem artykuł o katastrofie kolejowej pod Radkowicami. Winą obarczono maszynistów pociągu towarowego i dyżurnego ruchu. Zgadzało się, trzech.

W domu poszukałem więcej informacji o tej tragedii. Odniosłem wrażenie, jakby Jarzęba planował zemstę, jednak nic takiego nie nastąpiło. Cała trójka odsiedziała swoje wyroki i spokojnie opuściła zakłady karne. Cóż więc skrywał stary pijaczyna?

Musiało to być coś niezwykle mrocznego, gdyż kolejne odegrane melodie nie były nawet pełne bólu. Były przerażające. Pojedyncze szarpnięcia za struny, często odwlekane w czasie, jeżyły włosy na głowie i rękach. Był Akirą Yamaoką, zanim ten jeszcze skończył podstawówkę.

W pewnym momencie, w trakcie odgrywania trzeciej, czy też czwartej melodii znów poczułem ten słodki zapach. I zemdlałem, najzwyczajniej w świece zemdlałem.

Pod zamkniętymi powiekami widziałem tę opuchniętą twarz, te posiniałe usta i niemal bezzębne szczęki, powtarzające w kółko słowo "trzech". Zbliżał się do mnie, a odór alkoholu wcale nie odwracał uwagi od zachrypniętego głosu starego alkoholika. Nie mogłem się poruszyć, odsunąć, zupełnie jakbym był skrępowany.

Inaczej brzmiała relacja Gontara, gdy już się obudziłem. Ponoć szarpałem się niesamowicie, wykrzykując wciąż "Trzech". Uznaliśmy, że wystarczy grzebania w przeszłości i zapomnimy o sprawie, zaczęła zbyt mocno wgryzać się w nasze wyobraźnie.

Ale czyż ciekawość nie jest potężniejsza niż strach? Po tygodniu od tego incydentu postanowiłem ostatni raz odwiedzić mieszkanie Jarzęby. A dokładniej pomieszczenie, do którego nigdy nie zaglądałem - piwnicę. Wrzuciłem do plecaka latarkę, wytrychy, łom, w razie, gdybym musiał wyrwać skobel ze ściany i ruszyłem na swoją misję.

Latarka była pamiątką po dziadku. Nie taka standardowa, w kształcie walca, prostokątna, którą bez problemu można było zaczepić o kieszeń koszuli. Umożliwiała bezproblemowe manewrowanie obiema rękoma, co wkrótce okazało się niezwykle przydatne.

Gdyż w piwnicy panował niesamowity mrok. Tak, jak mieszkanie było słabo oświetlone, ze względu na zabrudzone szyby, tak tutaj nawet nie było malutkiego okienka przez które mogłaby wpaść strużka światła. Oświetlając więc kłódkę latarką, zacząłem przy niej manipulować. Niestety, pomimo kilkunastu minut prób, nie udało mi się otworzyć drzwi delikatnie, więc dobyłem łomu i zacząłem wyrywać skobel ze ściany. Jak w transie, powoli odginałem metalowy element od jego mocowania, aż w końcu udało mi się go wyrwać ze starej cegły i drzwi ustąpiły.

Od razu uderzył mnie zapach stęchlizny. Niby byłem do niej przyzwyczajony, ale ta była przepotężna. Przyjacielu, zaczynam się o Ciebie martwić. Jesteś już bielszy niż świeżo wyprodukowana kartka, czy coś się stało? Moja opowieść tak działa Ci na nerwy?

W każdym razie, odór ten prawie ściął mnie z nóg. Mimo wszystko determinacja sprawiła, że przeczekałem pierwszy szok i wszedłem do środka. Początkowo wyglądało to jak zwyczajna piwnica. Kilka półek z przetworami, pewnie pamiętającymi tamtą katastrofę kolejową, trochę narzędzi, jakieś stare zabawki i niedokończona kołyska, szykowana pewnie dla dziecka, które nigdy się nie narodziło.

Ale największą moją uwagę przykuły drzwi na drugim końcu pomieszczenia. Nie miały założonej kłódki, co mnie uspokoiło, biorąc pod uwagę problemy, z jakimi borykałem się przy dostawaniu do pierwszego pokoju piwnicznego. Nacisnąłem klamkę, były otwarte. Delikatnie je uchyliłem.

Na pierwszy rzut oka pomieszczenie wydawało się puste. Wszedłem i rozejrzałem się, ściskając latarkę w ręku. Na końcu pokoju dostrzegłem lustro. Piękne, bogato zdobione. Podszedłem do niego bliżej. Otoczył mnie słodki zapach. W odbiciu ujrzałem rzędy lalek usadowione pod ścianą. Wszystkie były ludzkiej wielkości i wszystkie miały tę samą twarz. Ciekawie brzydkiej Barbary. Odpłynąłem.

Przyjacielu, pomóż mi wstać, nie jestem już w stanie dłużej znosić tego zapachu. Czuję go przez cały czas. Nie odwracaj się, nie uciekaj. Przyjacielu? Coś się stało?

Posrebrzane szkło odbiło moją sylwetkę czołgającą się po podłodze. Przyozdobioną plastikową twarzą ciekawie brzydkiej Barbary.

Oznacz jako: przeczytane ulubione chcę przeczytać

Komentarze

Opowiadanie fajne, ale końcówka słaba a dla mnie w każdym razie niezrozumiała :/
Odpowiedz
Trochę psychodeliczne, ale bardzo fajne. 9/10, bo końcówka trochę urwana.
Odpowiedz
Genialne!
Odpowiedz
Zaloguj się, aby dodać komentarz.

Inne od tego autora

Archiwum

Najnowsze i warte uwagi

Artykuły i recenzje