Wciąż patrzą

Dodane przez: kuro, 4.06.2015, 19:11
Reklama:
Biorę głęboki, orzeźwiający oddech. Promienie słońca lekko muskają moją skórę, a wiatr rozwiewa włosy. Podnoszę wzrok, patrząc na puszyste obłoki.
Nareszcie wszystko jest dobrze.
Wszystko wróciło do normy.
Nie mam się czego obawiać.

Poprawiam okulary i zeskakuję ze schodków ośrodka pomocy psychiatrycznej. Czuję ulgę na sercu wiedząc, że już nigdy nie będę musiała tu wracać, choć wcale nie było aż tak źle. Przed pójściem na terapię, wyobrażałam sobie ponure pomieszczenia bez klamek, łóżka z pasami, regały pełne kolorowych fiolek z ogłupiającymi tabletkami. Na szczęście to wszystko okazało się jedynie efektem wybujałej wyobraźni. Personel był miły, doktorzy służyli dobrą radą, a z kilkoma pacjentami nawet udało mi się zaprzyjaźnić. Dzięki pobytowi w tym ośrodku czuję się wolna. Jestem wypoczęta. Spałam. Przez te dwa miesiące byłam w stanie zapaść w sen. To takie niewiarygodne.
Nie przychodzili.
Nie widziałam ich już dawno.
I mam nadzieję, że gdy wrócę do domu nie zjawią się.

Sprawdzam, czy mam przy sobie tabletki. Zwędziłam je z biurka doktora, kiedy byłam na ostatniej wizycie. Pewnie nawet nie zauważył brakującego opakowania. Ich zniknięcie nikogo nie obchodzi, za to dla mnie te niebieskie pastylki są szansą na spokojne życie. Nie powinnam ich już zażywać. Nie są mi potrzebne, ale to na wszelki wypadek, gdyby moja psychika znów siadła.
Gdyby znów wrócili...

Znalazłam się w tym ośrodku, przez cholerną traumę z dzieciństwa. Widywałam dziwne rzeczy, póki nie udzielono mi pomocy. Zawsze myślałam, że są prawdziwi. Cienie o świecących oczach, z długimi, zdeformowanymi kończynami były bardzo realistyczne, kiedy miałam pięć lat. W miarę upływu czasu przyzwyczaiłam się do ich wyimaginowanej obecności. Na szczęście teraz zdaję sobie sprawę z tego, że nigdy nie były prawdziwe.
Chyba.

Po raz pierwszy pojawili się w chwili śmierci mojej babci. Cała rodzina zjawiła się na pogrzebie, by uczcić jej pamięć. Moja matka chciała pochować babcię bez ceremonii czuwania przy trumnie, co wzbudziło oburzenie wszystkich i ostatecznie, całą noc przed podróżą na cmentarz, spędziliśmy przy zwłokach.

Kochałam babcię. Była najlepszym człowiekiem na ziemi. Zawsze dawała mi ciastka kokosowe i śpiewała piosenki. Zasługiwała na godne pożegnanie przez wnuczkę. Chciałam podejść, chciałam ostatni raz uciskać jej dłoń, ale nie mogłam.
Oni mi w tym przeszkadzali.
Snuli się po kątach.
Wyciągali swoje długie palce, muskając opuszkami skórę umarłej.

Przerażali mnie, dlatego odmówiłam podejścia do trumny. Zapytana czemu nie chcę tego zrobić, odpowiedziałam, że oni patrzą na babcię. Próbowałam wytłumaczyć dorosłym, o co mi chodzi, ale bezwzględnie mnie ignorowali. W końcu poirytowana wskazałam palcem na jednego ze snujących się cieni i wykrzyknęłam – „Oni tu są!”

Wtedy świecące, żółte oczy skierowały się w moją stronę.
Dostrzegli mnie.

Od tamtego czasu zaczęli mnie prześladować. Każdej nocy, sprawdzałam wszystkie zakamarki w domu, by upewnić się, że nikogo nie ma.
Ale zawsze byli.

Moja matka uznała, że cierpię na manię prześladowczą, po tym jak pewnego wieczoru układała mnie do spania. Poprosiłam ją wtedy o zasłonięcie wszystkich okien w pokoju i zostawienie włączonej lampki.
- Nigdy nie bałaś się ciemności. – powiedziała. – Do spania nie jest potrzebne światło.

Wyznałam jej, że nie o to chodzi, ale ona uparcie przystawała przy swoim. Zgodziłam się, by wyłączyła lampkę pod warunkiem, że zasłoni okna.
Oni zawsze patrzyli na mnie przez szyby.

Mama prychnęła pogardliwie, ucałowała mnie w czoło i wyszła. Nie zostawiła światła. Nie zasłoniła okien.

Próbowałam być silna. Unikałam kierowania wzroku w stronę gęstej ciemności i powtarzałam, że nic mi nie grozi. Przecież nie wejdą do środka, będą na zewnątrz, na zewnątrz, na zewnątrz... Miałam ochotę odwrócić się na bok albo na brzuch, miałam ochotę zasnąć, miałam ochotę...
uciec.

Zacisnęłam powieki, licząc baranki. Jeden. Dwa. Trzy. Cztery. Pięć.

Coś zaskrobało.

Otworzyłam oczy, przepełniona ogromnym strachem. Mój oddech był płytki, a serce tłukło się w wolnej przestrzeni między żebrami. Odrętwiałam.
Dwa złote kręgi rozbłysnęły w ciemności. Siedział na poręczy łóżka, dokładnie naprzeciwko mnie i patrzył. Zgarbiona sylwetka pożerana przez mrok przebierała nerwowo długimi, szponiastymi palcami.
Zabrakło mi głosu, by krzyknąć.

W późniejszych latach życia stali się nieodłączną częścią mnie. Niezależnie od tego, co robiłam, gdzie byłam,
ciągle przychodzili.
Znajdowali mnie w jakiś sposób, nawet jeśli wyjechałam na inny kontynent. Podążali za mną. I gdyby nie specjalistyczna pomoc, stałabym się niezrównoważoną wariatką.
Teraz jestem wolna.
Nareszcie.

Wchodzę do mieszkania. Jak dobrze być w domu, tak bardzo tęskniłam za samotnością. Rzucam torebkę na fotel i przekraczam próg kuchni. Burczy mi w brzuchu. Nie jadłam od rana, więc postanawiam zrobić sobie przepyszny obiad, później deser. Nie będę oszczędzać bitej śmietany do lodów... a co mi tam.

Podnoszę wzrok i zerkam na zegarek. Dziwne. Baterie przestały działać? Przed pobytem w ośrodku kupiłam nowe, powinny jeszcze trzymać.
No cóż.

Przeczesuję palcami włosy. Wyczuwam coś dziwacznie lepkiego i ciepłego na głowie. Marszczę brwi. Przeciągam dłonią jeszcze raz i spoglądam na nią. Moja skóra pokryta jest czarną substancją, która okropnie pachnie. Rozmazuję ją w palcach.

Nagle z czarnej beri wyskakują dwie żółte kropki.

Moje usta otwierają się bez pozwolenia.

Wskazówki zegara drgają, rozpoczynając szaleńczy bieg w przeciwną stronę niż powinny.



Krzyczę. Rozpaczliwie łapię oddech, ale zimne dłonie na szyi nie pozwalają mi schwytać powietrza. W moich ustach powstała najprawdziwsza pustynia.
Rzucam się szaleńczo.
Moje nadgarstki krwawią. Pasy nie pozwalają mi wstać. Przykuli mnie. Przykuli mnie. Przykuli mnie. Przykuli mnie. Przykuli mnie. Przykuli mnie. Przykuli mnie. Przykuli mnie. Przykuli mnie. Przykuli mnie. Przykuli mnie. Przykuli mnie. Przykuli mnie. Przykuli mnie.
Nie mogę uciec.

Szarpię się jeszcze przez kilka sekund, które wydają się wiecznością. Opadam ciężko na łóżko, wyczerpana. Przed oczami jawią się nieznane obrazy szarych, poobdzieranych ścian. Pomieszczenie nie ma okien. Nie ma okien. Nie ma okien.
Pionowy prostokąt jest jedynym odróżniającym się elementem.
Drzwi bez klamki. Bez klamki. Bez klamki.
Gdzie jestem?

Moje ciało drży. Próbuję się uspokoić. Próbuję oddychać, próbuję nie zwariować, choć nie jestem pewna, czy nie jest za późno.

Głowa opada bezwładnie na szarą poduszkę. Patrzę na małą dziewczynkę, siedzącą na krześle. Myślę, że ma ładną sukienkę. Chciałabym mieć podobną.

Dziecko uśmiecha się ciepło. Zauważam jej całkowicie czarne oczy pozbawione białek.
- Oni wciąż patrzą. – mówi cicho.

Część druga: http://straszne-historie.pl/story/11296-Wciaz-patrza-2
Oceń:
5
Oceniać mogą tylko zalogowani użytkownicy

Skomentuj! Daj znać innym co o tym sądzisz!