Historia

Zmiany

orzeszek 2 1 rok temu 1 494 odsłon Czas czytania: ~11 minut

Zmiany

Uwielbiałem kłaść się na trawie. Ułożyć wygodnie wśród wysokich źdźbeł jasno zielonej trawy i zapomnieć o całym świecie. Miałem swoje ulubione miejsce, niezbyt daleko od mojego domu, ale wystarczająco, by czuć się z dala od wszystkiego. Łąka po środku niczego, zielone barwy sięgające horyzontu nieważne w jakim kierunku bym spojrzał. Wszystko to skąpane w lekkich promieniach słońca, wystarczających bym czuł przyjemne ciepło na policzkach, ale nie na tyle mocnych, by było mi gorąco.

Leżałem i patrzyłem w jaskrawoniebieskie niebo, obserwując obrazy, którymi chciało mnie tego dnia uraczyć. Chmury, które przypominały wszystko co dotychczas widziałem, ślady lotu samolotów, niczym wyrysowana na niebie droga do skarbu. Skupiałem na tym całą swoją uwagę.

Ucieczka od wszystkiego.

Gdy czułem, że staje się senny zamykałem oczy i rozkładałem szerzej ramiona, czując jak palce dotykają źdźbeł. Po twarzy mknęły lekkie podmuchy chłodnego powietrza, które mieszało się z ciepłymi promieniami z góry. 

Po chwili miałem wrażenie, że unoszę się do samych chmur. To uczucie było warte wszystkiego, to właśnie na tą chwilę czekałem każdego dnia, by przez moment mieć uczucie, że jestem wśród chmur, że mogę teraz otworzyć oczy, by zobaczyć cały świat gdzieś z wysoka, szukać swojego domu wśród mozaiki kolorów. Być może dostrzec nawet kogoś znajomego.

Ale gdy otworzyłem oczy zobaczyłem coś innego. Nowy samolot tworzył ślad, ale tym razem miałem wrażenie, że jest inny niż te poprzednie. To co zostawił za sobą nie było przyjemne dla oka, wydawało się mroczne. Jakby miało zwiastować coś złego.

****************************************************************************************

- Wstajesz? Chyba wystarczająco długo już leżysz.

Głos brzmiał jakby spod wody, stłumiony, ciężki do rozpoznania. Musiałem otworzyć oczy, żeby zidentyfikować rozmówcę.

- Taaak. Ciebie też miło widzieć, Bartek.

Miał coraz gęstszy zarost, na pewno go to cieszyło. W jego sytuacji to prawie jak dar.

- Musimy iść, trzeba przygotować plecaki. Zbliża się czas wynurzenia!

Słyszałem już ten ton wiele razy, za każdym razem oznaczał, że Bartłomiej miał przed sobą zadanie którego nienawidził, ale musiał je wykonać.

- Która godzina? Niedawno się kładłem..

- Wpół do piątej, o szóstej ma być wymarsz. Doktorek mówił, że dziś prawdopodobnie doświadczymy najlepszej pogody od wielu lat.. - mimo, że wiadomość brzmiała względnie optymistycznie, usłyszałem krótkie westchnięcie. 

Doktorkami nazwaliśmy ludzi, którzy w jakiś sposób wyróżniali się inteligencją. Gdyby nie oni, już dawno pewnie byśmy tu wszyscy zginęli. Ale czy to takie złe? Mógłbym się kłócić. Mimo wszystko jednak to oni informowali nas o tym co może dziać się na świecie, dawali wskazówki do wyjść, do stanu pogody. Trzeba przyznać, że jeśli jednak komuś zależało na przeżyciu, to tacy jak oni byli na wagę złota. 

- No to trzeba się sprężyć.. Ilu wychodzi? 

- Razem z nami? To będzie jakichś... - zaczął karykaturalnie wyliczać na palcach, co mogło oznaczać tylko jedno - ..dwóch! - krzyknął, ale było to bardziej smutne podsumowanie naszej sytuacji, niż złość czy śmiech. 

- Znowu? Nawet w takich warunkach? Jest, aż tak źle? 

- Nawet jeśli tak jest, to nam nie powiedzą. Po prostu nas dwóch, przyniesiemy tyle ile damy radę. - wypowiedział to niemal obojętnie, jakby już na niczym mu nie zależało. 

Zobaczyłem jak odwraca się i rusza do przedsionka wyjścia, by zacząć przygotowywać swój plecak. Powinienem zrobić to samo.

****************************************************************************************

Samolot stawał się coraz głośniejszy. Jeszcze niedawno nie byłem w stanie go nawet usłyszeć, ale teraz słyszałem tylko jego silnik. Byłem zbyt młody, by zadać sobie pytanie czy to normalne, że leci tak nisko. Wyglądał dla mnie jak każdy poprzedni, które miałem okazję oglądać, jedynie ta ciemna smuga.. 

Dźwięk był zbyt głośny, bym znowu mógł oddać się w objęcia natury, więc postanowiłem wrócić do domu. Droga nie była, ani długa, ani ciężka. Kilkaset metrów przez łąkę pełną motyli i wszelakich kwiatów, by potem pokonać jeszcze krótki odcinek lasu dzielący mnie od domowego podwórka. Gdy wreszcie pokonałem trasę i zamknąłem za sobą furtkę od podwórka, odmachałem wreszcie mojej mamie na powitanie. Mniej więcej wtedy stało się coś czego jeszcze przez wiele lat później nie byłem w stanie zrozumieć. 

Z początku miałem wrażenie, że ktoś zapalił na niebie jasną żarówkę. Wszystko się rozświetliło, jaskrawy kolor rozniósł się po całym nieboskłonie. Choć wiem, że większość tych wspomnień różni się od rzeczywistości przez wzgląd na to jak byłem młody, to pamiętam, że wszystkie drzewa wokół zaczęły "krzyczeć" . Ich szum był wszechobecny, wszystkie się ruszały, jakby w dzikim tańcu, albo ogromnej panice. Zdążyłem jeszcze skierować wzrok na przerażoną mamę, która pokonała już większą odległość dzielącą nas, gdy przestrzeń wokół wypełnił druzgocący dźwięk. 

Wybuch.

Nigdy czegoś takiego nie doświadczyłem, miałem wrażenie, że to wszystko dzieje się tuż obok mnie. Moja mama miała otwarte usta, na pewno krzyczała, ale w moich uszach słychać było tylko ogromny huk, który jakby rozrywał naszą rzeczywistość.

Tak wyglądał koniec wszystkiego.

****************************************************************************************

Dźwięk zamykanych za nami drzwi z pewnością ostrzegł wszystkie pobliskie zwierzęta, by jak najszybciej się oddaliły. Bestie natomiast - by sprawdziły nowe danie, które właśnie pojawiło się w ich menu. Świat zmienił się nie do poznania. Za każdym razem gdy wychodziłem na zewnątrz nie mogłem uniknąć szoku, gdy moje oczy dostrzegały nową rzeczywistość. 

Zieleń. 

Choć mogłoby się wydawać, że skoro ludzie zeszli praktycznie całkowicie z powierzchni ziemi to natura powinna przejąć władzę. Nic podobnego się nie stało, nie było widać gęstych traw rosnących w każdym miejscu, gdzie udało się pokonać ludzkie ograniczenia. Zwierzęta, mimo tego, że w większej ilości, nie były wcale egzotyczne. Mnóstwo głodnych psów, wystraszonych królików czy zdezorientowanych saren. To zdarzało mi się widzieć, ale nic ponad to. Na próżno było szukać gatunków, które dotychczas mogłem widzieć jedynie w zoo. Być może zginęły, być może żyły gdzie indziej,ale najprawdopodobniej stały się bestiami. 

Widziałem je. Dwa, może trzy razy. Ale tylko raz będąc na powierzchni. Wróciłem wtedy tylko ja i Andrzej, mimo, że wyruszyliśmy w ośmioosobowej grupie. Wbrew pozorom te stworzenia nie wyglądały jak jakieś potwory przeniesione z kartek najgorszych horrorów. To były niegdyś zwyczajne zwierzęta, które przez ludzką głupotę przeszły nieodwracalne zmiany. W dużym stopniu fizyczne, ale łatwo można się domyślić, że te największe zaszły w ich psychice. 

Napotkaliśmy wtedy coś co przypominało konia. Budowa ciała od razu mi to zasugerowała, lecz zachowanie całkowicie temu przeczyło. Nie bał się nas, nie uciekał, miał inne plany. W momencie gdy ruszył w naszym kierunku automatycznie zacząłem biec. Moje ciało zadecydowało za mnie. Biegłem najszybciej jak mogłem, słysząc z tyłu krzyki i przekleństwa. Najgorsze było słyszeć jak taki krzyk zamierał w trakcie. Miałem doskonałą świadomość co to oznaczało. 

Śmierć mogła przyjść na każdy możliwy sposób, niezależnie od wszystkiego. Nie sposób było się przed nią zabezpieczyć.

****************************************************************************************

Czułem na sobie, że dzień stał się cieplejszy. Mój tata miał mnie w ramionach, obok biegła mama. Próbowałem coś zobaczyć, może nawet przyczynę tego wszystkiego, ale nie byłem w stanie. Czułem coraz większe ciepło, moim ciałem trzęsło przy każdym kroku ojca. Pamiętam, że w głowie pojawiło mi się niesamowicie głupie pytanie. Głupie z mojej obecnej perspektywy, wtedy nie miałem jeszcze pojęcia, że świat się skończył, więc to było dla mnie logicznym problemem. Zastanawiałem się co z moimi zabawkami, które zakopałem w piaskownicy. Przeraziłem się myślą, że zapomnę w którym miejscu dokładnie są ukryte i już nigdy ich nie znajdę. 

W jednym miałem rację, już ich nie znalazłem.

****************************************************************************************

Bartek miał mniej szczęścia niż ja, gdy to wszystko się stało. Moi rodzice udali się do miejscowego dziwaka, który miał coś na wzór schronu w razie gdyby miała nadejść biblijna apokalipsa. Apokalipsa przyszła faktycznie, tyle, że zgotowana przez ludzi, co nie zmieniało faktu, że tylko dzięki temu zwariowanemu człowiekowi udało się nam przeżyć. 

Bartek natomiast.. Był wtedy sam, mówił, że poszedł do lasu, żeby znaleźć miejsce na domek. W momencie gdy usłyszał wybuch był bardzo głęboko w leśnej puszczy, nie miał szans schronić się na czas. Nie lubił wchodzić w szczegóły podczas opowieści, jednak po krótce objaśniał, że próbował dostać się do własnego domu, bo tam byli jego rodzice. Podobno falę żaru poczuł dopiero na kilkanaście metrów od posiadłości jego rodziców, tak blisko schronienia. W jednej chwili widział opiekunów, a w drugiej nie mógł otworzyć oczu z powodu gorąca, które objęło najpierw jego twarz, a potem całe ciało. Jego mama wrzuciła go do domowej piwnicy z mokrymi ubraniami owiniętymi wokół twarzy, gdzie czekał już na niego ojciec. Sama nie próbowała się nawet ratować, musiała wiedzieć, że czeka ją albo długa i bolesna śmierć przez oparzenia w piwnicy, lub dużo szybsza na powierzchni. Obaj z Bartłomiejem zawsze będziemy uważać, że podjęła dobrą decyzję.

- Nie uważasz, że to bez sensu?

- Co takiego? Wyprawa?

- Nie, głąbie. Nasze życie, ten cały świat.. Żyjemy jak jakieś szczury. - Z głosu Bartka poznałem, że mówi całkowicie poważnie. Odwróciłem się do niego i przez ułamek sekundy pod wielkim kapturem zauważyłem, że po policzkach spływają mu łzy. Nie poruszyłem jednak tej kwestii, uznałem, że to nie byłoby mądre. Nic by nawet nie wniosło, lub po prostu tak sobie usprawiedliwiałem moje znieczulenie.

- Życie jest jakie jest, radzimy sobie. Żyjemy. Udało się nam zaadaptować, to ogromny sukces, nie uważasz?

- Zaadaptować?! Tak to teraz, kurwa, nazywacie? Jesteśmy w potrzasku, bez cienia szansy na lepsze życie. Zgodziliśmy się na gnicie pod ziemią, a teraz określamy to jeszcze jako ZAADAPTOWANIE? - Podkreślił ostatnie słowo wyraźnie dając mi do zrozumienia, jak głupio w jego głowie musiałem zabrzmieć.

- I co zrobisz? Możesz umrzeć, albo spróbować żyć i może.. może doczekać lepszych dni. Nikt nie mówi, że nadejdą, ale nikt też nie powie, że na pewno nie ma na nie szans. Rozumiesz co masz na myśli? Żyjemy marzeniem i nadzieją. - Nie sądziłem, że stać mnie na takie refleksyjne podejście. Nigdy nie prowadziłem z nim rozmowy na tak poważny temat, co sprawiało, że czułem się nieswojo. Próbowałem dobrać każde słowo najlepiej jak umiałem, ale nie sądzę by to mi się tak naprawdę udało. Właściwie, nie sądzę, żeby była jakakolwiek szansa na to, by się wtedy udało.

- Idę w krzaki. Krzycz gdyby coś się działo. - Jego nagła zmiana tematu, do tego wypowiedziana jakbyśmy przed chwilą rozmawiali o przepisie na ciasto, a nie o sensie istnienia zbiła mnie całkowicie z tropu. Szybko jednak pozostawiłem to za sobą uznając, że ludzkie potrzeby ważniejsze są niż filozoficzne rozmowy.

Cała ta rozmowa sprawiła, że nawet nie pomyślałem, że może mi grozić cokolwiek poza wszechobecną ciszą. Rozejrzałem się wokół siebie. Tych terenów jeszcze nigdy nie odwiedziliśmy w poszukiwaniu zapasów. Z prawej strony znajdowały się rzadkie zarośla i krzewy, których nie mogłem dokładnie zidentyfikować, ale domyślałem się nie są to jakieś niesamowite powybuchowe gatunki, a zwykłe oschłe krzaki. Mniej więcej tam udał się mój towarzysz ekspedycji.

Gdyby spojrzeć w przeciwległą stronę można by było dostrzec coś na pozór szopy, dosyć małej, ale wystarczającej by mógł w środku schronić się człowiek, któremu doskwierał skwar, który musiał panować tu w lecie. Zrozumiałem, że znajdujemy się na terenie niegdysiejszego ogrodu, lub czegoś na wzór małego pola.

Poczułem na policzkach, że wiatr przybrał na sile, uderzał mnie prosto w twarz. Mimo, że uczucie wcale nie było niemiłe, wolałem odwrócić się do niego tyłem, pamiętając o słowach doktorków, które ostrzegały przed nim. Mimo, że jest niewidzialny, niesie ze sobą najgorszą możliwą śmierć, jeśli zbyt długo być na powierzchni. To ostrzeżenie miałem zawsze w pamięci. Obraz przez moment wirował, gdy szybkim ruchem obróciłem się o sto osiemdziesiąt stopni. Wtedy właśnie dojrzałem, że za moimi plecami pewnie już od kilku minut skradał się do mnie tygrys. "No proszę,a jednak widzę zwierzę z zoo". Ta jedna myśl przemknęła mi przez zdziwiony umysł, gdy bestia rzuciła się do mnie w trzech szybkich ruchach. Był cały w bliznach i ranach. Nie wiem, które zadały inne zwierzęta, a które wybuch, ale na pewno przeszedł wiele. Wyskoczył z tylnych łap za cel obierając sobie moją krtań. Ujrzałem wszystko jakby w zwolnionym tempie. Szpony przednich kończyn wydawały mi się karykaturalnie ogromne, wyciągnął je przed siebie, by jak najsprawniej mnie zabić.

Nie przewidział jednak, że zamiast próbować uciec przed nim , ruszę w jego stronę.

Impet uderzenia jego ciała wyrwał mi z piersi oddech, przez parę sekund nie mogłem złapać nawet najmniejszego oddechu. Czułem, że stwór dochodzi już do siebie po chwilowym szoku, by znowu zaatakować. Tym razem jednak nie mogłem już nic zrobić. Ciało walczyło o haust powietrza, a ja obserwowałem jak ogromne cielsko zbliża się do mnie od prawego boku.

- Nie! Trzymaj się! Pomogę Ci! - Głos Bartka dobiegał gdzieś zza mojej głowy, nie mogłem go dostrzec, nawet nie chciałem. Choć na pewno chciał mi bardzo pomóc, to obaj wiedzieliśmy, że jedyne co może zrobić, to spróbować uciec i uratować chociaż siebie. No dalej, ucieknij jak najdalej i jak najszybciej. Zatrzymam go przy sobie. Gdybym tylko mógł nabrać powietrza, właśnie to bym wykrzyczał. Ale nie mogłem, musiał wystarczyć mój wrzask w głowie, tym trzeba było się zadowolić.

Gdy szpony bestii wbiły się w mój prawy bok udało mi się wreszcie zaczerpnąć ogromny wdech. Poczułem przy tym palący ból w żebrach, domyśliłem się, że są co najmniej naruszone. Byłem prawie pewny, że ten stan za moment ulegnie zmianie, gdy tylko przerośnięty kocur zacznie się mną bawić. Moim ciałem targnęło mocne szarpnięcie, potem następne. Miałem wrażenie, że coś straciłem, nie byłem jednak w stanie określić co. Być może fragment skóry, może ciała. Bałem się spojrzeć, mówiąc szczerze nie dałbym nawet rady. Moją głową rzucało na boki, gdy kolejne szarpnięcia dotykały ciała. Zamknąłem oczy, by nie czuć nudności od ciągle trzęsącego się obrazu. Chwilę potem odbiegł ode mnie i ruszył w innym kierunku.

Uciekaj, Bartek. Musisz dać radę, proszę.

Leżałem kilka minut, może godzin. A może nie minęło nawet dziesięć sekund, to było niemożliwe do określenia. Powoli otworzyłem oczy, by dostrzec błękitne piękne niebo nad sobą. Spróbowałem przesunąć dłońmi po podłożu, ale zareagowała tylko jedna. Poczułem trawę, twardą, suchą i zniszczoną, ale w głowie wyobraziłem ją sobie jako wysokie zielone, miękkie źdźbła. Każdemu oddechowi towarzyszył palący ból w płucach, więc postanowiłem je ograniczyć. Oczy stały się lekko zmęczone, nie było sensu bym je męczył trzymając je otwarte.

Znowu leżałem w trawie. Ciepło roznosiło się po moim ciele, wiatr kołysał wszystkim wokół sprawiając, że natura zaczęła grać swój szeleszczący koncert. Za moment poczuję jak się unoszę w górę, będę mógł się całkowicie odprężyć, może nawet usnąć. Nie chciałem już otwierać oczu, potrzebny był mi ten sen.

Tym razem nic mnie z niego nie wybudzi.

Oznacz jako: przeczytane ulubione chcę przeczytać

Komentarze

Ja myślałam ze to początek drugiej wojny światowej a te bestie to hitlerowcy a ten tygrys to gestapowiec który go złapał na czymś i go zakatowal
Odpowiedz
Ciekawy koniec, lecz wytłumaczy ktoś głębszy sens tego opowiadania? Świat post apo, był z kolegą na poszukiwaniach, i wtedy zabiło go zwierzę, czy mamy tu coś "głębszego"?
Odpowiedz
Zaloguj się, aby dodać komentarz.

Inne od tego autora

Archiwum

Najnowsze i warte uwagi

Artykuły i recenzje