Historia

Panna młoda w trumnie

tinq 8 10 lat temu 13 542 odsłon Czas czytania: ~12 minut

W końcu! Udało się! Kupiliśmy dom. Zaniedbany, stary, ale miał w sobie jakiś urok. Oczami wyobraźni widziałam śliczną werandę pełną kwiatów. Wystarczyło tylko trochę chęci, by zrobić z tego domu prawdziwe cacko. Piękny ogród, nieco zarośnięty. Od razu zabrałam się za pracę. Kosiłam trawę, sadziłam nowe kwiaty. Pomagałam Jamesowi w budowaniu drewnianej huśtawki. Spałam po 5h na dobę. Osiem godzin spędzałam w pracy. Korporacja - chcą wycisnąć cię do ostatniej kropli. Padałam ze zmęczenia, ale wracając na działkę z moim wymarzonym domem, pracowałam ze zdwojoną siłą. Byłam szczęśliwa.

Minęły 3 miesiące. Dom wyglądał coraz lepiej. Weranda była dokładnie taka, jak sobie wymarzyłam. Drewniana pergola, którą oplatała dzika róża. Stoliczek, przy którym można wypić poranną kawę i dwa bujane fotele. Postanowiliśmy wynająć nasze mieszkanie w kamienicy i przeprowadzić się. Pierwszej nocy nie mogłam zasnąć. Nie byłam przyzwyczajona do takiej ciszy. Miasto tętni życiem, nawet w nocy słychać warkot silników, śmiech przechodzących ludzi. Tutaj cisza jak makiem zasiał. Jak to w starym domu bywa, słyszałam różne dźwięki. Skrzypienie, stukanie... Dom nie należał do najmłodszych, więc wcale mnie to nie zdziwiło.

- Cóż, będzie trzeba się do tego przywyknąć - pomyślałam.

Parter oraz piętro zostały generalnie wyremontowane. Długo nam zajęło doprowadzenie tego domu do stanu używalności. Strych prosił się o odświeżenie, ale brakło nam funduszy. Stwierdziłam, że przecież nie będziemy tam spędzać czasu. Można z tym poczekać

-James, trzeba będzie to odłożyć na przyszły rok! - powiedziałam do męża.

Zgodził się niechętnie. Wiedziałam, że chciał, aby wszystko było dopięte na ostatni guzik.

Mieszkało nam się wspaniale. Ciągle kupowałam nowe bibeloty do domu. Filiżanki, ramki do zdjęć, starą zastawę obiadową. Uwielbiam tego typu gadżety. Po jakichś 2 miesiącach od przeprowadzki zaczęły się dziać nieco dziwne rzeczy. Najczęściej wieczorami słychać było dźwięki dochodzące ze strychu. Razem z mężem staraliśmy się to ignorować. Byliśmy tak zaabsorbowani nowym domem,że nie przeszkadzało nam to wcale. Któregoś razu zostałam sama w domu. James musiał jechać w delegację na kilka dni. Wychodząc z łazienki, zobaczyłam kątem oka jakąś białą postać stojącą na schodach. Trwało to sekundę. Wzdrygnęłam się. Może mi się wydawało? Obejrzałam się za siebie. Nic tam nie było!

-Jestem przemęczona, cholera, przez ten remont mam omamy -pomyślałam, idąc na górę.

Położyłam się do łóżka. Postanowiłam poczytać. Usypiałam już prawie nad książką, gdy nagle... usłyszałam huk. Wystraszyłam się. Zadzwoniłam do James'a, ale nie odbierał. Nigdy nie ma go, kiedy jest potrzebny! Bałam się sprawdzić, co się stało. Zmęczona i zła zasnęłam płytkim, przerywanym snem. Przetrwałam jakoś te kilka dni bez męża. Dzięki Bogu nic już się nie wydarzyło.

James wrócił. Całe szczęście. Czułam się nieswojo będąc sama w domu.

Mimo wszystko postanowiłam opowiedzieć mu o tym, co widziałam. Sądziłam,że James weźmie na poważnie moje słowa i obawy.

-Rose, jesteś przemęczona. Weź urlop, wyśpij się - usłyszałam.

No tak, czego innego mogłam się spodziewać. James nie wierzył w takie rzeczy, ja zresztą też. Do czasu...

Postanowiłam poszperać w internecie. Nic niestety nie znalazłam.

Była sobota. Siedzieliśmy przed TV, piliśmy wino, oglądając jakiś horror. Nagle zrobiło się zimno. Zamknęłam okiennice, zasłoniłam rolety i wróciłam na kanapę. James miał dziwną minę. Zapytałam, co się stało.

-Widziałem coś! Tam przy schodach. Jak poszłaś zamknąć okno - usłyszałam.

To już przestawało być zabawne. Odechciało nam się romantycznego wieczoru, poszliśmy spać, nawet nie zaglądając do łazienki w celu wzięcia prysznica. Nikt tego nie powiedział głośno, ale oboje byliśmy przerażeni. Zasypiając, James stwierdził,że chyba mu się coś przewidziało. Zgonił to na nadmiar alkoholu, który wypiliśmy tego wieczoru. Też chciałam w to wierzyć. Z taką myślą zasnęłam...

W ciągu kilku następnych tygodni nic się nie wydarzyło. James dostał premię, mieliśmy jechać na urlop, ale dach przeciekał.

-Siła wyższa, trzeba zrobić remont - pomyślałam.

Niestety remont się nie odbył. James spadł ze schodów i złamał sobie nogę. Sama nie potrafiłabym ogarnąć tego wszystkiego. Odłożyliśmy to na później. Wzięłam urlop. Nie czułam się najlepiej. Miałam mdłości, mało jadłam. Po 3 dniach postanowiłam pójść do lekarza. Mój organizm szwankował. Bałam się, że to coś poważnego, bo nigdy tak źle się nie czułam.

-Jest Pani w 5 tygodniu ciąży! - usłyszałam od lekarza.

Ucieszyłam się. Ciekawe, co powie James. Nie planowaliśmy tego, ale zegar biologiczny tyka. Mam 31 lat. Najwyższy czas na dziecko!

Wracając do domu, kupiłam małe buciki. Zostawiłam je w kuchni. Postanowiłam, że powiem dzisiaj Jamesowi o ciąży. Spał w najlepsze przed TV.

Zrobiłam dobrą kolację, starając się go nie obudzić. Kiedy wstał, posiłek już czekał na stole. Kazałam mu usiąść i poszłam do kuchni po małe buciki.

Nie było ich! Zniknęły! Na pewno je tu zostawiłam!

-Cholera, gdzie są te buty? - pomyślałam.

Wściekłam się, ktoś sobie robi ze mnie żarty! Powiedziałam Jamesowi o ciąży. Rozpłakałam się. Przytulił mnie i powiedział,że nieważne są jakieś buciki. Ważne, abym teraz dbała o siebie i dziecko. Zjedliśmy kolację i poszliśmy spać zmęczeni nadmiarem wrażeń z dnia dzisiejszego. Obudziłam się wcześnie. Nie mogłam już zasnąć, zeszłam na dół. Zrobiłam śniadanie. Wyszłam przed dom. Był piękny dzień. Świeciło słońce. Postanowiłam, że zjemy za zewnątrz. Zaniosłam tacę z posiłkiem i obudziłam męża. Zjedliśmy posiłek. Nie chciałam zostawać znowu sama. Niestety James musiał jechać do pracy.

-Uważaj na siebie i maleństwo. Kocham Cię. Do zobaczenia wieczorem - usłyszałam.

Postanowiłam tego dnia zrobić drobne porządki. Poszłam na strych. Pełno pajęczyny. Zabrudzone okna i zżółkłe firanki, które w nich wisiały. Stare meble przykryte białymi prześcieradłami. Znalazłam kilka ciekawych bibelotów. Postanowiłam je zabrać na dół, doprowadzić do porządku i postawić gdzieś w salonie. Natknęłam się na jakieś pudła. Przejrzałam pierwsze z wierzchu. Znalazłam w nich stare ubrania. Same suknie z bufiastymi rękawami. Kolorowe kapelusze i stare buty. Wszystko jak z poprzedniej epoki.

-Trzeba będzie z tym zrobić porządek - postanowiłam.

I udałam się do wyjścia. Doszłam do drzwi, ale coś usłyszałam. Jakby cichy szept.

-Pooo... Poooommmmóóóóżżżż! Pomóż mi! Tu jestem!

Odwróciłam się gwałtownie, ale nikogo tam nie było! Cholera, oszaleje tutaj. Nie mogę się denerwować. Jestem w ciąży, to szkodzi dziecku. Wyszłam stamtąd, a właściwie wybiegłam. Chciałam jak najszybciej znaleźć się na dole. Tam chociaż było bezpiecznie. Radio cicho grało w kuchni. TV był włączony. Nie słyszałam jakichś dziwnych odgłosów. Biegnąc na dół, poślizgnęłam się na schodach. Spadłam z nich, tocząc się jak marionetka. Cholerne schody! Poczułam ból w plecach. Nie dałam rady wstać. Chyba się nieźle potłukłam. Zrobiło mi się niedobrze. To chyba przez to uderzenie w głowę. Spojrzałam na swoje nogi. Między udami zobaczyłam plamę krwi, która z minuty na minutę robiła się coraz większa.

-Boże, moje dziecko! Co robić,co robić?

Telefon! Wstałam i resztkami sił wybrałam numer pogotowia... Zwymiotowałam, widząc ślady krwi, które zostawiłam za sobą. Chyba zemdlałam.

-Słyszy mnie Pani? Pani Rose?

Obudziłam się. Stała nade mną gruba pielęgniarka. Promienie słońca wpadały przez częściowo zasłonięte okno. Chyba jestem w szpitalu. Przez chwilę nie mogłam sobie nic przypomnieć. Przyszedł lekarz, stary, z co najmniej tygodniowym zarostem i brudnym kitlem, jakby nie prał go od miesięcy. Nie wzbudzał zaufania. Odwróciłam głowę w stronę ściany. Wiedziałam, co powie.

-Pani Willson, niestety... Nie udało się uratować dziecka. Ale proszę się nie martwić, to tylko zarodek. Będzie dobrze - usłyszałam.

I wyszedł. Pielęgniarka spojrzała na mnie ze współczuciem.

-To skurwiel, a nie lekarz. Sukinsyn bez serca! -pomyślałam wściekła.

Właśnie straciłam dziecko, a on śmie mi wmawiać, że to tylko zarodek? Przyjechał James. Nie chciałam na niego nawet patrzeć! Gdyby nie złamał nogi, gdyby odbył się remont, nie poszłabym na ten pieprzony strych! To jego wina. Wszystko jego wina!

Po 2 dniach wypuścili mnie do domu. Czułam się okropnie. Ciągle leżałam w łóżku i płakałam. Nic nie jadłam. Nie miałam ochoty nawet na to, żeby się umyć. Zwolniłam się z pracy. Nie chciałam patrzeć na współczujące spojrzenia koleżanek. James za to siedział w niej dłużej niż zwykle. Dochodziła 22:00, a jego nadal nie było! Położyłam się spać. Znowu te dźwięki. Wyszłam na korytarz. Chciałam iść do kuchni po coś do picia. Nagle zgasło światło. Odwróciłam się, by je zapalić. Nie mogłam znaleźć włącznika. Spojrzałam w tył. Przeraziłam się! Stała za mną jakaś postać w długiej białej sukni!Na pewno mi się coś przewidziało. Ale nie! To coś stało ciągle z tyłu. Widziałam tylko zarys tego czegoś i ciemne długie włosy opadające na ramiona. Zrobiło mi się słabo. To coś zaczęło iść. Kierowało się na strych. Nagle światło się włączyło! Postać zniknęła. Bałam się jak nigdy! Wybiegłam szybko z domu, pędząc ile sił w nogach. Nie wiedziałam, co ze sobą zrobić. Mogłam wrócić po telefon, zadzwonić do męża, ale strach przezwyciężył. Postanowiłam, że więcej nie wrócę do tego przeklętego domu, dopóki nie wróci James. Usiadłam przy bramie i czekałam...

Obudziłam się na trawie. Chyba zasnęłam. Jamesa nie było. Było już widno, więc postanowiłam pójść do domu, chociażby po to, żeby się przebrać. Zjadłam coś na szybko i wyszłam do ogrodu. Bałam się siedzieć w tym domu sama. Wrócił James. Byłam na niego zła. Zostawił mnie samą,a ja potrzebuje teraz tego, żeby był ze mną. Pocieszył, przytulił... Przytłacza mnie świadomość tego, że

straciłam dziecko, do tego jeszcze te okropne zwidy. Boje się, że zwariowałam.

-Gdzie kurwa byłeś tyle czasu? - zapytałam wściekła.

-W pracy, jestem zawalony robotą. Szef kazał mi dłużej zostać. Zdrzemnąłem się w biurze - odpowiedział.

-Oczywiście, ciągle zostawiasz mnie samą! Boisz się być w tym domu czy może masz kochankę? - zapytałam.

-Nie mam kochanki! Ale naprawdę musiałem pracować, żebyś miała za co żyć! - oznajmił.

No tak... Zrezygnowałam z pracy, bo nie daję rady. Przerasta mnie to, co się stało .Moje dziecko... Do tego ta sytuacja w domu... On tego chyba nie rozumie. Usłyszawszy jego wymówkę, doszłam do wniosku, że nie mam co na niego liczyć. Wybrałam się na spacer. Idąc tak, wpadłam na pomysł! Postanowiłam odwiedzić księdza. On na pewno będzie coś wiedział o naszym domu. Otworzyłam furtkę. Moim oczom ukazał się piękny, zadbany ogród.

-Niech będzie pochwalony, co Cię do mnie sprowadza, niewiasto? - usłyszałam.

Opowiedziałam mu o sytuacji w moim domu. O białej zjawie, o upadku ze schodów. O dziwnych dźwiękach.

-Pani kochana, ja tu dopiero drugi rok jestem w parafii. Nic mi nie wiadomo. Może poprzedni ksiądz by coś wiedział... ale on już nie żyje. Zmarł na raka -odpowiedział.

Pożegnałam się i poszłam. Postanowiłam popytać miejscowych. Nikt nic nie wiedział! To było do przewidzenia. Kiedy wracałam do domu, zaczepił mnie jakiś człowiek. Wyglądał na pijaka. Wystraszyłam się go.

-Dzieeeeeń doooobrrrry - zabełkotał.

-Dzień dobry - odpowiedziałam.

-Jak się mieszka w Domu Weselnym?

-W jakim domu Weselnym?! Co on do cholery bredzi? Pewnie za dużo wypił - pomyślałam.

Mimo to, postanowiłam się go wypytać o nieco więcej szczegółów.

-O czym Pan mówi? - zapytałam.

-Słyszałem to i owo. Ale takie informacje nie są za darmo, kochana! - powiedział.

Dałam mu pieniądze, które znalazłam w kieszeni jeansów. Uśmiechnął się z zadowoleniem, pokazując szereg żółtych zębów, a raczej pozostałości po nich.

-Mieszkał tam kiedyś bardzo bogaty człowiek. Miał piękną córkę, którą postanowił wydać za mąż. Odbyło się huczne wesele. Goście bawili się do białego rana. Niestety kiedy zaczęło świtać, okazało się, że panna młoda zniknęła. Tyle wiem - powiedział i odszedł.

Nic się nie dowiedziałam. To, że ktoś mieszkał w tym domu przed nami, było wiadome. Dom jest stary, do tego te pudła, które znalazłam na strychu. Wróciłam do domu. Powiedziałam Jamesowi o tym, co usłyszałam od tego pijaczka.

-Oszalałaś kobieto przez to poronienie! Chciałaś mieć dom, a teraz szukasz dziury w całym! - wykrzyczał.

Zrobiło mi się przykro, bo sam widział tą postać. Ale dla niego to był tylko zwid. Stwierdził,że za dużo wtedy wypiliśmy. Sama sobie też to próbowałam tłumaczyć w ten sposób. Ale ile czasu do cholery mam oszukiwać samą siebie? Wiem, co widziałam...

Siedząc wieczorem przed TV, otworzyłam wino. Znowu byłam sama. James jeszcze nie wrócił z pracy. Poszłam na górę. Jakaś dziwna siła ciągnęła mnie w stronę strychu. Bałam się jak cholera, ale wino dodało mi odwagi. Otworzyłam skrzypiące drzwi. Zaczęłam opróżniać wszystkie pudła, jakie miałam pod ręką. Nagle mym oczom ukazała się ścianka działowa, której nie było widać. Pudła stojące jedno na drugim dokładnie ją zasłaniały. Znalazłam buciki, które kupiłam, kiedy dowiedziałam się o ciąży. Skąd tu do diabła się wzięły?! Weszłam dalej. Poczułam smród. Okropny! Przypominał zapach zgnilizny. Zapach śmierci. Tuż za ścianą ujrzałam kufer.

Duży. Wyglądał jak trumna. Postanowiłam go otworzyć. Szarpałam za wieko dobre 20min. Za nic nie chciało ustąpić. Ciekawość mnie zżerała, ale niestety musiałam dać sobie spokój. Sama nie dam rady. Postanowiłam poczekać na męża. On sobie z tym poradzi bez problemu. Zeszłam na dół i położyłam się w salonie na kanapie. Zastanawiałam się, co może być w tym kufrze? Może jakieś złoto albo inne skarby? Zasnęłam z taką myślą. Rano wrócił James. Zmusiłam go, by poszedł ze mną na strych.

-Co to jest do jasnej cholery Rose? - zapytał.

-Nie wiem, James. Otwórz. Może znajdziemy tam coś ciekawego- odpowiedziałam.

Po godzinie James stwierdził, że nie da rady. Poza tym ten odór. Śmierdziało okropnie.

-Zaraz puszczę pawia - usłyszałam.

Po czym James wybiegł na dół. Usłyszałam,że wymiotuje.

-No nie! Jeszcze tego brakowało, bym musiała sama to otwierać! - pomyślałam zła.

Podeszłam do kufra. Poczułam,że klapa jest naruszona. Zaczęłam nią szarpać. Wieko puściło. Podekscytowana otworzyłam powoli kufer. Zobaczyłam kawałek białego materiału. Suknia ślubna i welon! Odsunęłam go delikatnie. Moim oczom ukazała się twarz kobiety, wyglądała jak mumia. Sucha skóra naciągnięta na kości policzkowe. Puste oczodoły i ten niemiłosierny smród. Do tego grymas rozpaczy na twarzy,a raczej pozostałości po niej. Na wieku od kufra zobaczyłam ślady.

Wyglądało to tak, jakby ta kobieta z uporem maniaka drapała w drewniane zamknięcie.

Jej ręce były wygięte w nienaturalny sposób. Paznokcie połamane. Pod welonem znalazłam garść włosów. Musiała je sobie wyrwać. Nie wytrzymałam. Wybiegłam stamtąd krzycząc jak opętana.

-Jak to państwo nie wiedzą, skąd to się tu wzięło? - zapytał policjant.

Nie byłam w stanie wykrztusić słowa. James też nie. Siedział na trawie i miał minę jakby chciał zwymiotować. Faceci zawsze są bardziej wrażliwi na takie widoki.

Spojrzałam za furtkę, stał tam ten pijaczek, któremu dałam pieniądze za jakieś info. Zawołałam go. Wszedł niechętnie na podwórko.

-Proszę pana, ma pan coś do powiedzenia w tej sprawie? - krzyknął policjant.

-Paaanie władzo! Mam i powiem! Mieszkał tu kiedyś bogaty człowiek... - zaczął.

-Tak, kurwa, wiem, że mieszkał, ale do rzeczy! - nakrzyczałam na niego.

Byłam zła. Wręcz wściekła. Nastawiłam się na to, że znajdę jakiś skarb. A tam zwłoki. Do tego ciągle miałam przed oczami ten okropny widok.

-Jego córka wyszła za mąż - zaczął opowiadać pijak. -W trakcie wesela goście się spili. Postanowili pobawić się w chowanego. Nigdzie nie mogli znaleźć

panny młodej. Szukali w domu, w ogrodzie. Nigdzie jej nie było. Rodzina doszła do wniosku, że uciekła z kochankiem.

Powoli zaczęło do mnie wszystko docierać. Nie powiedziałam tego głośno.

Kiedy policja skończyła przeszukiwania, poszłam do sąsiadki. Że też od razu na to nie wpadłam.

Starsza kobieta miała z 90 lat, ale była sprawna. Zapytałam ją, co tu się wydarzyło.

-Kochanieńka, to było jakieś 80 lat temu. Było wesele. Panna młoda postanowiła w trakcie zabawy schować się w kufrze na strychu. Nie wiedziała ,że nikt tam jej nie znajdzie. Zamykając wieko, utknęła tam na zawsze. Prawdopodobnie się udusiła.

Nikt nie słyszał jej błagania o pomoc. Rodzina wolała przyjąć wersje o ucieczce, niż szukać zaginionej.

-Skąd pani o tym wie? - zapytałam.

-A, no wiem! Byłam na tym weselu. Wiedziałam, że za pudłami jest ściana działowa, za którą można się schować. Byłam dzieckiem. Powiedziałam o tym rodzicom po weselu, ale mnie wyśmiali. Wszystko ucichło. Ojciec wyrzekł się córki i temat został zamknięty. Kiedyś ludzie nie robili takiego rabanu o to, że ktoś zaginął. Szeptali między sobą, że tylko dziwka zostawia męża w dzień ślubu! Uwierzyłam w to, że coś mi się wydawało. A może chciałam wierzyć. Teraz już stara jestem. Zapomniałam o tej sytuacji, aż do dzisiaj -powiedziała.

Dwa dni po tym postanowiliśmy pogrzebać zwłoki Elizabeth na miejscowym cmentarzu. Od tego czasu wszystko się uspokoiło. Wczoraj byłam u ginekologa. Jestem w ciąży!Ósmy tydzień. James mnie przeprosił za to, że mi nie wierzył. Mimo wszystko

postanowiliśmy sprzedać ten dom. Dalej czuję lęk, wchodząc na strych...

Oznacz jako: przeczytane ulubione chcę przeczytać

Komentarze

dobre ;)
Odpowiedz
Dobra fabuła, propsy za nią. Końcówka zniszczona totalnie :/
Odpowiedz
Kurde! Genialne! :D
Odpowiedz
i tylko te puste oczodoły, śnią się puste oczodoły...
Odpowiedz
Historię panny młodej znałam, ale w króciutkiej wersji - cieszę się, że ktoś zrobił z niej ładne opowiadanie ;)
Odpowiedz
Było w jakimś odcinku nie było to śmierć na 1000 sposobów ale coś w typie zagadkowe zgony o pannie młodej która się zamkneła w trumnie i została tam na zawsze.A i nie udusiła się tylko umarła z głodu i pragnienia.
Odpowiedz
Chyba szybciej sie udusila niz umarla z glodu i pragnienia.Ile moze byc powietrza w trumnie czy w jakims kufrze?
Odpowiedz
Bardzo wciągająca historia :D byłby z tego całkiem fajny film ;)
Odpowiedz
Zaloguj się, aby dodać komentarz.

Inne od tego autora

Archiwum

Najnowsze i warte uwagi

Artykuły i recenzje