Wciąż patrzą 20

Dodane przez: kuro, 22.11.2015, 12:55
Reklama:
Spis wszystkich części w profilu: http://straszne-historie.pl/profil/6330

Staram się utrzymać tempo oddechu. W myślach powtarzam uspokajające słowa, które kompletnie mi nie pomagają. Patrzę w górę, słuchając dźwięku ciszy. Może się przesłyszałam, może to mój mózg postanowił stworzyć dźwięki, przyprawiające mnie o dreszcze. Może podkolorowana rzeczywistość zagnieździła się w moim umyśle, zamieniając lekkie paranoje w prawdziwy obłęd.

Przełykam gulę, która urosła w moim gardle, kiedy po raz kolejny rozlega się odgłos kroków. Słyszę to... tak... wyraźnie. Pięty uderzają o podłogę. Ktoś tam jest. Ktoś odkrył to miejsce. Jakiś pracownik sprawdził ten ukryty pokój, a jeśli się teraz zorientuję, że tu jestem, cała wina spadnie na mnie.

Ale przecież wszyscy się ewakuowali.
Wszyscy opuścili budynek.
Cała posiadłość psychiatryka jest pusta.

Więc czemu...?

Umieram, kiedy do moich uszu dobiega cichy chichot. Kroki nade mną przyspieszają. Plączą się z różnymi odgłosami, cichną i rozbrzmiewają na nowo. Nie. Ja. Ja nie mogę tego logicznie wytłumaczyć, nie wiem, co się dzieje, ale mam wrażenie, że to nie jest człowiek. To nie może być nikt... żywy.

Czuję jak moje serce zatrzymuje się na chwilę. Wtedy też między ciszą a hałasem obłędu rozbrzmiewa szept. Hanno. Krótki szept. Jedno słowo. Hanno. To słowo jest moim imieniem. Zimne krople potu spływają w dół moich pleców. Ciarki wstrząsają moim ciałem. Wzrok utkwił w jednym miejscu. Zamieniłam się w kamień. Nie potrafię czuć już niczego więcej oprócz przerażenia.

Mija pięćdziesiąt lat, zanim dochodzę do siebie. Wtedy też ogarnia mnie złość. Wpadam w szał na samą myśl, że daję się zwieść własnym lękom. Przecież to wszystko nie jest prawdziwe. To nie może dziać się naprawdę. Świat jest zbyt logiczny, by pozwolić na takie rzeczy... prawda?

- Hanno.

Zaciskam zęby, wbijam paznokcie w skórę. O nie. O nienienienie. Ja wam pokażę. Wołacie mnie, tak? Już ja pozamykam, te wasze martwe ryje. Szybkim ruchem przyciągam metalowy wózek na leki, który został prawie całkowicie pożarty przez rdzę. Nawet nie wiem, czy ta konstrukcja utrzyma ciężar mojego ciała, ale nie waham się zbyt długo. Zabezpieczam koła i staję na górnej półce. Wszystko jest rozchwiane. Cały szkielet zaraz się rozpadnie. Chcąc zapobiec upadkowi, wspinam się na górę. Moje nogi zwisają bezwładnie. Jestem w potrzasku. Mięśnie są zbyt słabe, by wykonać jeszcze jeden dodatkowy ruch, jednak muszę się podciągnąć. Jeszcze trochę.
Cholera, gdybym wiedziała, że przyjdzie mi robić takie rzeczy, to zamiast leżenia całymi dniami w szpitalnym łóżku, pracowałabym nad kondycją.

Napinam uda, usiłując zaczepić stopę. Coś wbija się w mój brzuch. Jestem pod wrażeniem swojej niedołężności.

- Kurwa. – przeklinam pod nosem. – Ja pierdolę, czemu jestem taka słaba?

Jeszcze tylko moment, jeszcze parę urwanych oddechów i znajduję się na poddaszu.

Pierwsze dziesięć sekund spędzam na podłodze, śledząc arytmiczne ruchy mojej klatki piersiowej. Każda komórka ciała piszczy z wycieńczenia. Zastanawiam się, czemu właściwie to robię i co takiego prowadzi mnie do tego miejsca. Czuję, że ktoś chce, żebym szła przed siebie, żebym brnęła w to szaleństwo, a mnie zastanawia tylko to, jaki właściwie jest w tym cel. Odwracam głowę na bok, podnoszę się na rękach i wstaję z podłogi, otrzepując brudną sukienkę z pyłków.

Zagryzam wewnętrzną stronę policzka. Nerwy powodują napad drgawek, a ja czekam, aż jakiś wielki potwór pojawi się nie wiadomo skąd i zje moje ręce. Oczywiście nic takiego się nie dzieje. Właściwie to nie dzieje się nic. Nie słyszę już szeptów ani kroków. Cisza mnie przeraża.

Rozglądam się po pomieszczeniu. Panuje półmrok. Ciemne kąty straszą swoją ponurą aurą, ale nie jest aż tak źle. Światło dzienne wpada do środka przez małe okrągłe okienko, tworząc lej jasności, w której tańczą drobinki kurzu. Tak cicho. Tak spokojnie.

Wbijam wzrok w zaciemnione miejsca i odnajduję coś niebywałego. Tu są łóżka. Są stare. Są zniszczone. Już je widziałam. Łóżka. Stoją w rzędzie, ostentacyjnie zaprzeczając swojej wrogości, ale wiem, że są niebezpieczne.

Są takie... martwe.

Chyba tracę rozum całkowicie w chwili, kiedy postanawiam się odezwać. W sumie nawiązałam kontakt z cieniem, który prześladował mnie przez pieprzone 24 lata mojego życia, więc w tej sytuacji może też... Co ja odwalam? Przecież tu niczego nie ma.
He.
He he.
Tu niczego nie ma.
He he he.

- Halo. – szepczę tak cicho, że sama nie słyszę słów.

Odpowiada mi echo.

Podejmuję decyzję o przemieszczeniu się. Nie mogę wiecznie stać w miejscu, ponieważ to wydaje się bardziej przerażające, bardziej niepewne. Robię krok do przodu i w tym samym momencie moja stopa na coś natrafia. Spoglądam w dół.

Oddech zastyga w płucach.

Schylam się i podnoszę z ziemi lalkę, której twarz została brutalnie pocięta. Obraz przed moimi oczami się rozmazuje. Znów tu jestem.
Znów.
Już ty byłam.
Znów tu jestem.
Znów tu jestem.

Chyba zwymiotuję własnym niedowierzaniem.

- Cicho dzieciaczki. Cichutko śpijcie już... – śpiew pochłania wszystko. Rozległ się tak niespodziewanie. Chcę odwrócić głowę, chcę zerknąć w stronę głosu, ale okazuje się, że nie mogę się ruszyć, a nucenie słychać tuż nade mną. Oślepia mnie białe światło. Coś krępuje moje nadgarstki. Trzęsę się przez chłód. Ubrania są mokre. Takie zimne i mokre. Płuca nie nadążają tłoczyć tlenu. Serce przyśpiesza gwałtownie.

Nie wiem, co się dzieje. Jedyne czego jestem świadoma to tego, że leżę. I jestem przywiązana.

- Siostro, proszę chloroform. – męski głos wbija się w moją czaszkę. Czuję wszystko tak wyraźnie. Zaczynam się szamotać, kiedy obce dłonie dotykają moich ramion.

- Skalpel.

Urwane dźwięki. Oddechy. Szepty. Słowa. Zapach. I nucenie. Pierdolone nucenie.

Wdycham słodką woń. Wdycham powietrze przesączone znieczuleniem. Zaraz... zaraz stracę przytomność.

- Wszystko będzie dobrze, Adamie. Nie bój się. – jakaś kobieta pochyla się nade mną, ale ostre światło nie pozwala mi zobaczyć jej twarzy. Ma taki ciepły głos. Już słyszałam ten głos. Ten głos śpiewa.

Mgła spowija moje zmysły. Trudno jest mi utrzymać oczy otwarte i, mimo ciągłej walki z sennością, poddaję się. Odpływam. Zapominam. Przenoszę się do innej rzeczywistości. Jest spokojnie.

Nagle potworny ból paraliżuje mój policzek. Otwieram oczy i krzyczę. Krzyczę tak głośno, tak rozpaczliwie i tak żałośnie, że z pewnością cały świat to słyszy. Wyrywam się. Próbuję wydostać, ale jestem zbyt słaba, zbyt zmęczona. Znieczulenie zaczęło działać, jednak ból nieustannie rośnie.

- Ta tęczówka jest niezwykle rzadka.

Ostatkami sił otwieram oczy. Mój wzrok okazuje się na tyle marny, że nie potrafię odróżnić konturów poszczególnych przedmiotów. Widzę mężczyznę. Widzę kobietę, ale wszystko inne zlewa się w jedną, chaotyczną całość.

- Izabela będzie zachwycona.

- Iza...bel...a – wykrztuszam cichym, chłopięcym głosem. Na jedną krótką sekundę oczy wyostrzają obraz i pozwalają mi dostrzec to, czego do tej pory nie byłam w stanie zobaczyć.

Wysoki mężczyzna spogląda na mnie z lekkim uśmiechem. Dostrzegam igłę, którą trzyma w dłoni. Na końcu igły widzę oko.

To moje oko.

Przerażenie rozdziera mnie od środka, ale nie jestem w stanie już niczego zrobić, ponieważ wszystko cichnie, wszystko gaśnie.

Chyba umarłam.

- Hanno.
- Hanno.
- Hanno.
- Hanno.
- Hanno.
- Hanno.
- Hanno.
- Hanno.
- Hanno.
- Hanno.
- Hanno!

Zanurzam dłonie we włosach, usiłując zapanować nad własnym ciałem. Wciąż jestem na poddaszu. Wciąż jestem żywa, ale moje oko. Gdzie jest moje oko. Krwawię? Krwawię. Boże...

- Hanno!

Osuwam się na podłogę. Drewnianą podłogę. Zimną podłogę. Moje nogi nie potrafią utrzymać ciała, które waży trzy tony. Wpadam w panikę. Panika. Wszędzie panika. Co się... moje oko. Tak okropnie boli. Tak okropnie...

- Hanno!

Mam omamy. Przeraźliwy ból uderzył mi do głowy, sprawił, że straciłam resztki opanowania. Oszalałam. Oszalałam. Oszalałam. Słyszę swoje imię. Ktoś mnie woła. Niech przestanie. Chcę... chcę chwili spokoju. Muszę się uspokoić. Tak. To najlepsze wyjście.

Drapię podłogę, a moje paznokcie łamią się. Palce zaczynają krwawić. Moje oko. Boli. Boli. Tak bardzo. Boli. Wczołguję się w mrok. Zajmuję kąt, by odizolować się od krzyku. Muszę pozostać w cieniu. Światło mnie oślepia, światło mnie boli. Okropnie boli. Dreszcze rzucają moimi barkami. Zimno. Dlaczego jest tak zimno?

Przez krzyk skrajnych emocji, nie rejestruję tego, co się dzieje wokół. Nie zauważam, obecności kogoś jeszcze na poddaszu. Dopiero kiedy próbuje mnie pochwycić, zaczynam się bronić. Nie. Nie ma mowy. Nie. Nikt nie zrobi mi już krzywdy. Nie. Nie będę cierpieć. Zaczynam kopać, wymierzać ciosy na ślepo, drapać powietrze.

- Hanno! – ten dźwięk mojego imienia. – Już. Spokojnie.

Przełykając histerię, idę za wskazówkami głosu. Uspokajam się. Próbuję wyrównać oddech. Wdech. Wydech. Wdech. Moje oko. Gdzie jest moje oko?

- Wstań. – nieznana siła podnosi mnie z podłogi, jednak jestem zbyt słaba, by wykonać choćby najdrobniejszy ruch. Poza tym moje oko. Krwawię. Tak mocno krwawię.

- Dobra... dobra. Wszystko już jest w porządku. Jestem tu. Hanno, słyszysz?

Zaciskam palce na materiale. Tym ciepłym, przyjemnym materiale. I wszystko jest jakby lepsze.

- W życiu nie widziałem, by ktoś tak mocno drżał. Coś ci jest? Słyszysz mnie?

- A- Aleksy? – wypowiadam to imię tak ostrożnie, jakbym nie była pewna do końca, czy naprawdę istnieje taki zestaw liter.

- Spokojnie. – ucisza mnie.

A ja wciąż się trzęsę, płaczę, wciąż czuję ten sam okropny ból. I myślę, że to wspaniale, że Aleksy trzyma mnie w swoich ramionach. Gdyby go teraz tutaj nie było, pewnie rozpadłabym się na kawałki.

- Moje oko.

- Co z nim? Pokaż.

Mój podbródek zostaje uniesiony.

- Spróbuj podnieść powieki.

- Nie. Ja... nie. Boli.

- Co się stało?

- Wyjął mi je.

- Kto?

- On. Aleksy... tak okropnie boli. Wszędzie jest tyle krwi.

- Hanno, nie ma żadnej krwi.

- Dużo krwi.

Nagle czuję zimne palce na swojej twarzy. Moja obolała powieka się podnosi. Wtedy też odruchowo otwieram oczy i widzę zaniepokojoną twarz Aleksego. Widzę go. Mogę patrzeć. Jest taki blady.

Potrzebuję chwili, by wszystko poukładać. By uświadomić sobie, że to była po prostu psychoza. To nie było prawdziwe. Nie było. Ale prawdą jest obecność tu, ze mną, kogoś, kto ponoć miał odejść na zawsze. W mojej głowie rodzi się pytanie, które przedostaje się na język.

- Co tu robisz? – słowa zawisają w przestrzeni, kiedy wtulam się w bezpieczne ramiona Aleksego.

- Alarm zabrzmiał dokładnie w chwili, kiedy wychodziłem z ostatnimi papierami. Trochę...trochę się o ciebie martwiłem. Nikt cię nie widział, a znalezienie kogokolwiek w tym tłumie było niemożliwe. Domyśliłem się, gdzie jesteś po tym, jak uświadomiłem sobie, że to ty włączyłaś alarm.

- To nie byłam ja. – warczę.

- Nie kłam. Absolutnie nikt nie wiedział, co się dzieje, a jedyną osobą, której brakowało, byłaś ty.

- Więc po co tu jesteś? Skoro odchodzisz, nie powinieneś się już mną przejmować.

- To bardziej skomplikowane. A teraz chodź. Musimy stąd wyjść, zanim ktoś nas złapie. Możesz iść?

Spoglądam na niego, dziwiąc się czemu nie zapyta, z jakiego powodu tu przyszłam. Czy nie zauważył, że smród zniknął?

Kiwam głową. Tak. Musimy iść.

- Jesteśmy piosenką.

W jednej chwili wszystkie moje mięśnie się napinają. Wszystkie moje zmysły ulegają samodestrukcji. Emocje skaczą w przepaść. I nie zostaje już nic. Nawet strach.

Aleksy cofa się powoli, ciągnąc mnie za sobą, jednocześnie nie spuszcza wzroku z dziecka. Dziewczynka nie ma ręki. Pozostał po niej jedynie skrawek skóry, a czaszka w okolicach czoła została wgnieciona.

- Jesteśmy piosenką. – powtarza.

- Jesteśmy piosenką.

- Jesteśmy piosenką.

Pojawiają się tak nagle. Kompletnie znikąd. Pojawiają się. I zmierzają w naszą stronę, a my zamknięci jesteśmy w kącie. Nie możemy już uciec.

Patrzę na tę makabrę, usiłując wmówić sobie to, co zawsze sobie wmawiam: To tylko moja wyobraźnia. Ale kłamstwo nie działa, ponieważ nawet mój mózg nie wymyśliłby czegoś tak chorego. Dziewczynka bez kończyn pełznie przed siebie, podpierając się brodą. Niektóre ciała nie mają głowy. Niektórym brakuje większości narządów. Niektórzy ciągną za sobą swoje jelita, a z rozprutych brzuchów wylewa się krew.

- Nie. – słyszę urwany szept. – Nie patrz na to.

Dłoń Aleksego ląduje na moich oczach. Ogarnia mnie ciemność, ale ta ciemność jest pocieszająca. Jest dobra. Bo wszystko jest lepsze od widoku rozczłonkowanych ciał dzieci.

- Jesteśmy piosenką. – wciąż powtarzają.

- Znalazłaś. – mówią.

- Uratuj.

Odsłaniam swoje oczy i patrzę. To, co widzę, mnie przeraża, ale z każdą sekundą strach zapodziewa się gdzieś w odmętach niezrozumiałego współczucia.

- Jesteście piosenką. Odnalazłam was. Ale nie mogę już nic zrobić. P-przykro mi. – nie wiem, po co to mówię i czy w ogóle słyszą mój głos. Nie wiem nic.

Dzieci się zatrzymują. Mierzą mnie wzrokiem. Po moich słowach następuje chwila ciszy. A potem wszystkie zaczynają płakać.

Ciąg dalszy: http://straszne-historie.pl/story/12246-Wciaz-patrza-21
Oceń:
2
Oceniać mogą tylko zalogowani użytkownicy

Skomentuj! Daj znać innym co o tym sądzisz!