Wciąż patrzą 8

Dodane przez: kuro, 23.08.2015, 04:13
Reklama:
Spis wszystkich części w profilu autora: http://straszne-historie.pl/profil/6330

Schowałam książkę pod bluzką, mimo gróźb, mimo usilnego namawiania, by pozostawić ją tam, gdzie jej miejsce. Nie dałam się przekonać. Ostatecznie postawiłam na swoim, z czego niezmiernie jestem dumna. Przecież nie mogłam zostawić tam tak istotnego dowodu na... na to, że wcale nie oszalałam, a duchy naprawdę istnieją.
O cholera. Jest ze mną coraz gorzej.

Aleksy próbował przemówić do mojego poczucia moralności, ale to okazało się bezsensowne. Protestował do ostatniej chwili, bym nie wynosiła nic z biblioteki, jednak widząc mój upór, dał sobie spokój. Przecież nawet nikt nie zauważy zniknięcia jednego egzemplarza, więc praktycznie problem nie istnieje. Nie spotkaliśmy też nikogo po drodze, więc uniknęliśmy problemów. I wszystko byłoby dobrze, gdyby tylko ta melodia przestała mnie prześladować. Wpadłam w histerię, kiedy rozbrzmiewała coraz głośniej w mojej głowie. W dodatku Aleksy uparcie twierdził, że nikt nie śpiewa, choć ja byłam święcie przekonana, że jest inaczej. Dobiegała z góry. Z trzeciego piętra tego starego budynku, a kiedy wyszliśmy na korytarz, wydawało mi się, że słyszę więcej niż jeden głos. Właściwie to były miliony głosów. Cichych. Takich... zmęczonych.

Wychodzimy z bloku D. Moje nogi ledwo utrzymują ciężar ciała, więc pozwoliłam się prowadzić. Ta chwilowa niepełnosprawność doprowadza mnie do szaleństwa. Chciałabym móc samodzielnie chodzić, poruszać się bez większych problemów, ale teraz to niemożliwe. Znów czuję się tak, jakby ktoś wyssał ze mnie całą energię. Okropne.

Opuszkami muskam materiał koszulki na brzuchu, sprawdzając, czy książka rzeczywiście nadal tam jest. Jej obecność wydaje mi się abstrakcją, zupełnie jakby zaraz miała zniknąć, jakby była jedynie snem. W sumie dziś przekonałam się, że sny mogą zamienić się w rzeczywistość, ale wciąż nie ufam temu przekonaniu. Naprawdę jestem przerażona tym, co dzieje się wokół mnie. Chcę zasnąć. Po prostu wziąć pastylki i zapaść w sen. Wtedy wszystko wróci do normy. Wtedy wszystko będzie dobrze.

Aleksy popycha szklane drzwi bloku A. Milczeliśmy w czasie drogi między budynkami. Myślę, że trochę go przeraziłam i zmieniła nieco jego spojrzenie na moją chorobę. Mam w dupie, co sobie teraz myli, ale wolałabym, by nie widział mnie w chwilach kompletnego szaleństwa. Boję się, że może komuś o tym powiedzieć, a wtedy plotka rozniesie się dalej. Boję się, że rodzice wyrzucą mnie z pamięci. Boję się zostać tu całkiem sama, choć tak naprawdę nigdy nie było przy mnie nikogo. Nie będą się przyznawać do kopniętej córki w obawie o reputację, co uczyni mnie zwykłym pacjentem psychiatryka. To dla mnie jak wyrok śmierci. Nawet gorzej...

Kiedy jesteśmy już blisko mojego azylu, mimowolnie skupiam uwagę na uchylonych drzwiach pokoju obok. Tego pokoju, w którym rozegrała się scena napadu lękowego szurniętej Zośki. Po plecach przebiegają mi ciarki. Dopóki trzymają ją tam, gdzie trzymają, mam jeden kłopot mniej na głowie i nie muszę bać się o zdrowie fizyczne. Mam nadzieję, że ta wariatka już nigdy tu nie wróci.

Chwytam za klamkę i przechodzę przez próg. Odwracam się w stronę Aleksego, usiłując zapomnieć o tych wszystkich chorych rzeczach. Badam wzrokiem jego zmartwioną twarz. Jemu też przyda się chwila wytchnienia od psychodelicznego świata, a ja teraz chcę zostać sam na sam z niebieskimi tabletkami. Chcę w końcu zasnąć.

- Możesz już iść. – mówię, a wypowiadanie słów przychodzi mi z wielkim trudem.

- Nigdzie nie idę. Musimy porozmawiać.

Wstrzymuję oddech.

O nie. Nie, nie, nie. Takie teksty jak: „Musimy porozmawiać”, „Możesz poświęcić mi chwilę” albo „Pozwól, że zajmę ci moment” oznaczają tylko jedno. Aleksy będzie próbował bawić się w psychiatrę. Będzie zadawał bezsensowne pytania, będzie szukał odpowiedzi. Nie chcę z nim rozmawiać. Nie mam zamiaru gawędzić o swoich problemach tak, jakby to było ważnego. Wiem, że wszyscy mają mnie w dupie. Nikt nie chce mi pomóc naprawdę, bo wiedzą, że to niemożliwe. Jestem kopnięta w czoło. Na to nie ma skutecznego lekarstwa.

Postanawiam go olać.

- Daj mi szansę, by...

- Daj mi święty spokój!

Chwytam za klamkę, chcąc zamknąć mu drzwi przed nosem, ale zostaję powstrzymana. Krzyczę, grożę, ale on bez słowa wchodzi do mojego pokoju. Odwracam się więc na pięcie, ponieważ to jedyne, co mogę teraz zrobić i podchodzę do metalowego łóżka. Ostentacyjnie okazuję swoje oburzenie.

- Czy to się zdarza często? – pyta, przysuwając krzesło.

- Co?

- Często słyszysz... głosy?

Nabieram powietrza w płuca, przygotowując się zamienienia myśli w słowa. W międzyczasie chwytam poduszkę i dokładnie ją obmacuję. Zmysłem dotyku, chcę ustalić położenie antydepresantów, które tu schowałam, ale z jakiegoś powodu nie mogę ich wyczuć.

- To nie schizofrenia. Żaden syndrom, żadna mania prześladowcza. Nie mam też rozdwojenia jaźni, zaburzeń afektywnych i paranoi. – kłamię. – Stwierdzono brak nerwicy, autyzmu, zmian w mózgu.

- Więc czemu tu jesteś?

Ignoruję pytanie. Prawie rozdzieram guziki poszewki, wypruwając jej zawartość. Moje ciało zaczyna się trząść niesamowicie mocno. Jestem zdenerwowana, przestraszona, słaba. Muszę łyknąć prochy. Badam dłonią wnętrze, rozpaczliwie poszukując fiolki, którą schowałam. Jeszcze rano tu była, sprawdzałam to. Może po moim wyjściu przyszło sprzątanie i ktoś się połapał, że nie powinnam mieć tych leków. Ale nie. To niemożliwe. Gdyby robili cokolwiek w moim pokoju, zauważyłabym. Poza tym jest zbyt wcześnie, by wykonywać tego rodzaju prace. Tylko ja wiedziałam, gdzie ukryte są tabletki. Tylko ja mogłam coś z nimi zrobić...

Zerkam nieufnie na Aleksa, który siedzi obok i przygląda mi się. To na pewno jego sprawka. W jakiś dziwny, niewytłumaczalny sposób dostał się tu, by zabrać moją jedyną, niebieską nadzieję. Zna już teren, więc szybkie przemieszczenie się między budynkami, jest możliwe.

- Hanna.

W chwili, w której słyszę jego głos, robię się wściekła. Konkretny wkurw, zdusza resztki zdrowego rozsądku i chwilę później rzucam się na niego. Chwytam materiał jego koszulki. Zaciskam na niej palce tak mocno, że moje kości prawie piszczą.

- Oddaj mi je! – warczę.

- Uspokój się. Nie wiem nawet, o co ci chodzi.

- Moje tabletki. Wiem, że mi je zabrałeś. ODDAJ MI FIOLKĘ. MUSZĘ TO PRZESPAĆ!

- Nie mam twoich tabletek! – Aleksy chwyta mnie za nadgarstki. – Opanuj się.

Wkurza mnie tan spokojny ton. Wkurza mnie troskliwe spojrzenie. Wkurza mnie wszystko. Przecież nie zniknęły ot tak! Ktoś tu wlazł i je ukradł, ktoś je zabrał, zabrał, zabrał, zabrał. I co teraz zrobię? Przecież muszę je wziąć. Inaczej oszaleję, choć nie jestem pewna, czy to już nie nastąpiło. Muszę zacząć trzeźwo myśleć. Uspokój się, uspokój, uspokój, uspokój.

- Dobra... Nie wiem, jak to się stało, że ZAGINĘŁY MOJE PASTYLKI, ale jeśli nie mogę odzyskać starych, to pójdę po nowe.

Jedno mocne szarpnięcie wystarczy, by wyrwać się z uścisku Aleksego. Pewnym krokiem zmierzam w stronę drzwi, kiedy nagle znów zostaję powstrzymana. Pod wpływem emocji, unoszę rękę i kieruję otwartą dłoń prosto w jego policzek, jednak w ostatniej chwili Aleksy łapie mój nadgarstek.

- Nie... nie możesz. – mówi, patrząc na mnie zbyt poważnie.

- Nigdy więcej – wycedzam przez zaciśnięte zęby. – mnie nie dotykaj.

Odwracam się, zmierzam do wyjścia. Czuję jak złość zaciska palce na moim gardle.

- I co chcesz zrobić? Wejdziesz do gabinetu i zaczniesz rzucać przedmiotami? Zażądasz antydepresantów, których nie potrzebujesz? Myślisz, że ci je dadzą?

Ignoruj go, Hanna. Ignoruj tego sukinsyna, który zabrał ci jedyną nadzieję na spokojną noc. Jakoś muszę zdobyć te prochy. Chwytam za klamkę, odpychając drzwi. Wychodzę na korytarz. Trzask upewnia mnie w przekonaniu, że teraz od Aleksego dzieli mnie solidna ściana.

I nagle dzieje się coś dziwnego.

Stoję na całkiem pustym korytarzu. Wokół nie ma kompletnie nikogo. Nikogo. Gdzie podziali się wszyscy? Dyżurni, pielęgniarki, świry? Gdzie oni poleźli, do cholery? Zimne odbicie słońca na białych ścianach sprawia, że drżę. Jest tak pusto. Nigdy nie było tu aż tak spokojnie. Aż tak złowrogo.

Rozpoznaję uczucie, które kłębi się w mojej duszy. Samotność. Czuję się bardzo samotna. Okropnie, okropnie samotna. Mam wrażenie, że nie tylko zostałam sama na korytarzu psychiatryka, ale też w całym wszechświecie. Zamarzłam od środka przez szalejące we mnie przerażenie. Otulam swoje ciało rękami, by utrzymać przy sobie resztki ciepła. Nie mam pojęcia, w którą stronę iść, choć przechadzałam się tymi trasami milion razy. Nie jestem w stanie nawet się ruszyć. Jest tak zimno. Mam wrażenie, że moje serce zamieni się w lód.

Nagle skrzypienie drzwi wyrywa mnie ze świata myśli. Cichy odgłos jest niemal niewychwytywalny, jednak ja go zauważam. Słyszę wyraźnie, jak przedziera się przez monotonną ciszę. Słyszę, jak upiornie rozbrzmiewa w przestrzeni.

Odwracam głowę w stronę dźwięku.

Zaciska zęby do granic możliwości dziąseł. Chcę krzyknąć. Naprawdę chcę błagać kogoś, kogokolwiek o pomoc, ale nie jestem w stanie. Widok postaci w papierowej sukience, z twarzą pochłoniętą przez skołtunione włosy, odbiera mi możliwość oddychania. Sylwetka trwa nieruchomo w jednej pozie. Jest naprzeciwko mnie. Jej obecność tu, wydaje się kompletnie nierzeczywista, co utwierdza mnie w przekonaniu, że właśnie nadszedł koniec mojej stabilności umysłowej. Po raz kolejny: oszalałam.

Postać przekrzywia głowę na bok. Widzę jej mętne oko z niebieską tęczówką.

- Jesteś. – mówi. – Tak dobrze.

Rozpoznaję ten głos. Przenoszę wzrok na prawą rękę kobiety i zauważam kilka ran po kłuciu igłą. Ona tu jest. Wróciła.

- C-co? – wykrztuszam.

- Jesteś wiarą. Odnajdź cierpienie, bo tylko ty możesz.

- Ja?

Zośka uśmiecha się krzywo, sprawiając wrażenie osoby mocno szurniętej w głowę. A może to nie wrażenie, przecież ona naprawdę jest pogrzana.

Zaczyna chichotać.

- Jesteśmy piosenką! – wykrzykuje, kręcąc piruety, a mi zamarza krew w żyłach. – Jesteśmy piosenką! Jesteśmy piosenką!

Wokół mnie pojawiają się ludzie. Wszystko wraca do normy jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Wszystko staje się normalne. Wszystko powraca.

Jedna z pielęgniarek podbiega do skaczącej kobiety i okrywa ją kocem. Mówi, że kazała jej nie wstawać, zwraca się do pielęgniarza, by zaprowadził ją do pokoju i przypiął pasami. Inna dziewczyna wyciera krew płynącą wzdłuż ręki psycholki. Karci ją za wyrwanie kroplówki.

A ja? Ja wciąż stoję bez ruchu, nie mogąc pozbierać odłamków swojej równowagi emocjonalnej. Chyba umrę z niedowierzania. Wykrwawię się szokiem, ponieważ nie docierają do mnie słowa, które właśnie powiedziała. Powtórzyła to nieszczęsne zdanie wypisane na książce.

- Co się dzieje?

- Zaprowadźcie wszystkich do pokoi.

- Podajcie tabletki.

- Uspokójcie ich.

Wciąż nie może to do mnie dotrzeć. Patrzę w stronę, w którą idzie Zośka. Myślę, że właśnie przestałam się jej tylko obawiać. Teraz się, kurwa, boję.

Nie pozwala mi nawet dokończyć przeklinania w myślach, bo odwraca głowę i spogląda na mnie spod rozczochranej czupryny.

- Nie można ci zasnąć.

I już wiem, że zniknięcie tabletek to jej sprawka.

Za moimi plecami otwierają się drzwi. Dwa ciche kroki upewniają mnie w przekonaniu, że Aleksy jest obok.

- I co? Jak poszła wyprawa po tabletki? – drwi.

Odwracam się powoli. Nigdy nie miałam zamiar tego robić. Nigdy nie pozwoliłabym sobie na coś takiego, ale teraz jest inaczej. Wszystko się... wali. Cały mój świat ulega destrukcji, a ja jestem święcie przekonana, że gdybym tylko zdołała wyjaśnić tę sprawę z Zośką, pojawiającymi się dziewczynkami i melodią, odzyskałabym mój spokój. Jednak sama nie dam rady, dlatego podejmuję decyzję. Muszę prosić Aleksego o pomoc.

Jeszcze przez kilka uderzeń serca zastanawiam się, czy to, co zrobię, nie zaprowadzi mnie do pokoju bez klamek, ale w sumie nie mam nic do stracenia. Najwyżej potrzymają mnie kilka dni w zamknięciu, potem znów będę wolna.

Zaciskam palce na jego rękawie i ciągnę go z powrotem do pokoju. Zatrzaskuję drzwi, upewniając się, że nikt nie będzie nam przeszkadzał.

- Siadaj. – rozkazuję.

Aleksy wciąż tkwi w miejscu z zaniepokojonym wyrazem twarzy. Pewnie myśli, że zaraz każę mu się rozebrać i tańczyć taniec deszczu.

- Usiądź, bo to, co ci powiem, sprawi, że zemdlejesz.

- Chodzi o twoją chorobę?

Podnoszę koszulkę do góry, ale okazuje się, że muszę również zdjąć sweter. Widzę kątem oka, jak na policzki Aleksego wypływają rumieńce. Wkurwia mnie. Zaraz chyba przywalę mu za te sprośne myśli. Jak może w takiej chwili... eh, wybaczę mu. W końcu to facet. Wyjmuję książkę spod ubrań i kładę ją na łóżku.

- To może zabrzmieć jak kompletna bzdura, ale musisz mi uwierzyć. Przysięgnij, że mi uwierzysz. – nachylam się w jego stronę. Mam nadzieję, że moja poważna mina wymusi na nim posłuszeństwo. – Przysięgnij, że uwierzysz!

- Dobra, tylko się odsuń. – mówi, zasłaniając dłonią czerwone policzki. Jest tak żałośnie zawstydzony, że zaczyna mnie to bawić. W sumie mogłabym to wykorzystać... ale chyba nie jestem aż tak złym człowiekiem.

- Przysięgam, że ci uwierzę, nawet jeśli to, co powiesz, będzie kompletnie bez sensu.

Biorę głęboki oddech. Zbieram w sobie kawałki zdecydowania, układam w głowie wszystkie fakty, o których muszę mu powiedzieć. To moja szansa na zaznanie spokoju. Jeśli mi pomoże, dziewczynka zniknie, jeśli dziewczynka zniknie, wyjdę z psychiatryka. Plan doskonały.

- Mój problem polega na tym, że prześladują mnie dziwaczne cienie. Kilka miesięcy miałam spokój i nagle BANG! Jeśli zasypiam albo coś, to pojawia się taka malutka dziewczynka. Ma całkiem czarne oczy, a od kilku dni śpiewa. Ukazała mi się we śnie, jak kładła książkę na regał. Poszłam tam, bo co niby miałam zrobić. Słyszałam, jak nuci na górze, ale to zignorowałam. Sam widziałeś, co napisała na kartkach. Teraz wracam do pokoju, nie ma tabletek. Jakbym to przespała, to bym tego nie słyszała, sam rozumiesz. I wychodzę na korytarz i co słyszę? Zośka mówi mi, że nie mogę zasnąć. Kiedyś powiedziała też, że potrzebują mojej pomocy, ale ja nie mam pojęcia kto. – mówię tak szybko, że zaczynam się dusić. Wyrzucam słowa, upewniając Aleksego w przekonaniu, że jestem wariatką. Widzę strach w jego oczach.

Popadam w rozpacz, kiedy nadzieja na pomoc z jego strony ucieka. Muszę go przekonać. Inaczej nie poradzę sobie z tym. Chwytam książkę i przerzucam kartki, szukając zapisanych stron.

- Sam przecież widziałeś te napisy. Twierdzą, że są piosenką. – przeszukuję dokładnie całą książkę, ale po napisach nie ma śladu. Zniknęły. Ale przecież tu były...

- Hanna.

- Widziałeś to. – warczę. – Też widziałeś te litery.

- Widziałem.

Rzucam książkę na jego kolana.

- Teraz ich nie ma.

Zaczynam chodzić po pokoju. Robię wielkie koła, mając nadzieję, że to pomoże mi się uspokoić. Słyszę, jak Aleksy przegląda kartki.

- To tylko stany lękowe. Potwory nie istnieją.

- Dzięki wiesz... zajebisty z ciebie lekarz.

- Dobra. – wzdycha. – Czyli mam ci pomóc znaleźć „przyczynę” twojego „szaleństwa”

- Dzięki Bogu załapałeś.

Opieram się o drzwi szafy. Moje dłonie wciąż nie przestały drżeć. Czuję się słabo, ale walczę z tym. Nie mogę zasnąć, tak powiedziała, i jeśli mam nie spać nawet przez miesiąc za cenę spokoju, zrobię to. Nie ustąpię. Jeśli Aleksy się nie zgodzi, poradzę sobie sama, choć ciągle mam nadzieje, że go złamałam.

- Nie mam zamiaru bawić się w szukanie duchów czy innych stworów, ale pomogę ci. Jako lekarz, przysięgam. Udowodnię, że jesteś jedynie chora. Pomogę ci Hanna. Dotrzemy do źródła twoich lęków. Ta mini terapia powinna pomóc.

- Nazywaj to, jak chcesz. – prycham.

Wypuszczam powietrze z głośnym świstem. Usiłuję nie okazywać tego, jak bardzo się cieszę. Nareszcie mam kogoś po swojej stronie.

Ciąg dalszy: http://straszne-historie.pl/story/11679-Wciaz-patrza-9
Źródło: 141
Oceń:
1
Oceniać mogą tylko zalogowani użytkownicy

Skomentuj! Daj znać innym co o tym sądzisz!