Historia

Ewolucja - Gatunek VI (OSTATNI)

mr_donut064 13 5 lat temu 6 148 odsłon Czas czytania: ~9 minut

Część 1: http://straszne-historie.pl/story/12773-Prawo-Murphyego-Gatunek-I

Część 2: http://straszne-historie.pl/story/12813-Drzewo-Gatunek-II

Część 3: http://straszne-historie.pl/story/12844-Pulapka-Gatunek-III

Część 4: http://straszne-historie.pl/story/12896-Marshall-Gatunek-IV

Część 5: http://straszne-historie.pl/story/12939-Narodziny-Gatunek-V

Siedzieli razem przy stole. Lucy była przywiązana do krzesła w ten sposób, że mogła poruszać tylko rękami. Przed nią stała otwarta konserwa. Po drugiej stronie siedział Marshall jedząc zawartość swojej. Obok jego prawej ręki leżał pistolet. Dziewczyna mimo głodu nie jadła. Czuła, że jeżeli spróbowałaby coś połknąć, to zaraz by to zwróciła. Mężczyzna popatrzył się na nią i powiedział:

- Skoro i tak niedługo się rozstaniemy - przełknął kawałek mięsa - to mogę ci co nieco opowiedzieć o tym, czym się tu zajmuję.

Lucy nie chciała tego słuchać, ale w tym momencie każda dodatkowa sekunda była dla niej na wagę złota. Przynajmniej dopóki nie będzie w odpowiedniej sytuacji do ucieczki. Przytaknęła.

***

- Kilka miesięcy temu - zaczął - siedziałem w swoim domu i przeglądałem Internet. Niby nic, a jednak natknąłem się tam na artykuł o legendarnych ludziach, opisywanych w starożytnych dziełach, którzy ponoć mieli odwrócone stopy. Poszukałem więcej informacji i jak wynikało z tego, potrafili biegać bardzo szybko i byli, poniekąd, lepsi od normalnych ludzi.

Starożytni pisali, że żyją w odosobnieniu, a wszelkie próby ich złapania skończyły się fiaskiem, bo okazali się zbyt brutalni i dzicy. Ogólnie rzecz biorąc zainteresowało mnie to, więc zacząłem szukać i czytać więcej. Myślałem, że ludzie są najwyższą formą żyjącą na Ziemi, a tu nagle okazało się, że ktoś nas przewyższa. Chciałem ich poznać. Chciałem ich spotkać i zobaczyć. Rozpocząłem poszukiwania.

Najpierw nie byłem do końca przekonany o tym, czy naprawdę istnieją, ale wtedy zobaczyłem jedyny opisany przypadek, który mnie w tym utwierdził. W Chinach, kilka lat temu urodziła się kobieta z odwróconymi stopami, która potrafiła biegać szybciej od swoich rówieśników. Naprawdę, nawet mogła normalnie funkcjonować. - potrząsnął ochoczo głową, jakby chcąc uświadomić Lucy, że mówi prawdę - Wtedy zacząłem badać mapy i wszystkie informacje o pobycie tych istot, aby wiedzieć, gdzie zacząć szukać.

Nazywano ich różnie. Nuli, Curupira, Abarimony i Ciguapa, wszystkie te przypadki różniły się niektórymi cechami, ale koniec końców chodziło o ten sam gatunek! Ludzie na przełomie wieków pisali o nich, będąc pewnymi o tym, że istnieją!

Najpierw nikt nie wiedział o tym, że zamierzam wyjechać, ale wtedy, właśnie wtedy mój znajomy, Thomas, zauważył jak pracowałem przy mapach, zaznaczając mnóstwo konkretnych punktów. Był młody i łatwowierny. Dopytywał się mnie, co zamierzam, a ja w końcu, pod uporem pytań niechętnie mu opowiedziałem. Sądziłem, że mnie wyśmieje, ale stało się coś wręcz przeciwnego.

Uwierzył mi! - rozpromienił się - Uwierzył mi i nawet zagwarantował, że wyjedzie ze mną na poszukiwania! Żaden z nas nie miał stałej pracy ani bliższej rodziny, więc spokojnie mogliśmy zniknąć bez zbędnych pytań. Miałem trochę oszczędności, które mogły pójść na potrzebne paliwo i narzędzia potrzebne do poszukiwań, więc tak naprawdę plan nie miał wad. Tak mi się przynajmniej wydawało.

W końcu, gdy wszystko zaplanowałem, wyruszyliśmy. Przejechaliśmy pół kontynentu, badając różne lokacje, w których prawdopodobnie mogliby się znajdować, ale w żadnym nie natknęliśmy się na nic, oprócz turystów. W końcu znaleźliśmy to miejsce, odosobnione, odizolowane. Puste.

Wtedy zrozumiałem, jak głupi byłem. Porwałem się z motyką na słońce, kierowany durną ideą, w którą uwierzył Thomas. - zakrył oczy dłonią, zacinając się na chwilę - Zapytał mnie wtedy, czy naprawdę sądzę, że tutaj ich znajdziemy. Odpowiedziałem, że tak, więc zaczęliśmy budowę tej, nazwijmy to, "stacji". Nie było trudno zdobyć materiały, tak naprawdę była to tylko kwestia czasu. W końcu, we dwóch, z użyciem kupionych w mieście narzędzi i materiałów, których sami nie mogliśmy pozyskać, postawiliśmy tutaj tę oto bazę, w której mogliśmy spokojnie prowadzić poszukiwania członków gatunku.

Kiedy Thomas wybierał się do lasu, szukając czegoś, w co ja już nie wierzyłem, zostawałem tutaj i pracowałem, pod przykrywką sporządzania mapy. Rysowałem. Badałem. Tworzyłem. Pomyślałem, że skoro gatunek Lepszych nie istnieje, to dlaczego nie miałby zaistnieć?

Miałem wszystko zaplanowane. Od A do Z, mój plan nie zakładał żadnej pomyłki. Oprócz tego, że Thomas przestanie gonić za czymś, czego nie ma i zda sobie sprawę, ile błędów popełniłem. Był zły. Chciał za wszelką cenę wrócić do domu. Obwiniał mnie o to, co przeze mnie stracił.

***

- Dlaczego mi o tym nie powiedziałeś!? - wrzasnął Thomas - Wiedziałeś, że to kłamstwo, a ja, jak ostatni idiota ci uwierzyłem!

- Proszę cię! - powiedział Marshall przez łzy - Mam inny plan, wszystko się ułoży, zaufaj mi, p...

- Nie. Nie zasługujesz na moje zaufanie. Już nie. - wycedził przez zęby.

- Proszę cię, Thomas, nie zostawiaj mnie tu samego. Przecież wiesz, że nie zrobiłem tego specjalnie.

- Czy wiem? Byłem pewien, że wiesz, co robisz i że będziesz mnie informował o wszystkim, co odkryjesz. Oszukałeś mnie!

- Thomas, nie rób tego, proszę cię, nie opuszczaj mnie. - upadł na kolana, po czym wciąż ze łzami w oczach pochylił do nóg chłopaka - Nie dam sobie rady bez ciebie.

- To twoja sprawa. - odepchnął Marshalla nogą - Trzeba było o tym pomyśleć zanim naopowiadałeś mi tych bzdur!

- Nie... proszę... nie - szlochał żałośnie.

Thomas podszedł do swojego plecaka przygotowanego na stole, po czym zaczął pakować do środka swoje rzeczy.

- Zacząłem wątpić kilka dni temu - mówił oschle - ale wierzyłem, że wiesz, co robisz. Skoro okazało się, że okłamywałeś mnie cały ten czas, nie mam zamiaru przebywać tu z tobą ani minuty dłużej.

- Thomas, nie rób tego! - Marshall wstał - Mam plan! Zaufaj mi, proszę! Osiągniemy nasz cel, wystarczy, że mi zaufasz!

- Zaufałem ci już raz. O raz za dużo. - zarzucił plecak na plecy - Żegnaj.

Marshall podniósł się z ziemi, po czym złapał Thomasa za głowę i rąbnął nią w drewniany stół. Chłopaka oszołomiło, ale napastnik nie skończył na jednym ciosie. Wciąż mocno go trzymając uderzył ponownie. Raz za razem, aż w końcu trysnęła krew, a martwe ciało opadło na podłogę. Mężczyzna ukląkł przed nim i schował twarz w rękach.

- Przepraszam. - wyszeptał.

***

- Nie panowałem nad sobą. Czym dłużej brnąłem w to gówno, tym bardziej stawałem się agresywny. Byłem zawiedziony swoją łatwowiernością, zły przez to, że Thomas mnie opuścił. Byłem samotny. Jego ciało pochowałem gdzieś w lesie, sam już nie pamiętam gdzie. Chciałem zapomnieć, ale nie mogłem. Żałowałem tego, co zrobiłem, ale niestety nie można cofnąć czasu. Chcąc oddać hołd temu biednemu chłopakowi, wcieliłem swój rozbudowany plan w życie.

Pierwszym z Członków Pokolenia był jakiś przypadkowy turysta, który zszedł z głównego szlaku i - myśląc, że idzie w dobrą stronę - natknął się na mnie. Powiedziałem mu, że wiem, jak tam wrócić i obiecałem, że go zaprowadzę. Najpierw jednak zahaczyliśmy o stację, gdzie oszołomiłem go i przygotowałem do operacji.

Na moje szczęście zbudowaliśmy z Thomasem o jeden, niewielki pokój więcej, który miał służyć, jako magazyn, ale koniec końców stał się salą operacyjną. Zaniosłem tam bezwładne ciało turysty, po czym zabrałem się do roboty.

Nie było łatwo. Byłem zestresowany i podniecony, ręce nie mogły przestać mi się trząść. Na szczęście udało się zrobić wszystko poprawnie, mimo użycia dość prymitywnych narzędzi, niebędących nawet chirurgicznymi. Pacjent przeżył, więc póki wciąż był pod wpływem podanych środków, wsadziłem go do taczki i zawiozłem do punktu Narodzin.

Przykro mi było go opuszczać, samego w środku lasu. - otarł łzę spływającą po policzku - Ale wiedziałem, że sobie poradzi. Czułem się, jakbym zostawiał dziecko na pierwszy dzień w przedszkolu.

Kiedy wróciłem do stacji miałem wrażenie, jakbym zrobił coś naprawdę dobrego. Poniekąd tak właśnie było. Dałem temu człowiekowi lepsze życie, takie, które miało jakiś sens. Za każdym razem, kiedy znajdowałem kogoś w lesie, powtarzałem rytuał i już po kilku miesiącach Gatunek liczył 12 członków.

Wiesz, nie łatwo było patrzeć, jak czołgają się, z trudnością zdobywając pożywienie, ale wiedziałem, wręcz czułem to, że im się uda. Może nie potrafią jeszcze stać, chodzić, a nawet biegać, ale to przyjdzie z czasem. Jeżeli nie pokolenie rodzicielskie, to następne, z czasem staną się już funkcjonującym społeczeństwem, wiesz? - popatrzył na nią z szaleńczym zadowoleniem - Minie kilka lat, urodzą się dzieci, będą umieć więcej, lepiej, bardziej. Z pokolenia na pokolenie Gatunek będzie się udoskonalać, aż w końcu osiągnę to, do czego dążę. Człowieka Lepszego.

Ewolucja to kapryśna suka. Potrzeba jej dużo czasu, żeby pokazać, co potrafi, ale tak to w końcu jest, no nie? Smuci mnie jedynie myśl, że nigdy nie zobaczę moich dzieci rosnących w siłę, rozwijających się tak, jak powinny. Wiem, że tak się stanie. Tak właśnie musi być. W końcu musi powstać coś lepszego, co zakryje stare i słabe.

To naprawdę się uda, zaufaj mi. Wiem, jak to brzmi i wiem, że wygląda to źle, ale uwierz mi, że to naprawdę ma sens! Każdy naukowiec ci powie, że ewolucja nie działa w ten sposób, ale skąd to wiedzą? Bo przeczytali w jakiejś książce? Czy ktokolwiek spróbował tego na żywo? Nie wydaje mi się, a ja właśnie do tego dążę. I mi się to uda.

***

Po skończeniu historii patrzył się na nią jeszcze przez chwilę. Jego wzrok był mętny, wyglądał, jakby wyleciała z niego dusza i pozostało same ciało, stojące bez ruchu, niemogące się poruszyć. Po kilku sekundach wrócił jednak do rzeczywistości, popatrzył się na Lucy i powiedział:

- No, na nas pora. Jeszcze dziś zobaczysz, jak to jest w nowym, lepszym życiu. - uśmiechnął się euforycznie, po czym wstał od stołu i podszedł do szafki. Nie spuszczał jej z oczu.

Nie wiedział o tym, że podczas jego wywodu Lucy udało się rozluźnić więzy krępujące jej nogi na tyle, że mogła się oswobodzić. Teraz czekała tylko na dogodny moment, by zaatakować. Wciąż mając ją na oku, Marshall wyjął z szafki strzykawkę, po czym podszedł do dziewczyny.

- Mam nadzieję, że mnie rozumiesz i nie będziesz się rzucać. Coś czuję, że chcesz być częścią pierwszego pokolenia. - popatrzył na nią ciepło.

Kopnęła go w jedyną nogę, po czym zerwała się od stolika i, potykając się, pobiegła ku drzwiom wyjściowych. Marshall przewrócił się, patrząc na nią z grymasem złości, ale jednocześnie zadowolony z siebie. Szarpnęła za klamkę. Zamknięte. Pamiętała, że kluczyk leżał na stole, obok pistoletu. Podbiegła tam i złapała oba przedmioty. Chciała uciec, ale przed nią pojawiła się nowa opcja, która mogła uratować życie nie tylko jej, ale i osobom, przemierzającym te lasy w przyszłości.

Podeszła do leżącego na ziemi Marshalla i wycelowała pistolet w jego głowę.

- Giń skurwielu. - powiedziała naciskając spust.

***

Usłyszała kliknięcie. Broń była pusta. Leżący mężczyzna zaczął się histerycznie śmiać, co zbiło ją z tropu.

- Nie był naładowany ani przez chwilę, kiedy do ciebie celowałem. - powiedział z rozbawieniem - Uwierzyłaś w to, że naprawdę miałem tu naładowany pistolet, i dałaś mi się wykorzystać, bez świadomości tego, że mogłaś uciec w każdej chwili! - zadrwił - Gratulacje suko!

Miała dość. Rzuciła z całej siły pistolet w twarz Marshalla, po czym nadepnęła stopą na kikut. Zawył z bólu, ale ona miała to gdzieś. Zrobił zbyt wiele złego, żeby mogła go tak zostawić. Podniosła nogę, by nadepnąć ponownie, gdy mężczyzna zerwał się i wbił jej strzykawkę. Przeszła zbyt wiele, żeby teraz przegrać. Niestety, życie jest brutalne. A jeszcze bardziej brutalni są ludzie.

***

Obudziła się. Ból był niewyobrażalny. Było jej zimno, czuła, jakby jej ciało było na żywo cięte tasakiem. Czuła się, jakby ktoś rozciął jej brzuch, po czym wylał na niego sok z cytryny i posypał solą. Była naga. Pod sobą czuła mokrą od krwi ziemię. Przegrała.

***

Mężczyzna poprawił zniszczone okulary na nosie, po czym pokuśtykał do stolika, na którym leżała mapa i notatnik. Rozłożył pierwszy przedmiot i zakreślił kółkiem wybrane miejsce, oznaczając je numerem 14. Po zrobieniu tego otworzył notes na ostatniej stronie, gdzie nagłówek głosił: "Członkowie Pokolenia Rodzicielskiego", po czym zapisał na samym dole, pod ciągiem imion:

Numer 14. Lucy.

_________________________________________________________________

Dziękuję wszystkim czytelnikom i zachęcam do zostawienia komentarza. 6 tygodni zajęło, zanim znaleźliśmy się w tym miejscu. Mam nadzieję, że seria Wam się podobała i że docenicie moją pracę. Pozdrawiam!

_________________________________________________________________

Jeżeli jesteś zainteresowany moją dalszą twórczością, bądź chcesz być na bieżąco ze wszystkimi nowymi materiałami odwiedź mój Fanapge:

https://www.facebook.com/mrdonut064?fref=ts

______________________________________________________________

Oznacz jako: przeczytane ulubione chcę przeczytać

Komentarze

No i jest finalna czesc,rowniez na Youtube :P https://www.youtube.com/watch?v=apPk9owCtC4
Odpowiedz
Historia jest tak potwornie naszpikowana błędami rzeczowymi, merytorycznymi i logicznymi, że aż żal tyłek ściska. Autor pisze o rzeczach, na temat których nie ma zielonego pojęcia, przez co tak naprawdę robi z siebie samego osobnika najzwyczajniej w świecie - głupiego. W samej historii z kolei wyszło na to, że główna bohaterka to po prostu kretynka, większość zdarzeń nie ma racji bytu, bo są po prostu niemożliwe z punktu widzenia fizyki, biologii, czy chemii. Absolutnie wszystkie postacie są zaprzeczeniem funkcjonowania organizmu, bo przeżywają rzeczy, których przeżyć się nie da, po czym zachowują się jakby absolutnie nic im się nie stało. A główny antagonista stanowi zaprzeczenie dla samego siebie . Kilka przykładów: - Udar przy cukrzycy - ryzyko jest zwiększone - owszem. Tyle, że żeby było realne to chory musi olewać leczenie i przez dłuuuugi czas mieć znacznie podwyższony poziom glukozy - wywindowany poziom glukozy sprawia, ze niszczeją naczynia krwionośne. Dokladnie to samo jest przyczyną stopy cukrzycowej i ślepoty. Młody, leczący się facet, któremu poza cukrzycą nic nie jest nie ma prawa dostać udaru. - "Samochód stoczył się z kilkudziesięciu metrów, po czym wylądował na niewielkim zbiorowisku sosen," To w końcu spadł, czy stoczył się? Żeby zawisnąć na drzewie - niewazne, że nisko, to musiał spaść. A skoro jednak spadł z kilkudziesieciu metrów - to oboje powinni byc martwi - przy locie z kilkudziesieciu metrów, nagłe zatrzymanie się powoduje, że pasy dosłowie połamią obojczyk i żebra - a przy tej wysokości - żebra wbiją się w płuca. Jak ma się farta - dojdzie do uszkodzenia worka osierdziowego i tamponady serca. Jak ma się pecha - utopienie się we własnej krwi. - narzeczony wykitował bo rozbił sobie łeb o przednią szybę - JAK?! Skoro był przypięty pasami to sory - ale nawet do kierownicy by nie dosięgnął. - Brak możliwości wejścia na drogę "bo za wysoko i za stromo" - dziewczę ma do dyspozycji zwoje liny znalezione w namiocie, samochod ze "stoku" się stoczył, a nie spadł, bez problemu wlazła na drzwo by sie rozejrzec - i nie może wejść na zbocze, którego pochyłość wynosi nie więcej niż około 60 stopni? (wiecej = samochod musialby leciec) Co jeszcze istotne zwiazane z droga - po wejsciu na drzewo widziała las, las, las plepleple - czyli ogólnie ternen płaski. Pomijajac już już myśl techniczną debila, który postanawia skonstruować sztuczną skarpe pod droge (no sory - teren jest plaski, wiec ta absolutnie jedyna w okolicy skarpa musi byc sztuczna) to, żeby pod wpływem przejeżdżania samochodów skarpa pozostała w jednym kawałku - zakłada się na coś takiego drucianą siatkę. Czyli mamy idiotkę, która na drzewo wlazła, ale wspiać się z liną, po drucianej siatce przymontowanej tak by wytrzymala naprawde wiele, juz w stanie nie była. - sidła - zadaniem sideł jest przytrzymanie, a nie upitolenie kończyny - owszem, poranic noge mogą, jednk nie ma absolutnie żadnej szansy na to by zamknęły się w taki sposób by nie dało się ich otworzyć. Co więcej - skoro osobnik bardzo mocno krwawił, to sidła musiały uszkodzic jakies wieksze naczynie - jeśłi przedmiot, który ranę stworzył, nadal w niej tkwi (albo i w okół) to NIGDY nie wolno tego wyjmować. Jak się wyjmie to dopiero wtedy zacznie naprawde krwawić.. - idiotka, która nie jest w stanie otworzyć sidel i przerasta ja wdrapanie sie po siatce okazuje się na tyle silna by na żywca wyrwa c dorosłemu facetowi nogę - tu autor poleciał już na całego z wodzami fantazji w aspekcie rzeczy, które są całkowicie niewykonalne. Przecietny człwoeik nie ma najmniejszych szans by przerwac skórę, powięzi, mięśnie i na końcu jeszcze wyrwac konczyne ze stawu, czy spowodowac takie zamanie by bylo w miejscu gdzie jest rana. Debilizm, debilizm, debilizm. - i z każda chwilą gorzej - apap to polska nazwa handlowa paracetamolu - apap jest tylko i wylacznie w polsce i jest takim środkiem, który przy opisanych obrazeniach możnaby rownie dobrze do kibla wsypac - miałby podobny skutek. Wypalanie rany - kolejny debilizm, ale to ze bohaterka jest kretynka to nic nowego - po jednokrotnym przylozeniu garnka koles by sie ocknal z wrzaskiem. Ona z kolei poszłaby się pożygać sekunde po przylozeniu garnka do rany. Woń jaka towarzyszy koagulacji tkanek nie ma nic wspolnego z lekko przypalonym kotletem - jest to gryzacy smrod, ktorego przez nastepne godziny nie da sie pozbyc z nosa, nawet gdy obszar przypalany miał średnice jednego mm. - koles z urwana na zywca noga - tak naprawde po takiej akcji nie dozylby do wieczora. Wstrzas zrobilby swoje. Do tego wielkie prawdopodobienstwo zatoru, jeszcze spotegowane przysmazeniem. A tu koleś nie tylko jest przytomny, ma apetyt, normalnie rozmawia, nie goraczkuje, i jeszcze na otwartej ranie potrafi chodzic - to już kolejne mistrzostwo. tego wszystkiego możnaby wyeminiać i wymieniać - choćby wisielec po ktorym jescze nie widac by sie rozkladal - las, cipła pogoda, sama przyczyna smierci - trupa czuc już po jednym dniu. Majtanego wiatrem tym bardziej. Do tego w zwiazku z przyczyna smierci po tym jednym dniu widac by było bardzo wyraźnie różne szczegóły związane z rozkładem. Nie chce mi sie juz pisać, więc skrócę juz resztę: - imitacja naukowca, ktory jest absolutnym debilem, takim ze nie mial prawa skonczyc jakiejkolwiek szkoly nawet. Wymyslil nowa teorie ewolucji i chcial ja udowadniac? Nie - po prostu przygłup i tyle. Naprawde nie trzeba byc geniuszem, znawcą, mieć pod tym kątem zainteresowania itp. id. by wiedzieć, że ewolucja polega na tym, ze są utrwalane cechy ktore zwiekszaja szanse na przezycie i rozmnozenie sie. Przylad z czsow wspolczesnych - tyle, ze tu nastepuje regresja gatunku, a bezposrednia przyczyna są ludzie. Coraz czesciej rodza się słonie pozbawione ciosów. Dlaczego? Bardzo proste - większosc z tych, ktore ciosy miały zostala wybita zanim zdazyla sie rozmnozyc. Zostaly osobniki slabsze, genetycznie posiadajace male ciosy, albo wcale - im ich wiecej - tym bardziej brak sie utrwala. Sama teoria, ze Marshall "udowodni" że ewolucja dziala tak jak on myśli - żeby znaleźć zaprzeczenie tej teorii nawet nie trzeba daleko szukać - psy z kopiowanymi uszami i /czy ogonem. Czy ucinanie przez setki lat cokolwiek zmienilo? NIE! - dalej - samo peracyjne "odwrocenie nóg" - żeby coś takiego zrobić w praktyce trzebaby obie nogi uciac w stawie biodrowym i zamienic je miejscami - kosc udowa jest akurat tak zbudowana, ze jej główka skierowana jest do wewnatr, tak by byla w stanie zainstalowac sie w panewce. Bez narzedzi chirurgicznych nawet normlnej amputacji by sie nie zrobilo, a co dopiero czego takiego. Pacent wykrwawilby sie w tempie blyskawicznym (żeby w trakcie operacji to sie nie działo używa się kleszczy naczyniowych, ktore sie zatrzaskuje, jednoczesnie nie miażdżąc) NIE da sie ich zastpic kombinerkami, czy czyms. KAZDY kto zostalby potraktowany taka genialna operacja - zdechłby w ciagu killku - do kilkudziesieciu godzin. najpozniej w momencie gdy martwe gice zaczna sie rozkladac - osobnk majacy swieze, powazne rany pooperacyjne wywalony w las, zostanie w jednym miejscu - nie bedzie sie czolglal, nie bedzie szukal zarcia. On bedzie po prostu zajety umieraniem. Z tych 13 sztuk do momentu gniacia nog dotrwalby MOZE jeden - reszte zabilby zator spowodowany podlaczeniem urznietej nogi o tetnicy. krew odchodzy, gnijace mieso wspaniale przyciaga muchy. PTenktory mialby pecha przetrwac kilkanascie godzin, po tym czasie miałby bogate, wielomilionowe towarzystwo zżerające go na żywca. W urwanej nodze marshalla to towrayztswo rowniez by sie pięknie wprosiło - i NIC by nie był w stanie z tym zrobić. I tak na koniec o zakonczeniu - po pierwszy - strzykawki sie nie wbija, tylko igle. Po wbiciu igly trzeba nacisnac tloczek, A w praktyce - KAŻDY lek potrzebuje czasu na to by się wchłonął i zadziałał. Doustne - okolo godziny, podskorne 30 - 40 minut, dozylne - 1 - 3 minuty, domiesniowe 10 - 15 minut. Nie mowiac juz o tym, ze koles sie zerwal, wbil lucy igle w noge i co? W tym momencie wystarczylby jeden gwaltowny ruch z jej strony - a igla sie zlamie i bedzie gowno a nie zastrzyk. A pozycja idealna do tego by zlamac igle gwaltownym ruchem pod postaia kopniaka w pysk. Nawet gdyby zdazyl jej cokolwiek wstrzyknac to i tak bylaby to niepelna dawka (czyli przytonosci nie straci) a czas zanim cokolwie zadziala wystarczyloby na tyle, zeby dziada jeszcze troche potorturowac przed likwidacja. Historyjka jest niestety po prostu dnem, przez to ze jest tak potwornie naszpikowana wselkimi nieścisłościami i zaprzeczeniami wobec działania absolutnie wszystkiego - od tego jak samochod leci ze skarpy (fizyka) przez idiotyczne decyzje (urwanie nogi - logika) po calkowite zaprzeczenie dzialaniu biologii z fizjologia ( po zaundowaniu postaciom faktycznie tego co by sie z nimi dzialo, mamy sterte trupow i stadko leśnych padlinożercow) historia zostala napisana 3 lata temu - naprawde mam nadzieje, ze wyszla jak wyszla ze wzgledu na to, ze autor to po prostu dzieciak we wczesnej podstawowce. Pisząc jakiekolwiekk opowiadanie, trzeba najpierw zadbac o to, by wszystko trzymalo się kupy i dzialalo jak nalezy (poczytac chociazby o tym jak wyglada i dziala organizm. A nawet zrobienie glupiego testu pod postacia zwiniecia z mamusi z kuchni powiedzmy - schabu (musi byc w miare porzadny kawalek) i sprobowac go rozerwac rekami, jedynie ciagnac w przeciwnych kierunkach - powodzenia ) - inaczej wychodzi żałosny gniot
Odpowiedz
Przecież te historie są nie prawdziwe.
Odpowiedz
Ale masz rację
Odpowiedz
Świetna historia ale widać że nie dość że Marshall był wariatem to i idiatą bo by stworzyć nowy gatunek nie wystarczy im pozmieniać kierunek stóp. Bo to tak jak sparować dwie osoby nie pełno sprawne bo straciły nogi czy ręce w wypadkach lub operacyjnie. I by zrobiły sobie dziecko. Ono urodziło by się normalne. Ewolucja tak nie działa :) ale historia trzyma w napięciu chodź po chyba 3 części idzie się domyślić o co chodzi i kto jest za to odpowiedzialny. Ale bardzo mi się podobało.
Odpowiedz
zajebiste kurcze pierwszy raz się tak w historię wkręciłem xDD Polecam
Odpowiedz
Zastanawia mnie.... Skąd tak chory pomysł na tą historię zrodził się w Twojej głowie?! Tak czy inaczej historia świetna i również uważam, że druga część byłaby naprawdę świetna! Lucy próbuje przeżyć, aby zemścić się na Marshallu czy coś? :)
Odpowiedz
To raczej nie miałoby sensu pierwotne instynkty nie pozwoliłyby na to :-)
Odpowiedz
Ciekawa pasta, zakończenie dobre, choć proste. Czekam na więcej dzieł Twojego autorstwa.
Odpowiedz
Świetna pasta, choć mogłaby wyjść tego druga część ;)
Odpowiedz
Super! Przykro mi, że to już koniec. Nie zastanawiałeś się kiedyś nad napisaniem książki? Imo to była (obok penpala i przeżyć ratownika górskiego) najlepsza seria na tej stronie. 10/10
Odpowiedz
Świetne! Szkoda, że to już koniec.
Odpowiedz
Historia świetna, niemniej jednak jestem trochę zawiedziona losem Lucy ;) czekam na kolejne historie :-) :-) :-)
Odpowiedz
Zaloguj się, aby dodać komentarz.

Inne od tego autora

Archiwum

Najnowsze i warte uwagi

Artykuły i recenzje