Historia

Nienawiść

toshiko 18 7 lat temu 14 411 odsłon Czas czytania: ~15 minut

Pierwszy dzień wiosny okazał się wyjątkowo słoneczny. Tego dnia Małgorzata miała na sobie obcisłą sukienkę i czerwone szpilki, które dostała od Piotrka na rocznicę ich ślubu. Na przystanek, z którego codziennie jeździła do pracy, miała pół godziny drogi piechotą i żałowała, że nie założyła wygodniejszych butów. Usiadła na ławce i, masując swoje obolałe stopy, czekała na autobus, który jak zwykle się spóźniał.

Dzień zaczynał się beznadziejnie, ale nie było w tym nic wyjątkowego. Od dziesięciu lat wszystko wyglądało tak samo – ta sama praca, ten sam dom, ten sam brak kasy. Miała dwadzieścia pięć lat, a czuła, jakby dźwigała na plecach bagaż doświadczeń odpowiedni dla kilkudziesięcioletniej staruszki. A przecież nie tak to wszystko miało wyglądać. Była najpiękniejszą dziewczyną w szkole. Miała świetne oceny. Budziła podziw i zazdrość wśród rówieśników, a dorośli wróżyli jej wielką karierę. Niestety przez jeden głupi błąd, spowodowany nadmiarem alkoholu, wszystko legło w gruzach. Rodzice na wiadomość o ciąży wyrzucili ją z domu. Zamieszkała u Piotrka, który był już pełnoletni i miał własne mieszkanie. Nie zarabiał zbyt wiele, więc w trzecim miesiącu ciąży musiała rzucić szkołę i zaczęła pracę w sklepie spożywczym. Tuż przed urodzeniem się Oleńki wzięli ślub.

Rozmyślanie nad nieudanym życiem przerwał przyjazd autobusu. Irek, młody kierowca, kiwnął jej głową, uśmiechając się lubieżnie. Nie znosiła tego typa – nie dość, że wiecznie się spóźniał, to patrzył na nią w taki obleśny sposób… Do tego był horrendalnie brzydki, zwłaszcza teraz, gdy wiosenne słońce pokolorowało mu twarz na purpurowo.

Już miała wsiadać, gdy poczuła czyjąś rękę na swoim ramieniu. Odwróciła się odruchowo.

- Czego pan chce? – zwróciła się do nieznajomego, przystojnego mężczyzny o ostrych rysach twarzy i czarnych jak heban oczach.

- Przepraszam bardzo… potrzebuję pomocy.

- Może pani już wsiąść? Mamy 20 minut opóźnienia! – odezwał się Irek.

- Proszę jechać, osobiście zawiozę tę panią do pracy.

Małgorzata nie zdążyła zareagować, zanim drzwi autobusu zamknęły się i pojazd odjechał.

- O co chodzi? – spytała.

Mężczyzna podrapał się po głowie.

- To dość głupia sprawa… Ale nie mam kogo poprosić o pomoc, a jeśli pani mi odmówi, będę musiał wracać do domu na piechotę.

- Proszę mówić, o co chodzi, byle szybko, bo naprawdę nie chcę spóźnić się do pracy.

- Spokojnie, obiecuję, że będzie pani tam punktualnie. Chodzi o to, że przejeżdżając tędy, zatrzymałem się koło sklepu po drobne zakupy. Tam, na trawniku, wypadły mi kluczyki. Niefortunnie zapomniałem założyć rano moje szła kontaktowe, a mam bardzo poważną wadę wzroku…

Bez trudu znalazła kluczyki, które faktycznie leżały na trawniku koło sklepu.

- Dziękuję pani bardzo!

- Nie ma za co. Możemy już jechać?

Wsiedli do czarnego mercedesa zaparkowanego pod sklepem. Małgorzata czuła się bardzo dziwnie – nigdy nie siedziała w tak ekskluzywnym samochodzie, do tego prowadzonym przez tak przystojnego mężczyznę. Zawsze była wierna Piotrkowi i gdy marudził, że nie stać go na samochód, pocieszała go, że najważniejsza jest ich miłość, że rzeczy materialne to sprawa drugoplanowa. Lecz tego dnia nie potrafiła powstrzymać swoich myśli. Tak, chciałaby mieć taki wóz. Tak, tajemniczy mężczyzna podobał jej się bardziej, niż Piotrek. Nic nie mogła na to poradzić.

W czasie drogi rozmawiali głównie o pierdołach. Dowiedziała się, że tajemniczy mężczyzna ma na imię Roman, że jest producentem filmowym i że nie ma żony. Spytał, gdzie ona pracuje, czy ma męża i co robi po pracy.

- Muszę ugotować obiad, posprzątać w domu, pomóc córce w lekcjach… Typowe zajęcia dla kury domowej – zaśmiała się sztucznie.

- Wiesz, Gosiu… Mogę tak do ciebie mówić, prawda? Niewiele wiem o sprawach małżeńskich, ale wydaje mi się, że raz na jakiś czas możesz iść po pracy na kolację ze znajomym. Zwłaszcza takim, który jest ci piekielnie wdzięczny za pomoc.

Podjechali właśnie pod sklep, w którym pracowała Małgorzata.

- Przepraszam, ale naprawdę nie mogę. Może umówimy się na inny dzień?

Roman westchnął.

- Pewnie gdybym był parę lat młodszy, zatrzasnąłbym zamki i powiedział, że nie wypuszczę cię, dopóki się nie zgodzisz. Ale nie będę cię do niczego zmuszał. Proszę, to moja wizytówka. Zadzwoń, jeśli będziesz miała czas i chęć.

Włożyła do torebki kawałek papieru, który jej wręczył i podziękowawszy za podwózkę, poszła do pracy.

Czas jak zwykle jej się dłużył. Klienci jak zwykle grymasili i popisywali się brakiem kultury osobistej, kierowniczka jak zwykle marudziła i obnosiła się ze swoim stanowiskiem, lecz jakoś mniej działało jej to na nerwy i jakoś pogodniej to wszystko znosiła. Może to wiosna przyniosła ze sobą taki przyjemny optymizm, a może… Nie! Odrzuciła od siebie tę myśl. Ma męża i córkę. Żaden nowy mężczyzna nie mógł zawrócić jej w głowie.

Gdy wróciła do domu, nikogo w nim nie było. Zdziwił ją ten fakt. Oleńka powinna dawno wrócić ze szkoły, a Piotrek miał dzisiaj wolne, więc spodziewała się zastać go przed telewizorem. Zaniepokojona wyciągnęła telefon, na którym było kilkadziesiąt nieodebranych połączeń od męża. Niech to szlag. Jak zwykle zapomniała włączyć dźwięk. Szybko oddzwoniła do niego.

- Gośka?! Gośka, gdzie jesteś?! Szukam cię po szpitalach!

- Że co? – zaśmiała się, zdziwiona. – Właśnie wróciłam z pracy, nic mi nie jest. Kochanie, o co chodzi?

- Jak to? Przecież autobus, którym codziennie jeździsz do pracy, miał wypadek… Ten zboczony kierowca był pijany. W telewizji mówili… Od razu do ciebie zadzwoniłem, a jak nie odbierałaś… Boże, jak się bałem!

- Faktycznie miał podejrzanie czerwoną mordę. Co za szczęście… Akurat znajomy podwiózł mnie do pracy.

- Już wracam. Nawet nie wiesz, jak mi ulżyło!

Gdy wszedł do domu, rzucił się na nią i uściskał tak, jak nie zdarzyło mu się chyba przez dziesięć lat małżeństwa. Usiedli przed telewizorem. Opowiedziała mu o Romanie.

- Ten mężczyzna to chyba jakiś anioł – stwierdził Piotrek. – Tak, jakby cię uratował.

Zaśmiała się.

- A co, jeśli ci powiem, że ten anioł zaprosił mnie na kolację?

Spojrzał na nią wzrokiem, który miał wyrażać zazdrość, lecz Małgorzata wiedziała, że Piotrek nie znał tego uczucia. Nie pomyliła się – za chwilę wybuchnął śmiechem.

- Wiem, że moja kochana żona jest mi bezgranicznie wierna i odmówiła.

- Jak ty dobrze mnie znasz.

- Mimo to uważam, że powinnaś się z nim spotkać i mu podziękować.

- Też tak myślę. To naprawdę fascynujący zbieg okoliczności.

Wstała, by zrobić obiad, lecz Piotrek ją uprzedził.

- Siedź sobie, kochanie, ja przygotuję coś do jedzenia.

- Nie przyrządzałeś nic od wieków!

- Wiem, ale dziś jest specjalna okazja. Gdzie jest jakiś ostry nóż? Tutaj są same do smarowania chleba.

- Od zawsze chowam ostre noże do szafki na samej górze, żeby Oleńce nie przyszło do głowy, by ich używać. Swoją drogą, gdzie Oleńka? Powinna dziś kończyć szkołę o trzynastej.

- Pewnie jak zwykle poszła do jakiejś koleżanki i się zasiedziała. Dopiero osiemnasta, lada chwila wróci.

Ale nie wróciła. Obdzwonili wszystkich znajomych, zatelefonowali do szkoły – żadnych konkretnych informacji. W końcu pojechali na policję.

Minął tydzień, a po Oleńce nie było śladu.

Podły nastrój powrócił do niej ze zdwojoną siłą. Martwiła się o dziecko. Bała się, że nie żyje. A najgorsze, że nie miała nawet z kim porozmawiać. Piotrek zachowywał się dziwnie. Wszystkie ich rozmowy sprowadzały się do czystych formalności. Zawsze po pracy znikał z domu i wracał późno w nocy, tłumacząc się, że szukał córki. Nie chciał zabierać jej ze sobą. Ania – jej najlepsza przyjaciółka, nie odbierała od niej telefonów. Nagle cały jej świat wywrócił się do góry nogami.

Smutne wieczory przepełnione pesymistycznymi refleksjami w towarzystwie butelki taniej wódki stały się codziennością. W trakcie jednego z nich wygrzebała z torebki pogiętą wizytówkę od Romana.

- Halo? – usłyszała znajomy głos.

- Tu Małgorzata.

- Witaj, Gosiu. Wiedziałem, że zadzwonisz. Czy ty… płaczesz?

- Przepraszam… Nie powinnam dzwonić… Mieliśmy spotkać się w miłej atmosferze, a ja totalnie nie jestem w nastroju do świętowania czegokolwiek… Życie mi się zawaliło…

- Przyjeżdżam po ciebie za chwilę. Wszystko mi opowiesz.

Czarny mercedes pojawił się pod jej domem w ciągu kilku minut. Roman musiał być gdzieś w okolicy. Pojechali do restauracji całodobowej na obrzeżach miasta.

- Bardzo mi przykro z powodu twojej córki. Chciałbym ci jakoś pomóc…

- Właśnie mi pomagasz. Myślałam, że umrę, nie mając do kogo otworzyć gęby…

- A twój mąż? Nie denerwuje się, że spotykasz się ze mną?

- Szczerze mówiąc, sam uznał, że dobrze by było, gdybyśmy się spotkali. Po incydencie z autobusem stwierdził, że jesteś aniołem.

Roman zaśmiał się.

- Daleko mi do anioła, ale cieszę się, że cię wtedy zatrzymałem. Nikt nie wie, co mogłoby ci się stać. Napijmy się za to.

Gdy stuknęli się kieliszkami z winem, usłyszała dźwięk SMS-a. To dziwne. Myślała, że świat o niej zapomniał.

„ Twój mąż cię zdradza z twoją najlepszą przyjaciółką.”

Otępiała wpatrywała się w ekran swojej komórki przez kilka długich sekund.

- Coś się stało? – spytał Roman, wyraźnie zaniepokojony.

Spojrzała na niego, chowając telefon do kieszeni.

- Nic. Ktoś chyba sobie ze mnie żartuje.

Reszta wieczoru upłynęła w dość przyjemnej atmosferze. Wciąż myślała o Oleńce, Piotrku i tajemniczej wiadomości, lecz podświadomie cieszyła się, że ma chociaż z kim pogadać.

Gdy Roman odwiózł ją do domu, Piotrek leżał już w łóżku. Nie spał, lecz nie zapytał jej, gdzie była. Przytuliła się do niego, lecz nie odwzajemnił czułości.

Nazajutrz dostali wiadomość od policji. Oleńka była widziana w centrum miasta w towarzystwie młodej kobiety. Cała i zdrowa. Niestety, gdy świadek rozpoznał dziewczynkę, jej „opiekunka” szybko wsiadła z dzieckiem do taksówki i odjechała.

- Teraz odnalezienie jej to kwestia czasu. Nie mogą wyjechać za granicę, bo straż graniczna ma zdjęcia Oleńki. Są gdzieś w mieście, niedaleko nas… Jejku, Oleńka żyje! - mówiła Małgorzata.

Piotrek siedział obok niej, pijąc kawę. Nie przejawiał żadnych oznak entuzjazmu.

Mimo braku kolejnych optymistycznych informacji, zły humor opuścił Małgorzatę. Pewnego dnia sporządziła wykwintny – jak na jej kieszeń – obiad, na który zaprosiła Romana. Ku jej uciesze dotarła też Ania.

- Jak się cieszę, że cię widzę… Nie odzywałaś się do mnie, już myślałam, że o coś się pogniewałaś!

Ania przeprosiła ją.

- Miałam masę spraw na głowie. Moja matka jest ciężko chora, poza tym całymi dniami praca…

W patetyczny sposób przedstawiła im Romana. Mężczyzna skromnie powiedział kilka słów o tym, jak poznał Małgorzatę i czym się na co dzień zajmuje.

- Nad jakim filmem teraz pracujesz? – spytała Ania.

- Cóż, zaczynamy nową produkcję. To dość skomplikowany film, psychologiczny. Główną bohaterką jest młoda kobieta o dualistycznej naturze. Z pozoru jest dobra, łagodna jak baranek, lecz wewnętrznie wściekła jak osa, przepełniona nienawiścią do świata.

- Jakaś seryjna morderczyni? – spytała Małgorzata.

- Scenariusz nie jest jeszcze gotowy, ale na pewno będą jakieś morderstwa, dla uciechy widza.

- A kto zagra główną rolę? – zapytał Piotrek.

- To tajemnica. Na pewno ją znacie, ale wolałbym, żeby ta informacja pozostała tajemnicą aż do zakończenia produkcji. Powiedzcie lepiej, jak sytuacja z Oleńką?

Piotrek zbladł. Ania wymieniła z nim spojrzenie, którego znaczenia Małgorzata nie zdołała rozszyfrować.

Opowiedziała Romanowi o postępach w śledztwie. Piotrek i Ania milczeli.

Gdy na dworze się ściemniło, goście opuścili dom Małgorzaty i została sama z Piotrkiem. Chciała do niego zagadać, lecz szybko wymknął się do sypialni. Ale nie odpuściła. Poszła za nim i zamknęła za sobą drzwi.

- Piotr, o co chodzi? Co się z tobą dzieje?

- Nic – odpowiedział. – Jestem zmęczony.

- Od zaginięcia Oleńki cały czas jesteś zmęczony albo wcale cię nie ma. Kochanie, powinniśmy ze sobą szczerze rozmawiać. Rozumiem, że przeżywasz zniknięcie naszej córki na swój własny sposób, ale twoje zachowanie jest dla mnie naprawdę nie do pojęcia. Proszę, powiedz mi prawdę… O co chodzi?

Piotrek wstał i spojrzał jej w oczy.

- Boję się ciebie.

- Słucham?

- Kocham cię strasznie. Kocham cię, odkąd cię poznałem i ani trochę nie żałuję, że nasze życie potoczyło się tak, a nie inaczej. Myślałem, że ty też tak czujesz. Zawsze mnie zapewniałaś, że najważniejsza dla ciebie jest rodzina.

- Nadal tak jest.

- W takim razie przywieź tu z powrotem naszą córkę, gdziekolwiek ją trzymasz!

Zamurowało ją.

- Jak możesz…

Rozpłakała się. Piotrek chyba się tego nie spodziewał. Podszedł do niej i objął ją.

- Przepraszam… Ty jesteś dobra… Nie zrobiłabyś tego, prawda? Po co miałabyś to robić?

- Skąd… skąd w ogóle ten idiotyczny pomysł?! – zaszlochała.

- Wtedy, w pierwszy dzień wiosny, zaraz po wizycie na komisariacie, dostałem SMS-a… Ktoś napisał, że to ty porwałaś Oleńkę, bo nienawidzisz jej za to, że zrujnowała ci życie…

- Przecież to nieprawda! Kocham Oleńkę, nigdy nie zrobiłabym jej krzywdy! Pokaż tego SMS-a.

Pokazał. Rozpoznała ten numer. Ta sama osoba napisała jej o domniemanym romansie Piotrka z Anią. Próbowali na niego zadzwonić, lecz włączyła się poczta.

- Jeszcze zeznania tego świadka… Opis porywaczki idealnie pokrywał się z opisem ciebie. Nawet te czerwone szpilki ode mnie…

- Kochanie, mówiłam ci, że nie założyłam ich, odkąd tak straszliwie mnie obtarły. Do tej pory mam odciski, zobacz…

- Przepraszam. Przepraszam, przepraszam, przepraszam!

Kolejne dni mijały ponuro, lecz przynajmniej kontakt z Piotrkiem się polepszył. Nadal znikał wieczorami, ale rozmawiali ze sobą, nawet kilka razy kochali się jak za czasów, gdy wszystko było okej. Te czasy wydawały jej się tak odległe…

Pewnego dnia, wróciwszy z pracy, zastała na podwórku dziwnego człowieka. Był garbaty, miał przerażająco zaczerwienione gałki oczne, brzydką, pomarszczoną twarz i śmierdział.

- Pani Małgorzata?

- Tak. Słucham?

- Przesyłka dla pani.

Dał jej białą kopertę i odszedł bez słowa. Otworzyła ją, wchodząc do domu. Gdy spojrzała na zdjęcie, które z niej wyciągnęła, szybko wybiegła na podwórko, lecz tajemniczy gość zniknął bez śladu.

Zdjęcie przedstawiało park w centrum miasta. Wykonane zostało najwyraźniej z ukrycia, bo na pierwszym planie był krzak. Na drugim Piotrek, uśmiechnięty, jakby zapomniał o córce. Obok niego Ania. Trzymała w ręku czerwoną różę.

Czekała, aż wróci do domu. Chciała, by jakoś jej to wytłumaczył. Mimo dowodu, który miała przed oczami, ufała mu, wierzyła w jego wierność. Nigdy jej nie zawiódł. Zwłaszcza teraz ten romans wydawał jej się bezsensowny. Przecież zaginęła jego córka, którą kochał chyba nawet bardziej, niż ją samą. Normalnemu człowiekowi w jego sytuacji żadne romanse nawet nie przeszłyby przez myśl.

Usłyszała trzaskanie drzwiami. Wrócił.

Gdy wszedł do kuchni i zobaczyła jego twarz, nie była w stanie wymówić słowa.

- Ty szmato! – krzyknął i rzucił się na nią.

Oparł ją o szafkę i ścisnął jej szyję tak mocno, że nie mogła złapać tchu.

- Gdzie jest Oleńka?! Odpowiadaj, ty stuknięta franco!

Nie rozumiała, o co mu chodzi. Machnął jej przed twarzą jakimś zdjęciem, na pierwszy rzut oka podobnym do tego, które ona dostała. Park. Lecz tym razem na drugim planie była ona. Poznała swoją twarz i czerwone szpilki. Obok niej siedziała Oleńka. Patrzyła mętnym wzrokiem w obiektyw aparatu.

Czuła, że się dusi. Po omacku zaczęła szukać ręką czegoś do obrony. W jej ręce wpadł kuchenny nóż. Nie zastanawiając się, dźgnęła nim Piotrka w plecy.

Mężczyzna rozluźnił uścisk, a chwilę potem upadł na podłogę. Krew zabrudziła podłogę.

- Co ty zrobiłaś… - wymamrotał. – Dzwoń na pogotowie…

Spojrzała na niego, nie odkładając noża.

- Na co czekasz?!

Zamachnęła się i wbiła mu nóż w środek brzucha. Zaraz potem dźgnęła kolejny raz. I kolejny. Aż przestał się ruszać.

- Roman?...

- Witaj, Gosiu. Czy coś się stało?

- Zabiłam własnego męża.

Roman pomógł jej zakopać ciało i posprzątać ślady zbrodni. Prawie wcale się nie odzywała. On także milczał. Gdy po „pracy” usiedli w salonie, rozpłakała się jak dziecko.

- Nie wiem, o co w tym wszystkim chodzi! Cholera, mam tyle pytań, tyle niejasności jest w tym wszystkim! Te zdjęcia…

- Miałaś mi je pokazać.

Pokazała.

- Dziwne… Naprawdę dziwne. Wygląda, jakby były robione w tym samym czasie przez tę samą osobę. Piotrek jest uśmiechnięty, Ania rozentuzjazmowana. A ta kobieta na drugim zdjęciu… dałbym sobie rękę uciąć, że to ty.

- Ale to nie jestem ja, Roman. Wierzysz mi?

- Wierzę ci.

- Zabiłam go… Nie dociera to do mnie jeszcze. Ale musiałam. Inaczej pojechałby na policję. To zdjęcie to dowód, że porwałam córkę. Zresztą…

- Zresztą co? I tak go nie kochałaś, prawda?

- Nie mów tak! Kochałam…

- Dobrze, nie będę już nic mówił.

Starała się żyć normalnie, lecz nie wychodziło jej. Wydawało jej się, że każdy człowiek mijający ją na ulicy zna jej tajemnicę. Nie zgłosiła zaginięcia męża i ku jej zdziwieniu nikt się tym zaginięciem nie interesował, nawet Ania, z którą przecież romansował. Próbowała nawet do niej zadzwonić, choć sama nie wiedziała, po co, ale znów nie odbierała.

Pewnego wieczora znów dostała SMS-a z tajemniczego numeru.

„Wiem, co zrobiłaś.”

Tego było za wiele. Poszła do pokoju Oleńki. Wyjęła skakankę z jej pudła z zabawkami. Robienie pętli zajęło chwilę.

Kopnęła stołek i poczuła potworny ból. Za chwilę ból ustał – skakanka się urwała, a Małgorzata wylądowała na ziemi. Rozpłakała się. Nawet samobójstwo jej nie wyszło.

Wybiegła z domu. Nogi same zaprowadziły ją do kościoła.

Budynek był pusty, jedynie proboszcz podlewał kwiatki.

- Dziecko, co tu robisz o tej godzinie? – spytał zdziwiony.

- Proszę księdza… Nie mogę już tak dłużej żyć. Nigdy nie byłam zbyt religijna, ale teraz… Jestem gotowa ponieść wszelkie konsekwencje. Zabiłam męża. Mój jedyny ratunek w Bogu…

Ksiądz zbadał ją poważnym wzrokiem, w którym nie było gniewu.

- Idź na policję. Powiedz im o wszystkim. Ponieś konsekwencje swojego czynu, a będziesz rozgrzeszona. Niech Bóg ma cię w opiece.

Wyszła z kościoła, gotowa zrealizować swoją pokutę. Nagle ciemność rozświetliły reflektory czarnego mercedesa. Roman zatrzymał się koło niej.

- Co ty tu robisz? – zapytał.

- Nie mogłam już tego znieść. Idę na policję. Tylko Bóg może mi teraz pomóc.

- Bóg? – zaśmiał się Roman. – A gdzie był Bóg, kiedy rodzice wyrzucili cię z domu? Gdzie był, jak musiałaś porzucić szkołę i marzenia? Wsiadaj, nie rób głupot. Pomogę ci.

- Wybacz, Roman. Dużo mi pomogłeś, obiecuję, że cię nie wsypię na policji. Odpowiem za wszystko sama.

- A co, jeśli powiem ci, że wiem, kto pisał do ciebie te straszne SMS-y?

Zatkało ją. Nie mówiła mu o SMS-ach.

- Skąd…?

- Wsiadaj. Odpowiem na wszystkie twoje pytania. Albo idź na policję i nigdy nie dowiesz się prawdy.

Wsiadła.

Pojechali do tej samej restauracji, w której spotkali się tuż po zaginięciu Oleńki. Tym razem jednak nie wyglądała tak przyjemnie: oprócz nich nie było w środku żadnych ludzi, zamiast światła paliły się świece, które nie miały w sobie nic romantycznego.

Usiedli przy stoliku. Małgorzacie trzęsły się ręce i czuła, że jest blada jak ściana.

- Co chcesz wiedzieć? – zapytał Roman, uśmiechając się lekko.

- Wszystko. Kto pisał SMS-y?

- Odpowiedź na to konkretne pytanie będzie na tym etapie rozmowy dla ciebie zupełnie niezrozumiała.

- Więc powiedz, skąd to wiesz? Co masz z tym wspólnego?

- Pamiętasz, kiedy mówiłem o mojej nowej produkcji? Ten mój film… Ty zagrałaś tam główną rolę, Gosiu.

- Nagrywałeś mnie?!

Zaśmiał się.

- Aj, ty człowieczku…

- Kim ty, do cholery, jesteś?

- Kim jestem? Jestem nienawiścią, która tli się w tobie od dziesięciu lat. Wszyscy uważali cię za dobrą, przykładną osobę, za kochającą matkę i żonę… Nikt nie przypuszczał, że nienawidzisz swojej córki, bo uważasz ją za przyczynę swojego tragicznego losu. Że nienawidzisz męża, bo nie jest w stanie zarobić na głupi samochód. Trzymałem cię za rękę, gdy leżałaś w łóżku i ryczałaś, narzekając na Boga, podpowiadałem, co robić, gdy miałaś problemy, a gdy zabijałaś męża stałem tuż koło ciebie i śmiałem się… Ale z jednym cię pocieszę. Twoja córka ma się dobrze. Mąż też. Tylko smutno im trochę…

Podał jej do ręki gazetę i z drwiącym uśmiechem patrzył, jak czyta.

„Pierwszy dzień wiosny okazał się pechowy dla Ireneusza K., kierowcy autobusu, który pod wpływem alkoholu spowodował wypadek na ulicy Głowackiego. W wypadku zginęła jedna osoba, stan reszty pasażerów jest stabilny.”

Pod artykułem znajdowała się fotografia. Obok zniszczonego autobusu leżała czarna folia, spod której wystawała para czerwonych szpilek.

Oznacz jako: przeczytane ulubione chcę przeczytać

Komentarze

super historia!!! (y)
Odpowiedz
Jest świetne! Niby takie długie, a jak miło czytać. Niestety, niecałkiem zrozumiałam zakończenie. Cóż, zdarza się. ;)
Odpowiedz
;)
Odpowiedz
No ciekawe,ciekawe ale skoro miał wadę wzroku tak poważną że nie potrafił dostrzec kluczy leżących na trawie..to po co i jak widział prowadząc samochód? Ale tak to fajnie się czyta :)
Odpowiedz
Świetne !!
Odpowiedz
Cudowne! Można to interpretować na tak wiele sposobów... Dawno nie czytałam tak dobrego opowiadania <3 czekam na więcej!
Odpowiedz
Chyba się pogubiłam... Nie bardzo rozumiem zakończenia. Jakim cudem ona żyje, nie żyjąc?
Odpowiedz
Może alternatywna rzeczywistość
Odpowiedz
Bardzo fajne opowiadanie, jednak chciałabym się przyczepić do pewnego szczególiku. Najpierw Roman mówi jej że ma poważną wadę wzroku, a potem wsiada z kółko?? Mało kto by uwierzył w taką bujdę. Ale reszta fajna :)
Odpowiedz
Ona miała 25 to fakt, ale w tekście nie ma podane, że na 10 rocznicę ślubu dostała te szpilki, tylko że na rocznicę( ale nie powiedziane którą) :) a 10 lat temu to rodzice wyrzucili ją z domu :)
Odpowiedz
Jak najbardziej! wciagajaca bardzo dobra historia.
Odpowiedz
Dobre, bardzo dobre. Takie historie maja tu być ciągle.
Odpowiedz
"mają tu być" XD Bo co?
Odpowiedz
Genialne!!
Odpowiedz
Jedna z najlepszych historii ! Tylko 25 lat a 10 rocznica ślubu , podzielam zdanie Julki . ;p
Odpowiedz
Bardzo dobre opowiadanie, na prawdę od dłuższego czasu tu takiego brakowało :)
Odpowiedz
To było GENIALNE !!!!!
Odpowiedz
Na poczatku piszesz, ze miala 25 lat, a buty dostala na 10 rocznicę ich ślubu. Czyli wyszla za mąż, gdy miala 15 lat? ;o
Odpowiedz
Zaloguj się, aby dodać komentarz.

Inne od tego autora

Archiwum

Najnowsze i warte uwagi

Artykuły i recenzje