Siedem grzechów głównych

Dodane przez: vegaspl, 24.03.2018, 21:10
Reklama:

Chci­wość

Zaw­sze uwa­ża­łem, że wła­dza nisz­czy czło­wieka. Młody czło­wiek, star­tu­jąc w życie, widzi świat przez różowe oku­lary. Ma cel i chce go speł­nić wszel­kimi moż­li­wymi spo­so­bami. Moim celem była naprawa świata. Zdaję sobie sprawę, że to bar­dzo okle­pana ambi­cja, ale ja, tak jak wielu uważa w tym wieku, że jest kimś wyjąt­ko­wym. Uważa, że ma nie­sa­mo­witą moc, zdolny jest prze­no­sić góry i zdoła zmie­nić świat na lep­sze. Trzeba być nie­sa­mo­witym pesy­mi­stą, żeby będąc mło­dym, nie mieć ambi­cji stwo­rze­nia cze­goś wiel­kiego. To piękne uczu­cie, kiedy koń­cząc szkołę śred­nią wydaje Ci się, że dosta­łeś bilet do speł­nie­nia. Cały świat jest Twój. Jed­nak życie poka­zuje, że nie jest usłane różami. Mam wra­że­nie, że do samego końca tego nie zro­zu­mia­łem. Od samego początku wią­za­łem swoje życie z poli­tyką. Rozmy­śla­łem nad róż­nymi spo­so­bami doj­ścia do wła­dzy. W moim kraju pano­wała demo­kra­cja, więc oczy­wi­stym by było przy­go­to­wać kam­pa­nię wybor­czą oraz prze­ko­na­nie więk­szo­ści do swo­ich racji. Do dwu­dzie­stego pią­tego roku życia wszystko pla­no­wa­łem. Musi­cie wie­dzieć, że prawo pań­stwa w któ­rym żyłem, zezwa­lało na uczest­ni­cze­nie w wybo­rach dopiero od tego wieku. Skru­pu­lat­nie ana­li­zo­wa­łem każdy prze­pis prawny, posia­da­łem sto­sowne wykształ­ce­nie do sta­no­wi­ska naczel­nika kraju oraz zebra­łem grupę ludzi – i to cał­kiem pokaźną – któ­rzy tak jak i ja, chcieli zmie­nić ten kraj na lep­sze. Tuż przed osią­gnię­ciem bariery wie­ko­wej, dzie­lą­cej mnie od upra­gnio­nego stołka, w kraju wyda­rzyło się coś co mogło w teo­rii pokrzy­żo­wać moje plany. W prak­tyce jed­nak, bez tego ni­gdy nie został­bym tym, kim byłem. Wybu­chła wojna domowa. Spo­wo­do­wana była niby nie­zna­czą­cymi sło­wami, wypo­wie­dzia­nym publicz­nie, w nie­od­po­wied­nim momen­cie. „Ta czarna kurwa” to słowa kie­ro­wane przez poli­tyka par­tii rzą­dzą­cej, opi­su­jące przed­sta­wi­ciela mniej­szo­ści naro­do­wej. Mój kraj bory­kał się w tym cza­sie z falą rasi­zmu i kon­tro­wer­sji spo­łecznych przez roz­ra­sta­jącą się nację ciem­no­skó­rej lud­no­ści we wschod­niej czę­ści naszych ziem. Podział opi­nii był mniej wię­cej pół na pół, połowa była po stro­nie mniej­szo­ści, druga zaś była zde­cy­do­wa­nie prze­ciwna nawet ist­nie­niu takich ludzi. Póź­niej nastą­pił efekt kuli śnież­nej. Roz­po­częły się masowe pro­te­sty, walki na uli­cach, zabój­stwa poli­ty­ków, pre­ze­sów wszel­kiego rodzaju mediów oraz waż­niej­szych oso­bi­sto­ści w kraju. Ujrza­łem w tym swoją szansę. Opo­wia­da­jąc się po stro­nie mniej­szo­ści, za sprawą naby­tej wie­dzy zdo­ła­łem spraw­nie pokie­ro­wać zaso­bem ludz­kim, dopro­wa­dzając ich do dru­zgo­cą­cego zwy­cię­stwa. Oba­li­li­śmy par­tię rzą­dzącą, oba­li­li­śmy kon­sty­tu­cję, wszyst­kie dotych­czas ist­nie­jące insty­tu­cje prze­stały ist­nieć. Prawdopodob­nie w podzięce za zasługi pod­czas rewo­lu­cji, wybrano mnie na zarządcę nowo powsta­łego pań­stwa. Dopusz­czam do sie­bie myśl, że ta decy­zja mogła być spo­wo­do­wana moimi kwa­li­fi­ka­cjami na to sta­no­wi­sko. Pro­sty lud – bo takim kie­ro­wa­łem – zawsze lubi być kie­ro­wa­nym przez kogoś mądrzej­szego od sie­bie. Dla­tego wybrano mnie. Można powie­dzieć, że w tym momen­cie speł­ni­łem swoje życiowe marze­nie. I wtedy wszystko zaczęło się sypać. Moje spra­wo­wa­nie wła­dzy opie­rało się na rzą­dach auto­ry­tar­nych – chcia­łem wie­dzieć o wszyst­kim, chcia­łem spra­wo­wać wła­dzę nad wszyst­kim, chcia­łem aby wszystko było moje. Za nie­sub­or­dy­na­cję surowo kara­łem. Z każ­dym dniem moja pew­ność sie­bie rosła i tak zatra­ci­łem się w swo­jej wła­dzy, że nawet nie zauwa­ży­łem kiedy grupka moich najbar­dziej zaufa­nych poplecz­ni­ków zaczęła spi­sko­wać prze­ciwko mnie. Moje rządy może i polep­szyły stan­dard ludzi, ale nie­wiel­kiej grupy i to tylko tej przy­chyl­nej do mojej osoby. Opo­zy­cja nie ist­niała. Każdy prze­jaw sta­wia­nia oporu skut­ko­wał naj­wyż­szą karą. Ludziom, któ­rzy byli ze mną od samego początku nie spodo­bało się to. Zro­zu­mieli, ze moja chci­wość mnie zmie­niła i zapo­mnia­łem już o sta­rych war­to­ściach, do któ­rych wspól­nie dąży­li­śmy. Do tego doszły pro­te­sty lud­no­ści, która była nie­za­do­wo­lona gło­dem, bra­kiem pracy i innymi nie­do­god­no­ściami pły­ną­cym z nowego porządku. Na samym początku kaza­łem do nich strze­lać, bo jak już wcze­śniej mówi­łem, nie tole­ro­wa­łem jakie­go­kol­wiek oporu. Pro­blem zaczął być pro­ble­mem, gdy zbun­to­wało się rów­nież woj­sko i poli­cja. Wtedy zorien­to­wa­łem się, że nie mam już żad­nej broni do obrony przed rząd­nym mojej krwi tłu­mem. Pamię­tam ostat­nie chwile mojego życia. Sta­łem przed oknem, zaba­ry­ka­do­wany w swoim gabi­ne­cie mojej pry­wat­nej rezy­den­cji. Patrzy­łem przez nie na budynki rażące jaskra­wym świa­tłem pło­mieni. Ulice stały w ogniu. Sły­sza­łem krzyk tłumu. Ludzie stali z bejs­bo­lami, macze­tami, pochod­niami tuż przed głów­nym wej­ściem, pró­bu­jąc wejść do środka. Pomy­śla­łem sobie wtedy, że histo­ria cią­gle zata­cza koło. Coś, co dopro­wa­dziło mnie na szczyt, zrzuca mnie z niego. Po mnie przyj­dzie nowy rewo­lu­cjo­ni­sta, który rów­nież zosta­nie zrzu­cony i będzie tak w kółko, aż nie pojawi się ktoś, kto fak­tycz­nie zmieni ten bur­del w spraw­nie dzia­ła­jące pań­stwo. Szkoda, że zro­zu­mia­łem swoją głu­potę dopiero na sam koniec. Przy­ło­ży­łem wtedy pisto­let do skroni. Trzy­małem go dla bez­pie­czeń­stwa, ni­gdy wcze­śniej go nie uży­łem. Nigdy nie sądzi­łem, że pierw­sza kula wystrze­lona z niego poleci w moją stronę. Nigdy też nie sądzi­łem, że to ja będę po jed­nej i po dru­giej stro­nie broni. Ostat­nie co usły­sza­łem to trzask pęka­ją­cych drzwi i huk wystrzału. A póź­niej była już tylko ciem­ność.

Zaz­drość

Pocho­dziłem z bied­nej rodziny. Ojciec był alko­holikiem. Mama zwy­kłą kobietą, sta­ra­jącą się wią­zać koniec z koń­cem. Gdy patrzy­łem zza rogu jak ją bije, sta­ra­łem się zro­zu­mieć czy to wła­śnie jest miłość. Jeśli była, to szkoda że tylko jed­no­stronna. Matka ni­gdy nie ode­szła od ojca, zbyt bar­dzo go kochała, nawet patrząc przez pry­zmat tego co jej robił. Spo­kój w domu był dopiero wtedy, gdy nachlał się do tego stop­nia, że nie był w sta­nie się poru­szać. Wymio­to­wał wtedy na wszystko wokół, a matka sta­rała się to na bie­żąco sprzą­tać. Żyli­śmy z zasiłku dla bez­ro­bot­nych, a w naszym kraju to cud jeśli kto­kol­wiek był w sta­nie za to prze­żyć. Widocz­nie nasza rodzina była cudowna. Uczęsz­cza­łem do szkoły gdzie byłem stale wyszy­dzany. Śmiali się, że pato­lo­gia, że bie­dac­kie ciu­chy, że przy­cho­dzę do szkoły z poobi­janą twa­rzą. Nau­czy­ciele i dyrek­cja nie­zbyt się tym przej­mo­wali, szcze­gól­nie bio­rąc pod uwagę to, że czę­sto wpa­da­łem w kło­poty. Nie­zbyt mnie lubili i nie chcieli mi pomóc. Prak­tycz­nie dla każ­dego, oprócz mojej mamy, lepiej by było gdy­bym umarł. Mia­łem też czę­sto myśli samo­bój­cze. Jedyne co mnie od tego odcią­gało to moja matka. Wie­dzia­łem, że nie prze­żyje jeśli zosta­wię ją z tym samą. Nie­na­wi­dzi­łem wszyst­kich wokół. Zaz­dro­ści­łem im wszyst­kiego co mieli. Nor­mal­nego życia, pie­nię­dzy, miło­ści w domu, miło­ści ze strony płci prze­ciw­nej, po pro­stu wszyst­kiego. Moja zazdrość była na takim pozio­mie, że czę­sto chcia­łem ich wszyst­kich zabić, żeby zabrać im moż­li­wość nor­mal­nego życia. Uwa­ża­łem, że jeśli ja nie mogę tego mieć, to oni rów­nież. Wspo­mnia­łem o tym, że czę­sto wpa­da­łem w kło­poty. W więk­szo­ści to były bójki z tymi, co mnie obra­żali. Nie umia­łem się bro­nić wer­bal­nie i moim naj­lep­szym argu­men­tem była pięść. Przez te bójki, wszy­scy nie­na­wi­dzili mnie jesz­cze bar­dziej. Zda­rzały się rów­nież drobne kra­dzieże. Gdy wycho­dziło wszystko na jaw, byłem wysy­łany do dyrek­tora, gdzie dosta­wałem solidny opier­dol. Naj­gor­sza sytu­acja była, gdy chcia­łem ukraść tort ze sklepu. Był wtedy moje uro­dziny. Nawet nie spo­dzie­wa­łem się dostać jakich­kol­wiek życzeń, o pre­zen­cie nie wspo­mi­na­jąc. Pomy­śla­łem, że cho­ciaż sam zjem tort, zdmuchnę sam świeczki i pomy­ślę życze­nie. Jeśli Bóg ist­nieje, to wła­śnie w takich przy­pad­kach powi­nien inge­ro­wać. Zła­pałem więc tort i wybie­głem ze sklepu. No i nie­stety szybko dałem się zła­pać. Została wezwana poli­cja. Nie dosta­łem żad­nej kary, bo nie dość, że byłem mło­do­ciany, to w dodatku niska waga czynu i tylko odwieźli mnie do domu. Traf chciał, że ojciec wtedy nie leżał pijany, był nawet w miarę trzeźwy. Gdy poli­cja opu­ściła nasz dom, dosta­łem taki wpier­dol, jak ni­gdy. Stra­ci­łem wtedy dwa zęby. Po powro­cie do szkoły dosta­łem nowe prze­zwi­sko – szczer­baty. Sły­sza­łem to na każ­dym kroku. Nawet nauczy­ciele tro­chę się pod­śmie­wali i twier­dzili, że było się nie bić to bym miał zęby na swoim miej­scu. Nie mia­łem już wtedy zaufa­nia do nikogo. Czu­łem się jak wyrzu­tek spo­łeczny, jak ktoś kto nie powi­nien ist­nieć. Dosłow­nie, jak śmieć. Zgnie­ciony, pode­ptany, gni­jący na śmiet­niku spo­łe­czeń­stwa, cze­ka­jący aż śmie­ciarka wywie­zie go na wysy­pi­sko. I wtedy coś się zmie­niło. Na kory­ta­rzu zauwa­ży­łem uśmie­cha­jącą się w moim kie­runku dziew­czynę. Pode­szła do mnie i zapy­tała czy wszystko w porządku. Nawet jej nie odpowie­dzia­łem. Myśla­łem, że to pod­pu­cha, stwo­rzona przez moich wro­gów. Wro­giem nazy­wałem każ­dego czło­wieka cho­dzą­cego po ziemi. Odsze­dłem szybko a ona została w tym samym miej­scu, odpro­wa­dza­jąc mnie wzro­kiem. Uda­łem się do miej­sca, gdzie zawsze spę­dza­łem czas w szkole. Nie­da­leko pokoi dla kon­ser­wa­to­rów była wnęka w ścia­nie, gdzie trzy­mano jakiś nikomu nie potrzebny syf, w stylu poła­ma­nych szczo­tek. Tam czu­łem się jak wśród swo­ich. Ta sama dziew­czyna, ta z kory­ta­rza, zna­la­zła mnie w moim taj­nym miej­scu. Przy­sia­dła się do mnie nic nie mówiąc. Dopiero po chwili mil­cze­nia powie­działa, że nazywa się Monika. Na początku nie odpowie­dzia­łem, ale po jakimś cza­sie zdra­dzi­łem swoje imię. Nor­malna roz­mowa, dowie­dzia­łem się, że była w podob­nej sytu­acji do mojej. Może nie tak tra­gicz­nej, ale podob­nej. Obser­wo­wała mnie od początku roku i dopiero teraz odwa­żyła się zaga­dać. Po kon­wer­sa­cji z nią obu­dziły się we mnie jakie­kol­wiek pozy­tywne uczu­cia, tak bar­dzo ukryte pod war­stwami smutku i zazdro­ści od wielu lat. Następne dni spę­dza­łem z nią. Prak­tycz­nie każdą prze­rwę. Z bie­giem czasu zro­zu­mia­łem, że Monika nadała nowy sens mojemu życiu, które dotych­czas nie miało żad­nego powodu by trwać. Z nią nawet to jak byłem upo­ka­rzany nie miało żad­nej war­to­ści, bo zawsze była ona, która mnie pocie­szała i dzięki temu wie­dzia­łem, że nic nie może sta­nąć mi na dro­dze. Nie­stety, inni ucznio­wie to zauwa­żyli. Prze­sta­łem być głów­nym celem ich ata­ków, skie­ro­wali za to swoją uwagę na Monikę. Doszło nawet do pobi­cia. Myśla­łem, że roz­niosę cały budy­nek. Dotar­łem do tego, który to zro­bił i odpła­ci­łem mu się tak, że tra­fił do szpi­tala. Zosta­łem w kon­se­kwen­cji zawie­szony w pra­wach ucznia. W prak­tyce ozna­czało to codzienne spę­dza­nie czasu z ojcem i dosta­wa­nie łomotu. Po powro­cie, dowie­dzia­łem się, że Monika nie wytrzy­my­wała psy­chicz­nie i prze­nio­sła się do innej szkoły, daleko ode mnie. Ten, który był za to odpo­wie­dzialny, widząc mnie, szcze­rzył się tylko. Dumny z sie­bie, śmiał się ze świa­do­mo­ścią, że zepsuł komuś życie. W tam­tym momen­cie stra­ci­łem bez­pow­rot­nie jedyne na czym w życiu mi zale­żało. Chcia­łem jedy­nie się zemścić. Nie wspo­mi­na­łem o tym wcze­śniej, ale mój ojciec jest byłym woj­sko­wym. Miał pozwo­le­nie na broń i trzy­mał ją w domu. Ukra­dłem mu ją i posze­dłem z nią do szkoły. Część z Was już wie, jak ta histo­ria się zakoń­czy. Wcho­dząc do szkoły odda­łem pierw­szy strzał, pro­sto w dyrek­tora. Nagle wybu­chła panika, wszy­scy zaczęli ucie­kać, a ja strze­la­łem do każ­dego, kto się nawi­nął. Mia­łem trzy czy cztery maga­zynki, więc nie żało­wa­łem kul. Zabi­łem mojego głów­nego oprawcę, kilku nauczy­cieli, kilku uczniów i nawet panią szat­niarkę. Ściany były uma­zane we krwi, gdyż kule przecho­dziły na wylot. To był dość silny pisto­let, porów­nał­bym go nawet z Magnum 44. Ledwo utrzy­my­wa­łem go w rękach pod­czas odda­wa­nia kolej­nych strza­łów. Nie­stety, do dzi­siaj nie wiem jak się nazy­wał. Część moich nie­do­szłych ofiar wydo­stała się na zewnątrz i zawia­do­miła poli­cję. Zje­chał się oddział anty­ter­ro­ry­styczny. Weszli do budynku pod­czas gdy ja sie­działem zabun­kro­wany w sali, mając paru zakład­ni­ków. Pró­bo­wali nego­cjo­wać, ale nie mieli mi nic do zaofe­ro­wa­nia. Nie zgo­dzi­łem się na per­trak­ta­cje. Kaza­łem im wypier­da­lać. Gdy nie posłu­chali i dalej pró­bo­wali roz­mowy, zabi­łem kolejną osobę. Potem kolejną. I jesz­cze. Mie­rzy­łem już w przedostat­nią, gdy pod­czas pocią­ga­nia za spust usły­sza­łem głu­che klik­nię­cie. Pusty maga­zy­nek. Nie zdą­ży­łem nawet prze­ła­do­wać, gdy oddział wpadł do sali wywa­ża­jąc drzwi – czy nawet wysa­dza­jąc, w szoku nie byłem pewny – i odda­jąc pre­cy­zyjny strzał w moją głowę. Do końca życia nie czu­łem się winny, nie uwa­ża­łem żeby to co zaszło, było moją winą. Nie wiem czym zawi­ni­łem, że musia­łem żyć takim życiem. Wtedy, upa­da­jąc, zro­zu­mia­łem, że jeśli Bóg ist­nieje to jest zwy­kłą szują, jest jak mały chło­piec sto­jący z lupą nad ogni­skiem i patrzący na cier­pie­nie mró­wek, palo­nych żyw­cem. I zro­zu­mia­łem, że wła­śnie wyru­szam na spo­tka­nie z nim by powie­dzieć mu co o nim myślę, nie szczę­dząc przy tym epi­te­tów. A potem była już tylko ciem­ność.

Nie­czy­stość

Bieda dopro­wa­dza do róż­nych skraj­no­ści. Nawet do odda­wa­nia swo­jego naj­cen­niej­szego daru jakim jest ciało, w ręce oble­chów któ­rzy myślą tylko o zaspo­ko­je­niu swo­ich przy­ziem­nych potrzeb. Byłam stu­dentką psy­cho­lo­gii. Moją pierw­szą pracą było call-cen­ter. Sie­dzia­łam po 8 godzin w gło­śnym biu­rze, śred­nio co dzie­sięć minut roz­ma­wia­jąc przez tele­fon z nową osobą. Do moich zadań nale­żało: wci­ska­nie kitu sta­rusz­kom, wkrę­ca­nie w umowy na które nikogo nie było stać oraz sprze­da­wa­nie nikomu nie potrzeb­nego syfu. Po każ­dym dniu pracy ciężko było mi zasnąć. Mia­łam wyrzuty sumie­nia. Z każ­dym dniem coraz bar­dziej zda­wałam sobie sprawę ile osób wpa­ko­wa­łam w poważne kło­poty. Moja stawka to było jakieś sześć zło­tych za godzinę, plus pre­mia od sprze­da­nego towaru czy też wci­śnię­tej umowy. Dodat­kowo – jak to w kor­po­ra­cji – dono­sze­nie na współ­pra­cow­ni­ków, wyścig szczu­rów i nie­sa­mo­wity stres. Po mie­siącu dosta­łam pierw­szą wypłatę. Łącz­nie zaro­bi­łam przez ten mie­siąc dzie­więć­set pięć­dzie­siąt zło­tych. Po opła­ce­niu czyn­szu za miesz­ka­nie zostało mi pięć dych na prze­ży­cie. Zrozumia­łam, że to nie ma sensu. Rzu­ci­łam tą pracę. Naza­jutrz zaczę­łam szu­kać nowej. Wpadł mi do głowy pewien może nie do końca moralny, ale przy­no­szący cał­kiem nie­złe korzy­ści pomysł. Zaczę­łam się roz­bie­rać przed kamerką na pew­nej stro­nie inter­netowej, cał­ko­wi­cie poświę­co­nej takiemu dzia­ła­niu. Nie­skrom­nie się przy­znam, że mia­łam cał­kiem ładne, zgrabne ciało. Dzięki temu zyski­wa­łam coraz więk­szą popu­lar­ność na por­talu. Śmie­szyło mnie to tro­chę w sumie, gdy wyobra­ża­łam sobie masę nie­speł­nio­nych sek­su­al­nie face­tów, któ­rzy pła­cili za moż­li­wość mastur­ba­cji do mojego pokazu. Mogę nawet rzec, że tro­chę nimi gar­dzi­łam. Więk­szość ludzi powie­działa by o tym – obrzy­dliwe. Dla mnie to było cał­kiem zabawne. Po tygo­dniu mój zysk wyno­sił tyle ile dosta­łam po mie­siącu w poprzed­niej pracy. Wtedy też dosta­łam na pry­watną skrzynkę wia­do­mość od pew­nej agen­cji, zaj­mu­ją­cej się foto-mode­lingiem. Oferta była cał­kiem kusząca, mia­łam poje­chać do pew­nego miej­sca i tam zosta­łaby prze­pro­wa­dzona ze mną sesja zdję­ciowa, na potrzeby jakie­goś niszo­wego cza­so­pi­sma. Wią­zała się z tym cał­kiem nie­zła stawka, plus pro­cent od zysków ze sprze­daży. Zaak­cep­to­wa­łam to i na następny dzień byłam w wyzna­czo­nym miej­scu. Prze­ciętny biu­ro­wiec, do któ­rego główne wej­ście było od prze­ciw­nej strony niż ulica. Po wej­ściu zapo­zna­łam się dokład­niej z ofertą i pod­pi­sa­łam umowę. Sesja została wyko­nana pro­fe­sjo­nal­nie, przez fak­tycz­nych zawo­do­wych foto­gra­fów. Po zakoń­cze­niu, zosta­łam powia­do­miona, o ewen­tu­al­nych kolej­nych spo­tka­niach i pozwo­lono mi wyjść. Przed drzwiami wyj­ścio­wymi cze­kał na mnie samo­chód, któ­rym mieli mnie odwieźć do domu. Pod­czas jazdy zrozumia­łam, że sprawy poto­czą się tro­chę ina­czej niż to pla­no­wa­łam. Zupeł­nie ina­czej. Zau­wa­ży­łam, że nie jedziemy w stronę mojego domu, a zupeł­nie w prze­ciwną stronę. Spy­tałam, co to ma zna­czyć. Pole­cono mi zapo­znać się z umową, dokład­niej z ostat­nią strona. Wtedy się prze­ra­zi­łam. Wła­śnie zrozumia­łam, że wyra­zi­łam zgodę na pracę w agen­cji towa­rzy­skiej. Cały foto-mode­ling to była jedy­nie przy­krywka, dla bur­delu. Krzy­czałam, żeby się zatrzy­mali, jed­nak nikt mnie nie słu­chał a drzwi od samo­chodu były zamknięte. Nie mia­łam nawet jak uciec. Nigdy nie spo­dzie­wa­łam się, że zostanę dziwką. Moje nowe miesz­ka­nie dzie­li­łam wraz z dwoma innymi dziew­czy­nami. Żadna z nas nie miała nawet jak uciec, bo wie­dzieli o nas wszystko. Gdzie jest nasz dom, uczel­nie, gdzie miesz­kają zna­jomi. Gro­zili, że powie­dzą naszym rodzi­nom o tym czym się zaj­mu­jemy, czym się zaj­mo­wa­ły­śmy, jakie mia­ły­śmy plany. Dodat­kowo, gro­ziły nam pro­blemy prawne zwią­zane z nie­wy­wią­za­niem się z umowy. Wbrew pozo­rom, w naszym kraju pro­sty­tu­cja jest legalna, pro­wa­dze­nie agen­cji towa­rzy­skich rów­nież. To był wynik jedy­nie naszej głu­poty i nie­do­pa­trze­nia w tym, co pod­pi­sy­wa­ły­śmy. Mia­ły­śmy po paru klien­tów dzien­nie. Więk­szość była cał­kiem miła, tacy prze­cięt­niacy szu­ka­jący chwi­lo­wej bli­sko­ści. Ze względu na moje zami­ło­wa­nie, co wią­zało się z wybra­nymi stu­diami, roz­ma­wia­łam z niektó­rymi z nich. Żal mi było tych męż­czyzn, więk­szość miała pro­blemy w kon­tak­tach z kobie­tami, była po roz­wo­dach lub byli na tyle brzydcy, że żadna kobieta nie chciała by mieć z nimi do czy­nie­nia. Pie­niędzmi, które od nich dosta­wałyśmy, dzie­li­li­śmy się z agen­cją fifty-fifty. Patrząc z punktu czy­sto eko­no­micz­nego, wycho­dziłam z tym na plus o wiele bar­dziej, niż na samych kamer­kach. Po pew­nym cza­sie, nawet doszłam do wnio­sku, że to nie jest taka zła praca. Czy­sto mecha­niczna czyn­ność, która w więk­szo­ści przy­pad­ków koń­czy się po trzech minu­tach. Myśla­łam sobie wtedy o tym, jaki film zaraz obej­rzę, czy też co zjem dzi­siaj na obiad. Podobne myśle­nie, do tego jakie się ma sto­jąc w kolejce do sklepu. Można powie­dzieć, że byłam nawet szczę­śliwa. Mię­dzy wyko­ny­waną pracą, mia­łam czas na stu­dia, zna­jo­mych, wła­sne przy­jem­no­ści. Oczy­wi­ście nikt nie mógł wie­dzieć, czym się tak naprawdę zaj­muję. Im dłuż­szy był mój staż pracy, tym wię­cej przy­wi­le­jów dosta­wałam od pra­co­daw­ców. Odda­wali mi więk­szy pro­cent, dosta­wałam pre­mie. Moje nabie­ra­nie doświad­cze­nia wią­zało się jed­nak z przyj­mo­wa­niem klien­tów o lekko dziw­nych pre­fe­ren­cjach sek­su­al­nych. Z bie­giem czasu, te „lekko” zamie­niało się w „bar­dzo”. Zgła­szali się do mnie ludzie o tak skraj­nych odchy­le­niach od normy, że widzia­łam w nich poważne zabu­rze­nia psy­chiczne. Jed­nak praca to praca. Dosta­wałam za to jesz­cze więk­szą pen­sje, więc godzi­łam się na to. W końcu przy­szedł do mnie klient, któ­rego podnie­cało bicie i dusze­nie. Mia­łam za to dostać naprawdę dużą stawkę. Po szyb­kiej ana­li­zie zysku, pod­ję­łam się tego wyzwa­nia. Męż­czy­znę tego można opi­sać jako dość pokaź­nych roz­mia­rów, cał­kiem umię­śnio­nego. Moje pierw­sze wra­że­nie było w sumie nija­kie. Nie róż­nił się niczym od poprzed­nich, ot zwy­kły facet, ciemne włosy, mniej wię­cej metr dzie­więć­dzie­siąt wzro­stu, tro­chę więk­szy od innych. Moje zada­nie było pro­ste. Poło­żyć się na łóżku, dać się zwią­zać i pozwo­lić mu na domi­na­cję. Gdy byłam już unie­ru­cho­miona, on przy­stą­pił do dzia­ła­nia. Roz­po­czął od lek­kiego dotyku moich bio­der, następ­nie prze­szedł do sut­ków. Lekko je uszczyp­nął, po czym zupeł­nie nie­spo­dzie­wa­nie ude­rzył mnie otwartą dło­nią w twarz. Naj­pierw jeden raz, póź­niej drugi. Zła­pał za szyję i mocno uści­snął. Wtedy dopiero wszedł. Pierw­szy raz ktoś spra­wił mi taki ból pod­czas wcho­dze­nia. Zde­cy­do­wa­nie nie był deli­katny. Pod­czas swo­ich posu­wi­stych ruchów, jedną ręką trzy­mał mnie za szyję, a drugą bił po brzu­chu. Nie mogłam krzy­czeć, mia­łam zakne­blo­wane usta. Z oczu pły­nęły mi łzy, a twarz sta­wała się coraz bar­dziej sina. Widzia­łam jego uśmiech, chory, nie­na­tu­ral­nie wykrzy­wiony. Jakby spra­wia­nie cier­pie­nia dawało mu naj­więk­szą roz­kosz, o jakiej mógł sobie tylko poma­rzyć. Czu­łam się wtedy jak szma­ciana lalka, którą ktoś rwał. Im dłu­żej to trwało, tym sta­wał się bru­tal­niej­szy. Moc­niej mnie dusił, moc­niej bił, moc­niej pene­tro­wał. W pew­nym momen­cie, po pro­stu odpły­nę­łam. Nie wiem czy z bólu, czy z braku powie­trza. Wszystko stało się czarne. Nie wie­dzia­łam po jakim cza­sie obu­dziłam się w szpi­talu. Stała nade mną moja rodzina. O wszyst­kim już wie­dzieli. Nie byłam w sta­nie spoj­rzeć im w oczy. Dia­gnoza leka­rzy to prze­miesz­cze­nie paru orga­nów, parę zła­ma­nych kości, obi­cia, otar­cia i prze­rwa­nie macicy. Prawdopodob­nie ni­gdy już nie była­bym w sta­nie zajść w ciążę. Po tygo­dniu spę­dzo­nym w łóżku szpi­tal­nym, dosta­łam wypis do domu. Byłam prak­tycz­nie cała w gip­sie. Agen­cja towa­rzy­ska, w któ­rej pra­co­wa­łam, odcięła się ode mnie. Usu­nęli moje papiery ze swo­ich kar­to­tek, zatu­szo­wali wszyst­kie dowody, że kie­dy­kol­wiek u nich pra­co­wa­łam. Nie dosta­łam rów­nież ostat­niej wypłaty. Gdy sprawa wycie­kła do mediów, rodzina i zna­jomi rów­nież się ode mnie odsu­nęli. Pamię­tam ostat­nie słowa ojca – ja już nie mam córki. Przez następne dni, żyłam z oszczęd­no­ści. Nato­miast gdy już się wyle­czy­łam, nie mogłam zna­leźć pracy. Moja sława w mediach dawała o sobie znać. Żaden pra­co­dawca nie chciał mnie przy­jąć. Nawet na pier­do­loną kasjerkę. Nie wytrzy­my­wa­łam tego. Ludzie na ulicy wyty­kali mnie pal­cami. Cią­gle sły­sza­łam obe­lgi kie­ro­wane w moją stronę. Nie mia­łam nawet do kogo otwo­rzyć ust. W końcu posta­no­wi­łam ze sobą skoń­czyć. Chcia­łam się powie­sić, w swoim miesz­ka­niu. Mia­łam zamiar zro­bić to na spo­koj­nie. Gdy tylko zało­ży­łam pętle na szyję, od razu wpa­dłam w panikę. Przy­po­mnia­łam sobie sceny z tam­tego pokoju. Kop­nę­łam krze­sło, na któ­rym sta­łam. Buja­łam się i trzę­słam w spa­zmach. Bra­ko­wało mi tlenu. W pew­nym momen­cie poczu­łam lekki trzask z tyłu głowy i krótki, choć nie­sa­mo­wity ból. Potem już była jedy­nie ciem­ność.

Nieu­miar­ko­wa­nie

W sumie od dzie­ciaka pocią­gał mnie alko­hol. Jeśli dzie­cia­kiem można nazwać chło­paka lat czter­na­ście, w samym środku gim­na­zjum. Wtedy pierw­szy raz go spró­bo­wałem. Wraz z dwoma kum­plami kupili­śmy flaszkę w osie­dlo­wym skle­pie, gdzie nikt zbyt­nio nie pytał o dowód. Nikt się tym nie przej­mo­wał. Wypili­śmy ją, mie­sza­jąc z róż­nymi sokami, colą i podob­nymi napo­jami. Po butelce na trzech byli­śmy już bar­dzo mocno pod­pici. Moi rodzice wra­cali póź­niej, więc zdą­ży­li­śmy wytrzeź­wieć zanim przy­byli do domu. To był cudowny stan. Wszystko się krę­ciło, w gło­wie szum, sło­wo­tok, śmiech, eufo­ria. Pamię­tam, że były to waka­cje, więc prak­tycz­nie ni­gdy nie było mnie w domu, wra­ca­łem dopiero wie­czo­rem. Tak zafa­scy­no­wani byli­śmy alko­holem, że każ­dego dnia gdy wsta­wa­li­śmy mniej wię­cej o dwu­na­stej, o trzy­na­stej byli­śmy już wsta­wieni. Wra­caliśmy do domów koło dwu­dzie­stej dru­giej. Do tego czasu już nam przecho­dził stan upo­je­nia. Mie­li­śmy swoje miej­scówki – za szkołą, na gara­żach, w lesie, w opusz­czo­nym domu. Wszę­dzie tam skry­wa­li­śmy się przed świa­tem pijąc. Na kolejny dzień ni­gdy nie mie­li­śmy kaca. Mam teo­rię, że to przez młody orga­nizm. W tym wieku to zja­wi­sko raczej nie zacho­dzi. To nie jest tak, że pocho­dziliśmy z bied­nych czy pato­lo­gicz­nych rodzin. Prze­ciw­nie, nasi rodzice byli klasy śred­niej, niczego nam nie bra­ko­wało. To po pro­stu efekt zaka­za­nego jabłka. Jak wiesz, ze cze­goś nie możesz, to bar­dziej Ci się tego chce. No i chciało się, przez całe waka­cje. W roku szkol­nym chyba tak nie robi­li­śmy, może tylko w week­endy i to też spo­ra­dycz­nie. Kolejne waka­cje i znów powtórka z roz­rywki. Nie wiem ile prze­wa­li­li­śmy pie­nię­dzy na wódkę. Było tego naprawdę dużo. Cią­gnęło się to przez całe gim­na­zjum, aż po pierw­szą liceum. Wtedy zaczęły się imprezy. Ja jak to ja, musia­łem poka­zać że jestem naj­lep­szy i mam najmoc­niejszą głowę. Wtedy czę­sto dopro­wa­dza­łem się do zgo­nów. Na szczę­ście moi kum­ple mnie jakoś ogar­niali i wra­ca­łem do domu bez więk­szych pro­ble­mów. Parę razy się wydało, że piłem, ale ni­gdy rodzice nie robili z tego więk­szej tra­ge­dii. Dosta­wałem opier­dol i tyle. Czę­sto też uży­wa­łem wymówki, że nocuję u kolegi. Wtedy też pili­śmy. Potem zaczęły się osiem­nastki. Prak­tycz­nie nie było imprezy osiem­nast­ko­wej bez mojego zgona. To już taka tra­dy­cja, że jak się zapra­szało mnie, to koło pierw­szej w nocy musia­łem już leżeć gdzieś w kącie. Wtedy w sumie już zro­zu­mia­łem, że to chyba uza­leż­nie­nie. Czę­sto wycho­dziłem z domu tylko po to, żeby wypić parę piw z kolegą i potem po cichu wró­cić, tak żeby rodzice nie zauwa­żyli, że jestem pod wpły­wem. Skra­da­łem się wtedy, powoli prze­krę­ca­łem klucz w zamku i na palusz­kach sze­dłem do swo­jego pokoju. Już ofi­cjal­nie mogłem o sobie wtedy powie­dzieć, że się sto­czy­łem. Zda­wałem sobie sprawę z tego, że kie­dyś alko­hol mnie wykoń­czy. Myśla­łem sobie, że to będzie dopiero jak będę już stary, będę miał wszystko w dupie, na niczym już nie będzie mi zale­żeć. Nie spo­dzie­wa­łem się, że to sta­nie się tak szybko. Mia­łem wtedy około dwu­dzie­stu, może dwa­dzie­ścia jeden lat. Chyba to był gru­dzień i było bar­dzo zimno. Wysze­dłem z dwoma kole­gami do parku. Mie­li­śmy wtedy przy sobie dwie połówki, tak aby się roz­grzać. Pili­śmy pro­sto z gwinta, bez żad­nej zapojki. Na zim­nie pije się tro­chę ina­czej, jesz­cze jak dobra wódka to wcho­dzi jak woda. Sam wypi­łem prak­tycz­nie więk­szość jed­nej butelki. Na zim­nie alko­hol działa ina­czej, nie zauwa­ży­łem nawet kiedy zaczą­łem być pijany. Nie zda­wałem sobie sprawy, w jakim jestem już sta­nie. Sto­jąc przy jakiejś ławce, zaczą­łem się popi­sy­wać. Wsko­czy­łem na nią i sta­ra­łem utrzy­mać się na jed­nej nodze na jej opar­ciu. Nie­stety, zapo­mnia­łem o tym, że było śli­sko. Pamię­tam tylko jak spa­da­łem, jak ude­rza­łem bokiem głowy o coś twar­dego. Czu­łem się, jak­bym nagle zasy­piał. A potem już była tylko ciem­ność.

Leni­stwo

Kurwa, jak mi się nie chce tego opo­wia­dać. Na prawdę. To jest moja naj­więk­sza wada – ni­gdy nic mi się nie chciało. Moja histo­ria jest bar­dzo krótka. Nie mam zamiaru jej opo­wia­dać, przy­wo­łu­jąc roz­mowy z innymi ludźmi, jakieś spek­ta­ku­larne wyda­rze­nia, które obró­ci­łyby Wasze myśle­nie o ludz­kich wadach o sto osiem­dzie­siąt stopni. Wpierw, przed­sta­wię mój żywot – byłem leniem. Obi­bo­kiem, któ­rego leni­stwo prze­jęło cał­ko­wi­cie kon­trolę nad życiem i do końca tego życia dopro­wa­dziło. Moi rodzice zawsze mnie we wszyst­kim wyrę­czali. Dosłow­nie, byłem kar­miony może do ósmego roku życia. Szkoła oczy­wi­ście pry­watna, nasta­wiona na indy­wi­du­alizm oraz prze­pusz­cze­nie do następ­nej klasy za pomocą nie­wiel­kiej dota­cji finan­so­wej dla dyrek­tora. I tak to się jakoś toczyło. Z klasy do klasy bez nauki, bez ambi­cji, więk­szość czasu spę­dza­jąc na sofie w pozy­cji leżą­cej. Cza­sem pół­sie­dzą­cej, gdy trzeba było coś zjeść. Gdy już musia­łem opu­ścić dom, byłem zawo­żony samo­cho­dem – cho­ciaż i tak więk­szość spraw zała­twiali za mnie rodzice. Poch­ło­nął mnie kom­pletny marazm. Sie­lanka się skoń­czyła pew­nej sierp­nio­wej nocy. Rodzice dłuż­szy czas nie wra­cali do domu. Wie­dzia­łem, że coś się stało, lecz nie chciało mi się nawet się­gnąć po tele­fon aby zadzwo­nić. Dopiero gdy zaczął doskwie­rać mi głód, ruszy­łem się z kanapy. Wtedy odkry­łem, że jest pierw­sza. Prze­gry­złem coś na szybko i poło­ży­łem się spać. Rano dalej ich nie było. Zde­cy­do­wa­nie było coś nie tak. Osta­tecz­nie moje wąt­pli­wo­ści roz­wiał poli­cjant, który zaszedł do mnie nie długo po dwu­na­stej. Mieli wypa­dek samo­cho­dowy. Oboje zgi­nęli. Kolejne dni, pomimo doskwie­ra­ją­cej pustki w domu i braku opieki nade mną, wyglą­dały podob­nie. Leża­łem na kana­pie, spa­łem, prze­glą­da­łem inter­net, cza­sem coś zja­dłem. I tak przez tydzień. Wtedy zaczęło koń­czyć się jedze­nie. Gdy po kilku następ­nych dniach, jedze­nie w domu kom­plet­nie się skoń­czyło, zaczą­łem szu­kać jakichś pie­nię­dzy. Jedyne co zna­la­złem, to stu­zło­towy bank­not zosta­wiony przez ojca gdzieś na jego biurku. Zamó­wi­łem za to cztery pizze, po dwie na dzień. Gdy i pizze się skoń­czyły, a mi doskwie­rał głód, zapi­ja­łem go wodą z kranu. Wypeł­nia­jąc żołą­dek czy­stą wodą, nie był on taki silny. We­ge­to­wa­łem tak trzy tygo­dnie. W ciągu tego czasu, zmie­ni­łem się nie do pozna­nia. Wcze­śniej, byłem na prawdę gruby – po gło­dówce stra­ci­łem ponad połowę masy ciała. Im wię­cej tra­ci­łem na wadze, tym bar­dziej głód sta­wał się nie­zno­śny. W końcu osią­gnął on poziom kry­tyczny. Moja śmierć nie była jakaś nie­sa­mo­wita, prze­ra­ża­jąca czy cie­kawa. Po pro­stu zasną­łem i już się nie obu­dzi­łem. Pod­czas snu, któ­ryś z orga­nów nie wytrzy­mał i się wyłą­czył. Umar­łem bez­bo­le­śnie, bez świa­do­mo­ści umie­ra­nia, jedy­nie stan przed­ago­nalny był, co by nie mówić – męczący. Dopiero teraz zdaję sobie sprawę, że tak na prawdę ni­gdy nie umar­łem. Jak może umrzeć ktoś, kto ni­gdy nie żył? Nie kocha­łem swo­ich rodzi­ców, byli kimś na wzór służby dla mojej osoby. Szkołę mia­łem w dupie, zna­jo­mych mia­łem w dupie, nie mia­łem żad­nych ambi­cji, nic mnie nie inte­re­so­wało. Życie nie miało dla mnie kom­plet­nie żad­nej war­to­ści. A jed­nak ktoś dał mi je i pozwo­lił przez krótką chwilę zoba­czyć świat, który i tak doce­niam dopiero po śmierci. Zakła­dam, że nie będę mógł go ujrzeć ponow­nie – a szkoda. Tro­chę zaczy­nam tęsk­nić i żało­wać, ze tylu rze­czy nie zro­biłem. Cho­ciaż w sumie by mi się nie chciało. Jeśli Bóg ist­nieje, a zaraz się o tym prze­ko­nam, pew­nie przy­go­to­wał dla mnie oddzielne miej­sce w pie­kle, Mara­zmię. Mia­sto pogrą­żo­nych w leni­stwie istot, tęsk­nią­cych za chę­cią do cze­go­kol­wiek.

...

Cała piątka obu­dziła się w pogrą­żo­nym w bieli miej­scu. Nie mogli ujrzeć końca prze­strzeni, jak i nie mogli ujrzeć cha­rak­terystycznych dla pomiesz­cze­nia szcze­gó­łów, takich jak podłoga czy sufit. Była jedy­nie nie­skoń­czona biel. Nie widzieli rów­nież swo­ich koń­czyn. Byli jak sam wzrok, zawie­szony gdzieś w ete­rze, mogący się obra­cać, mówić, myśleć i poru­szać, lecz nie oddzia­ły­wać na cokol­wiek. Sie­bie wza­jem­nie widzieli nato­miast jako świe­cące się punkty, oto­czone ciemną mgiełką, falu­jącą i powie­wa­jącą pod napo­rem nie­ist­nie­ją­cego wia­tru. Mimo ciszy, każdy z nich odczu­wał swego rodzaju przy­gnę­bie­nie epa­tu­jące z towa­rzy­szy. W końcu Chci­wość prze­ła­mał ciszę:

-A więc to jest po śmierci? – ze sto­ic­kim spo­ko­jem zapy­tał reto­rycz­nie. Zda­wał sobie sprawę z wła­snego poło­że­nia i nie można było odczuć po nim jakiej­kol­wiek emo­cji świad­czą­cej o nie­po­go­dze­niu się z losem.

– Tak wła­śnie koń­czy każdy czło­wiek, w pustym, bia­łym pokoju?– Jakie „po śmierci”, to są jakieś jaja? Wiem, że mnie kurwa wkrę­ca­cie, jestem pijany i przez to robi­cie sobie jaja! Koniec cyrku, Mati, Kon­rad, wyła­zić! – krzyk­nął Nieu­miar­ko­wa­nie.

– Prze­stań wrzesz­czeć! Wku­rzasz mnie tylko. Umar­łeś i pogódź się z tym. – Odpo­wie­dział Zaz­drość.

– Ta? Bo co mi zro­bisz kozaku? – Zapy­tał Nieu­miar­ko­wa­nie, wyra­ża­jąc tonem ewi­dentną pogardę.

– Przed paroma chwi­lami zaje­ba­łem kil­ka­na­ście osób i przy­się­gam, że jak nie zawrzesz mordy to zaje­bię i Cie­bie! – Odparł wku­rzony Zaz­drość.

– I czym Ty go zamie­rzasz zabić? – Nie­czy­stość włą­czyła się do roz­mowy. – Prze­cież nie mamy koń­czyn, nie zauwa­ży­li­ście tego?

– Fakt, ale jak­by­śmy mieli, to z chę­cią bym to zro­bił. – przy­znał Zaz­drość.

– Zamknij­cie się wszy­scy, sły­szę coś! – Powie­dział nagle Chci­wość.

Z odmę­tów nie­skoń­czo­nej bieli, ufor­mo­wała się prze­dziwna postać. Była ona bar­dzo wysoka, lub to oni byli bar­dzo mali. Nie było jak tego stwier­dzić, bez punktu odnie­sie­nia. Posia­dała trzy twa­rze, zro­śnięte ze sobą. Miała rów­nież trzy pary rąk oraz trzy pary nóg. Była jakby jedną istotą w trzech oso­bach. Wyglą­dało to dosyć kurio­zal­nie, jed­nak dało się odczuć, że była to postać nie­sa­mo­wita. Biła z niej aura nie­sa­mo­witej potęgi. Samo prze­by­wa­nie w pobliżu wystar­czyło, aby wie­dzieć, że jest to ktoś bar­dzo ważny. Zaz­drość jed­nak nie odczuł powagi sytu­acji, nie odczy­tał aury i zapy­tał cham­sko:

– A Ty kim kurwa jesteś?

– Mam wiele imion, ale wystar­czy, że nazwę się Waszym stwórcą. – Postać odpo­wie­działa, wydo­by­wa­jąc głos z trzech twa­rzy jed­no­cze­śnie. Zara­zem było czuć, jakby nie potrze­bo­wała do tego ust, jakby wystar­czyły jej same myśli do prze­ka­za­nia wia­do­mo­ści a usta tylko wspo­ma­gały cały efekt.

Zazdrość nie mógł pohamować swoich emocji. W jednej chwili przypomniał sobie Monikę i chęć zemsty na Bogu za to co się stało.

- TY CHUJU! - wykrzyczał. - PRZEZ CIEBIE MIAŁEM SPIERDOLONE ŻYCIE! BYŁEM BITY I OPLUWANY, STRACIŁEM JEDYNĄ OSOBĘ, KTÓRĄ KOCHAŁEM! JAK MOGŁEŚ NA TO POZWOLIĆ?!

Bóg spojrzał na niego z widoczną pogardą. Odpowiedział jedynie:

- Pohamuj emocje.

Zazdrość, gdyby mógł, skoczyłby właśnie na Stwórcę z chęcią rozszarpania. Pomijając to, że nie miał ciała, nie był w stanie nawet się przemieścić. Chciwość natomiast nie uległ emocjom i zapytał spokojnie:

– A więc jesteś Bogiem, a my jeste­śmy na czymś w rodzaju sądu osta­tecz­nego?

– Ależ nie, sąd osta­teczny jest dla ludzi. – nie­sa­mo­wi­cie głę­boki głos odbił się echem po ścia­nach, które teo­retycz­nie nie ist­niały.

– To kim my w takim razie jeste­śmy, jak nie ludźmi? – Tym razem pyta­nie zadała Nie­czy­stość.

– Efek­tem ubocz­nym mnie samego, któ­rego musia­łem się pozbyć na samym początku ist­nie­nia czło­wieka. Jeste­ście skon­den­so­wa­nymi wadami istot rozum­nych, takich jak ja czy ludzie.

– Nie no, to już są albo jakieś jaja albo się naćpa­łem. Mati mi pew­nie coś wsy­pał. Ogar­nij się, ogar­nij, zamkniesz teraz oczy i bad­trip minie… – Beł­ko­tał Nieu­miar­ko­wa­nie.

– Zamknąć mordy, ja pro­wa­dzę roz­mowę! – Uci­szył wszyst­kich Chci­wość. – Możesz jaśniej? Jak to efek­tem ubocz­nym, to zna­czy że czym my w zasa­dzie jeste­śmy? I jak to takich jak Ty czy ludzie? Jesteś w końcu stwórcą czy sta­wiasz się na równi z ludźmi?

– Ha ha ha! Chci­wość, jak zwy­kle rezo­lutny i naj­do­cie­kliw­szy z całej piątki. Ile razy Cię zsy­łam na zie­mię, Ty ni­gdy się nie zmie­niasz. Mimo, że tłu­ma­czy­łem to Wam już miliony razy, powiem to jesz­cze ostatni raz. Jeste­ście błę­dami, któ­rych pozby­łem się przed całymi eonami. Cząst­kami mojej duszy, które były ska­żone i któ­rych posia­da­nie nie przy­stało isto­cie ide­al­nej. Two­rząc czło­wieka, musia­łem się od niego róż­nić, dla­tego pozby­łem się tych przy­krych ludz­kich cech i zesła­łem je na zie­mię. Tak wła­śnie powsta­li­ście, ewo­lu­ując z cząstki mojej duszy na peł­no­prawne, oddzielne byty z wła­snym rozu­mem, jed­nak nie do końca z wła­sną wolą. Przeżywaliście nieskończoną ilość żyć i za każdym razem reinkarnowaliście się w innego człowieka. Każda z Was repre­zen­tuje inną, naj­cięż­szą ludzką wadę – łącz­nie jest Was sie­dem, lecz na zie­mię zesła­łem tylko pięć. Gniew jest na­dal we mnie, a zdradę repre­zen­tuje ten zły, pod nami.

- Ty próbujesz mi powiedzieć, że przeżywałem nieskończoną ilość żyć, za każdym razem kogoś traciłem, za każdym razem ginął ktoś niewinny a ja cierpiałem przez całe życie? - zadał pytanie Zazdrość, będąc na granicy opanowania.

- Nie za każdym razem, ale w gruncie rzeczy - zdarzało się to dosyć często.

- Jak złym trzeba być, aby pozwolić na coś takiego... I Ciebie nazywają istotą idealną?!

Chciwość chwilę milczał, przetwarzał informacje. W końcu przerwał ciszę:

– Zdradę? Nie cho­dzi Ci o pychę? – Wtrą­cił się Chci­wość.

– Nie, mój drogi. Pycha, czy też duma, nie jest tak cięż­kim grze­chem jak zdrada. To bar­dziej czyn­nik defi­niu­jący cha­rak­ter jak skłon­ność do iro­nii niż faktyczny grzech. Ale ludzie jak to ludzie, tro­chę poprze­krę­cali moje słowa i sie­dem grze­chów głów­nych na ziemi wygląda nieco ina­czej.

– Chcesz mi powie­dzieć, że przed stwo­rze­niem czło­wieka, byłeś Bogiem uza­leż­nio­nym od alko­holu? – chci­wość spy­tał, patrząc się zna­cząco na Nieu­miar­ko­wa­nie.

– Abso­lut­nie nie. To, że dajmy na to wła­śnie Nieu­miar­ko­wa­nie prze­żył życie alko­ho­lika, nie ozna­cza, że jego cecha doty­czy tylko alko­holu. Repre­zen­tu­je­cie cechy – nie kon­kretne sytu­acje.

Leni­stwo, który sie­dział dotych­czas cicho, ode­zwał się:

– Czy to ozna­cza, że posia­da­jąc mnie, nie chcia­łoby Ci się two­rzyć świata?

Bóg przez chwilę się nie odzy­wał. Nie dało się poznać, czy to z zakło­po­ta­nia czy ze zde­ner­wo­wa­nia. Odrzekł jed­nak spo­koj­nie:

– To ozna­cza jedy­nie, że wszystko na świe­cie toczyło by się wol­niej. Każdą z Waszych cech da się kon­tro­lo­wać w mniej­szym czy więk­szym stop­niu. Leni­stwo to jedy­nie kwe­stia moty­wa­cji.

– A jaką Ty mia­łeś moty­wa­cję? – Zapy­tał ponow­nie.

– Żaden z Was nie jest w sta­nie tego zro­zu­mieć.

– Prze­cież jeste­śmy po czę­ści Tobą, jak mogli­by­śmy tego nie zro­zu­mieć?! – wrza­snął zazdrość.

– Dość pytań! – Zakoń­czył Bóg.

Stwórca zro­bił kilka kro­ków wprzód i roz­ło­żył wszyst­kie pary rąk. – Wiem, że pamię­ta­cie tylko ostat­nie życie. Mogę Was jed­nak zapew­nić, że była ich nie­zli­czona ilość. Wasza wędrówka z chwilą obecną jed­nak dobie­gła końca. Posta­no­wi­łem na nowo się z Wami połą­czyć. Nasta­nie nowa era we wszech­świe­cie – era cha­osu i znisz­cze­nia, czas apo­ka­lipsy. Świat oraz ludzi trzeba stwo­rzyć na nowo. Złącz­cie się ze mną, moje dzieci!

Zanim któ­re­kol­wiek zdą­żyło coś powie­dzieć, poczuli nie­sa­mo­wite przy­cią­ga­nie do boskiej istoty. Porów­nać to można do odku­rza­cza, wcią­ga­ją­cego kurz. Nie byli w sta­nie tego opa­no­wać i chwilę póź­niej, wraz z akom­pa­nia­men­tem świ­stu oraz dziw­nego, nie­bie­skiego bły­sku zostali połą­czeni w jedną całość ze stwórcą.

Koniec?

Nie, to jesz­cze nie koniec. Otwo­rzy­łem oczy. Widzia­łem przed sobą nie­skoń­czoną biel. Czu­łem ryt­miczne bicie cze­goś, co przy­po­mi­nało serce. Wyglą­dało ina­czej niż ludzki organ, była to raczej nie­bie­ska sfera ener­gii, pul­su­jąca od mocy. Serce wszech­świata. Serce Boga. W jed­nej chwili przez moje myśli prze­pły­nęła fala milio­nów wspo­mnień, ze wszyst­kich żyć od początku mojego ist­nie­nia. Widzia­łem rów­nież wspo­mnie­nia innych grze­chów. Widzia­łem też myśli samego Boga. Pozna­łem jego naro­dze­nie, pozna­łem począ­tek świata, zoba­czyłem emo­cje, które nim kie­ro­wały pod­czas całego ist­nie­nia. Dobrze, że jed­nak byłem czymś wię­cej niż ludzie. Zwy­kły czło­wiek osza­lałby, gdyby to zoba­czył. Wie­dzia­łem, że jest zły. Gniew, to nie jedyna cecha którą w sobie zosta­wił. Było ich znacz­nie wię­cej, a pycha była jedną z nich. Było też kłam­stwo. Była rów­nież zawiść, zemsta, zdrada. Wszyst­kie te cechy nie były cechami ludz­kimi – nale­żały pier­wot­nie do stwórcy. On stwo­rzył czło­wieka na swoje podo­bień­stwo. Potem mnie olśniło. Dopiero teraz, po odzy­ska­niu wspo­mnień, to zro­zu­mia­łem. Byli­śmy jego bra­ku­ją­cymi cechami, ale nie zesłał nas na zie­mię celowo. To był wypa­dek przy pracy. Nie dało się wła­dać świa­tem z tak wie­loma złymi cechami i ta sama siła, która pozwo­liła dla Boga stwo­rzyć wszech­świat, oddzie­liła nas od niego. Nie mie­li­śmy wtedy jesz­cze wła­snej świa­do­mo­ści. Dopiero pobyt na ziemi pozwo­lił nam na wej­ście w jej posia­da­nie. Pech dla niego, gdy­by­śmy na­dal byli zero­je­dyn­ko­wymi cechami bez wła­snej woli, na pewno udałby się plan cha­osu. Nie wie­dzia­łem jed­nak jak mam temu zapo­biec. Nie mia­łem koń­czyn, żeby ści­snąć serce. Poza tym, fizyczna siła i tak na nic by się zdała prze­ciwko nie­ma­te­rial­nemu bytowi. Jed­nak poczu­łem wtedy coś dziw­nego. Coś, co prze­peł­niło moją jaźń. Poczu­łem dziwne wibra­cje, jakby zastrzyk ziem­skiej adre­na­liny. Nie wiem do teraz jak to nazwać. Poczu­łem, że jestem w sta­nie zro­bić wszystko. Wtedy zro­zu­mia­łem. Była to ta sama siła, która pozwo­liła Bogu stwo­rzyć wszech­świat. Kiedy prze­pły­wała przez niego samego, musiała prze­pły­nąć rów­nież przez nas, w końcu byli­śmy teraz jego czę­ścią. Poczu­łem moje „rodzeń­stwo”. Wie­dzieli to samo co ja. Rów­nież odzy­skali wspo­mnie­nia. I rów­nież wie­dzieli co musimy teraz zro­bić. Chcę tego. Pra­gnę wła­dzy, pra­gnę kobiet, pra­gnę całego świata. Ale pra­gnę też spra­wie­dli­wo­ści i dobra dla istot zamiesz­ku­ją­cych wszech­świat. Może i jestem z natury chciwy, ale mam też inne ludz­kie uczu­cia. Wytę­ży­li­śmy wszyst­kie siły men­talne i sku­pi­li­śmy je na jed­nym punk­cie. Nawet Leni­stwo włą­czył się do walki, prze­ła­mu­jąc swoją domi­nu­jącą cechę. Bóg miał rację, wszystko da się kon­tro­lo­wać z pomocą moty­wa­cji. Z całych sił powie­dzie­li­śmy „ścisk”, a słowo cia­łem się stało. Serce Boga zaczęło pul­so­wać coraz moc­niej i moc­niej, ugi­na­jąc się pod napo­rem naszej ener­gii. Wyglą­dało to, jakby ktoś zaczął ści­skać balon. Prze­peł­niona sfera nie wytrzy­mała pre­sji i pękła, wyle­wa­jąc z sie­bie nie­bie­ski, wibru­jący w prze­strzeni płyn.

-CO WY ZROBILIŚCIE?! – krzy­czał Bóg. – CZY WIECIE CO SIĘ TERAZ STANIE? CAŁY WSZECHŚWIAT PRZESTANIE ISTNIEĆ! KTO NAD NIM ZAPANUJE?!

-Nie trudź się, przez wieki w niego nie inge­ro­wa­łeś. Nie jesteś naj­wyż­szą istotą. Nawet od Cie­bie jest ktoś wyżej. Niczym się nie róż­nisz od ludzi, któ­rymi tak gar­dzisz. Wszech­świat pora­dzi sobie bez Cie­bie – rzekł Chci­wość.

- ZDYCHAJ! POCZUJ W KOŃCU TO, CO CZUŁEM PRZEZ MILIONY LAT! - Wrzeszczał zazdrość w nieopanowanym amoku.

I krzy­cząc, Bóg wyda­wał powoli z sie­bie ostat­nie tchnie­nia. Bez­sil­nie pró­bo­wał zapa­no­wać nad tym, co się dzieje wewnątrz niego. Sfery nie dało się zata­mo­wać. Gdy ostat­nie kro­ple płynu wypły­wały z serca, Nie­czy­stość zadała mi pyta­nie.

– Zda­jesz sobie sprawę z tego, co teraz z nami będzie?

– Wiem, sio­stro. – powie­dzia­łem. – Ale wiem, że robimy to dla więk­szego dobra. Chcę tego. Życia na ziemi jed­nak cze­goś mnie nauczyły.

– Ach, Ty wiecz­nie cze­goś chcesz. – Czu­łem, że gdyby miała twarz, wła­śnie by się uśmiech­nęła.

- W końcu miałem możliwość odpłacenia się za to co mi zrobił. - Powiedział zazdrość. - W sumie, to dobrze że tak się stało. Niczego już nie żałuję.

Ostat­nie kro­ple ule­ciały, a my, razem z całym bogiem pękli­śmy na miliardy kawał­ków. Kawałki te roz­sy­pały się po całym wszech­świe­cie, jak płatki śniegu spa­da­jące zimą na mia­sta. Pamię­tam, że gdy spa­da­łem w dół, usły­sza­łem jak jakieś dziecko pyta mamy czy to śnieg. Jego mama musiała być zdzi­wiona, w końcu był śro­dek lata. Cudowne jest życie w nie­wie­dzy. Świat będzie ist­niał dalej, bez zbęd­nych Bogów, kon­tro­lo­wany jedy­nie przez siłę, któ­rej sam Bóg nie był w sta­nie zro­zu­mieć. Ale wąt­pię, żeby ona miała jaką­kol­wiek świa­do­mość. A jeśli ma, wąt­pię żeby chciała sama sie­bie wytłu­ma­czyć.

Oceń:
4
Oceniać mogą tylko zalogowani użytkownicy

Skomentuj! Daj znać innym co o tym sądzisz!