Historia

Siedem grzechów głównych

vegaspl 10 2 lata temu 10 592 odsłon Czas czytania: ~30 minut

Chci­wość

Zaw­sze uwa­ża­łem, że wła­dza nisz­czy czło­wieka. Młody czło­wiek, star­tu­jąc w życie, widzi świat przez różowe oku­lary. Ma cel i chce go speł­nić wszel­kimi moż­li­wymi spo­so­bami. Moim celem była naprawa świata. Zdaję sobie sprawę, że to bar­dzo okle­pana ambi­cja, ale ja, tak jak wielu uważa w tym wieku, że jest kimś wyjąt­ko­wym. Uważa, że ma nie­sa­mo­witą moc, zdolny jest prze­no­sić góry i zdoła zmie­nić świat na lep­sze. Trzeba być nie­sa­mo­witym pesy­mi­stą, żeby będąc mło­dym, nie mieć ambi­cji stwo­rze­nia cze­goś wiel­kiego. To piękne uczu­cie, kiedy koń­cząc szkołę śred­nią wydaje Ci się, że dosta­łeś bilet do speł­nie­nia. Cały świat jest Twój. Jed­nak życie poka­zuje, że nie jest usłane różami. Mam wra­że­nie, że do samego końca tego nie zro­zu­mia­łem. Od samego początku wią­za­łem swoje życie z poli­tyką. Rozmy­śla­łem nad róż­nymi spo­so­bami doj­ścia do wła­dzy. W moim kraju pano­wała demo­kra­cja, więc oczy­wi­stym by było przy­go­to­wać kam­pa­nię wybor­czą oraz prze­ko­na­nie więk­szo­ści do swo­ich racji. Do dwu­dzie­stego pią­tego roku życia wszystko pla­no­wa­łem. Musi­cie wie­dzieć, że prawo pań­stwa w któ­rym żyłem, zezwa­lało na uczest­ni­cze­nie w wybo­rach dopiero od tego wieku. Skru­pu­lat­nie ana­li­zo­wa­łem każdy prze­pis prawny, posia­da­łem sto­sowne wykształ­ce­nie do sta­no­wi­ska naczel­nika kraju oraz zebra­łem grupę ludzi – i to cał­kiem pokaźną – któ­rzy tak jak i ja, chcieli zmie­nić ten kraj na lep­sze. Tuż przed osią­gnię­ciem bariery wie­ko­wej, dzie­lą­cej mnie od upra­gnio­nego stołka, w kraju wyda­rzyło się coś co mogło w teo­rii pokrzy­żo­wać moje plany. W prak­tyce jed­nak, bez tego ni­gdy nie został­bym tym, kim byłem. Wybu­chła wojna domowa. Spo­wo­do­wana była niby nie­zna­czą­cymi sło­wami, wypo­wie­dzia­nym publicz­nie, w nie­od­po­wied­nim momen­cie. „Ta czarna kurwa” to słowa kie­ro­wane przez poli­tyka par­tii rzą­dzą­cej, opi­su­jące przed­sta­wi­ciela mniej­szo­ści naro­do­wej. Mój kraj bory­kał się w tym cza­sie z falą rasi­zmu i kon­tro­wer­sji spo­łecznych przez roz­ra­sta­jącą się nację ciem­no­skó­rej lud­no­ści we wschod­niej czę­ści naszych ziem. Podział opi­nii był mniej wię­cej pół na pół, połowa była po stro­nie mniej­szo­ści, druga zaś była zde­cy­do­wa­nie prze­ciwna nawet ist­nie­niu takich ludzi. Póź­niej nastą­pił efekt kuli śnież­nej. Roz­po­częły się masowe pro­te­sty, walki na uli­cach, zabój­stwa poli­ty­ków, pre­ze­sów wszel­kiego rodzaju mediów oraz waż­niej­szych oso­bi­sto­ści w kraju. Ujrza­łem w tym swoją szansę. Opo­wia­da­jąc się po stro­nie mniej­szo­ści, za sprawą naby­tej wie­dzy zdo­ła­łem spraw­nie pokie­ro­wać zaso­bem ludz­kim, dopro­wa­dzając ich do dru­zgo­cą­cego zwy­cię­stwa. Oba­li­li­śmy par­tię rzą­dzącą, oba­li­li­śmy kon­sty­tu­cję, wszyst­kie dotych­czas ist­nie­jące insty­tu­cje prze­stały ist­nieć. Prawdopodob­nie w podzięce za zasługi pod­czas rewo­lu­cji, wybrano mnie na zarządcę nowo powsta­łego pań­stwa. Dopusz­czam do sie­bie myśl, że ta decy­zja mogła być spo­wo­do­wana moimi kwa­li­fi­ka­cjami na to sta­no­wi­sko. Pro­sty lud – bo takim kie­ro­wa­łem – zawsze lubi być kie­ro­wa­nym przez kogoś mądrzej­szego od sie­bie. Dla­tego wybrano mnie. Można powie­dzieć, że w tym momen­cie speł­ni­łem swoje życiowe marze­nie. I wtedy wszystko zaczęło się sypać. Moje spra­wo­wa­nie wła­dzy opie­rało się na rzą­dach auto­ry­tar­nych – chcia­łem wie­dzieć o wszyst­kim, chcia­łem spra­wo­wać wła­dzę nad wszyst­kim, chcia­łem aby wszystko było moje. Za nie­sub­or­dy­na­cję surowo kara­łem. Z każ­dym dniem moja pew­ność sie­bie rosła i tak zatra­ci­łem się w swo­jej wła­dzy, że nawet nie zauwa­ży­łem kiedy grupka moich najbar­dziej zaufa­nych poplecz­ni­ków zaczęła spi­sko­wać prze­ciwko mnie. Moje rządy może i polep­szyły stan­dard ludzi, ale nie­wiel­kiej grupy i to tylko tej przy­chyl­nej do mojej osoby. Opo­zy­cja nie ist­niała. Każdy prze­jaw sta­wia­nia oporu skut­ko­wał naj­wyż­szą karą. Ludziom, któ­rzy byli ze mną od samego początku nie spodo­bało się to. Zro­zu­mieli, ze moja chci­wość mnie zmie­niła i zapo­mnia­łem już o sta­rych war­to­ściach, do któ­rych wspól­nie dąży­li­śmy. Do tego doszły pro­te­sty lud­no­ści, która była nie­za­do­wo­lona gło­dem, bra­kiem pracy i innymi nie­do­god­no­ściami pły­ną­cym z nowego porządku. Na samym początku kaza­łem do nich strze­lać, bo jak już wcze­śniej mówi­łem, nie tole­ro­wa­łem jakie­go­kol­wiek oporu. Pro­blem zaczął być pro­ble­mem, gdy zbun­to­wało się rów­nież woj­sko i poli­cja. Wtedy zorien­to­wa­łem się, że nie mam już żad­nej broni do obrony przed rząd­nym mojej krwi tłu­mem. Pamię­tam ostat­nie chwile mojego życia. Sta­łem przed oknem, zaba­ry­ka­do­wany w swoim gabi­ne­cie mojej pry­wat­nej rezy­den­cji. Patrzy­łem przez nie na budynki rażące jaskra­wym świa­tłem pło­mieni. Ulice stały w ogniu. Sły­sza­łem krzyk tłumu. Ludzie stali z bejs­bo­lami, macze­tami, pochod­niami tuż przed głów­nym wej­ściem, pró­bu­jąc wejść do środka. Pomy­śla­łem sobie wtedy, że histo­ria cią­gle zata­cza koło. Coś, co dopro­wa­dziło mnie na szczyt, zrzuca mnie z niego. Po mnie przyj­dzie nowy rewo­lu­cjo­ni­sta, który rów­nież zosta­nie zrzu­cony i będzie tak w kółko, aż nie pojawi się ktoś, kto fak­tycz­nie zmieni ten bur­del w spraw­nie dzia­ła­jące pań­stwo. Szkoda, że zro­zu­mia­łem swoją głu­potę dopiero na sam koniec. Przy­ło­ży­łem wtedy pisto­let do skroni. Trzy­małem go dla bez­pie­czeń­stwa, ni­gdy wcze­śniej go nie uży­łem. Nigdy nie sądzi­łem, że pierw­sza kula wystrze­lona z niego poleci w moją stronę. Nigdy też nie sądzi­łem, że to ja będę po jed­nej i po dru­giej stro­nie broni. Ostat­nie co usły­sza­łem to trzask pęka­ją­cych drzwi i huk wystrzału. A póź­niej była już tylko ciem­ność.

Zaz­drość

Pocho­dziłem z bied­nej rodziny. Ojciec był alko­holikiem. Mama zwy­kłą kobietą, sta­ra­jącą się wią­zać koniec z koń­cem. Gdy patrzy­łem zza rogu jak ją bije, sta­ra­łem się zro­zu­mieć czy to wła­śnie jest miłość. Jeśli była, to szkoda że tylko jed­no­stronna. Matka ni­gdy nie ode­szła od ojca, zbyt bar­dzo go kochała, nawet patrząc przez pry­zmat tego co jej robił. Spo­kój w domu był dopiero wtedy, gdy nachlał się do tego stop­nia, że nie był w sta­nie się poru­szać. Wymio­to­wał wtedy na wszystko wokół, a matka sta­rała się to na bie­żąco sprzą­tać. Żyli­śmy z zasiłku dla bez­ro­bot­nych, a w naszym kraju to cud jeśli kto­kol­wiek był w sta­nie za to prze­żyć. Widocz­nie nasza rodzina była cudowna. Uczęsz­cza­łem do szkoły gdzie byłem stale wyszy­dzany. Śmiali się, że pato­lo­gia, że bie­dac­kie ciu­chy, że przy­cho­dzę do szkoły z poobi­janą twa­rzą. Nau­czy­ciele i dyrek­cja nie­zbyt się tym przej­mo­wali, szcze­gól­nie bio­rąc pod uwagę to, że czę­sto wpa­da­łem w kło­poty. Nie­zbyt mnie lubili i nie chcieli mi pomóc. Prak­tycz­nie dla każ­dego, oprócz mojej mamy, lepiej by było gdy­bym umarł. Mia­łem też czę­sto myśli samo­bój­cze. Jedyne co mnie od tego odcią­gało to moja matka. Wie­dzia­łem, że nie prze­żyje jeśli zosta­wię ją z tym samą. Nie­na­wi­dzi­łem wszyst­kich wokół. Zaz­dro­ści­łem im wszyst­kiego co mieli. Nor­mal­nego życia, pie­nię­dzy, miło­ści w domu, miło­ści ze strony płci prze­ciw­nej, po pro­stu wszyst­kiego. Moja zazdrość była na takim pozio­mie, że czę­sto chcia­łem ich wszyst­kich zabić, żeby zabrać im moż­li­wość nor­mal­nego życia. Uwa­ża­łem, że jeśli ja nie mogę tego mieć, to oni rów­nież. Wspo­mnia­łem o tym, że czę­sto wpa­da­łem w kło­poty. W więk­szo­ści to były bójki z tymi, co mnie obra­żali. Nie umia­łem się bro­nić wer­bal­nie i moim naj­lep­szym argu­men­tem była pięść. Przez te bójki, wszy­scy nie­na­wi­dzili mnie jesz­cze bar­dziej. Zda­rzały się rów­nież drobne kra­dzieże. Gdy wycho­dziło wszystko na jaw, byłem wysy­łany do dyrek­tora, gdzie dosta­wałem solidny opier­dol. Naj­gor­sza sytu­acja była, gdy chcia­łem ukraść tort ze sklepu. Był wtedy moje uro­dziny. Nawet nie spo­dzie­wa­łem się dostać jakich­kol­wiek życzeń, o pre­zen­cie nie wspo­mi­na­jąc. Pomy­śla­łem, że cho­ciaż sam zjem tort, zdmuchnę sam świeczki i pomy­ślę życze­nie. Jeśli Bóg ist­nieje, to wła­śnie w takich przy­pad­kach powi­nien inge­ro­wać. Zła­pałem więc tort i wybie­głem ze sklepu. No i nie­stety szybko dałem się zła­pać. Została wezwana poli­cja. Nie dosta­łem żad­nej kary, bo nie dość, że byłem mło­do­ciany, to w dodatku niska waga czynu i tylko odwieźli mnie do domu. Traf chciał, że ojciec wtedy nie leżał pijany, był nawet w miarę trzeźwy. Gdy poli­cja opu­ściła nasz dom, dosta­łem taki wpier­dol, jak ni­gdy. Stra­ci­łem wtedy dwa zęby. Po powro­cie do szkoły dosta­łem nowe prze­zwi­sko – szczer­baty. Sły­sza­łem to na każ­dym kroku. Nawet nauczy­ciele tro­chę się pod­śmie­wali i twier­dzili, że było się nie bić to bym miał zęby na swoim miej­scu. Nie mia­łem już wtedy zaufa­nia do nikogo. Czu­łem się jak wyrzu­tek spo­łeczny, jak ktoś kto nie powi­nien ist­nieć. Dosłow­nie, jak śmieć. Zgnie­ciony, pode­ptany, gni­jący na śmiet­niku spo­łe­czeń­stwa, cze­ka­jący aż śmie­ciarka wywie­zie go na wysy­pi­sko. I wtedy coś się zmie­niło. Na kory­ta­rzu zauwa­ży­łem uśmie­cha­jącą się w moim kie­runku dziew­czynę. Pode­szła do mnie i zapy­tała czy wszystko w porządku. Nawet jej nie odpowie­dzia­łem. Myśla­łem, że to pod­pu­cha, stwo­rzona przez moich wro­gów. Wro­giem nazy­wałem każ­dego czło­wieka cho­dzą­cego po ziemi. Odsze­dłem szybko a ona została w tym samym miej­scu, odpro­wa­dza­jąc mnie wzro­kiem. Uda­łem się do miej­sca, gdzie zawsze spę­dza­łem czas w szkole. Nie­da­leko pokoi dla kon­ser­wa­to­rów była wnęka w ścia­nie, gdzie trzy­mano jakiś nikomu nie potrzebny syf, w stylu poła­ma­nych szczo­tek. Tam czu­łem się jak wśród swo­ich. Ta sama dziew­czyna, ta z kory­ta­rza, zna­la­zła mnie w moim taj­nym miej­scu. Przy­sia­dła się do mnie nic nie mówiąc. Dopiero po chwili mil­cze­nia powie­działa, że nazywa się Monika. Na początku nie odpowie­dzia­łem, ale po jakimś cza­sie zdra­dzi­łem swoje imię. Nor­malna roz­mowa, dowie­dzia­łem się, że była w podob­nej sytu­acji do mojej. Może nie tak tra­gicz­nej, ale podob­nej. Obser­wo­wała mnie od początku roku i dopiero teraz odwa­żyła się zaga­dać. Po kon­wer­sa­cji z nią obu­dziły się we mnie jakie­kol­wiek pozy­tywne uczu­cia, tak bar­dzo ukryte pod war­stwami smutku i zazdro­ści od wielu lat. Następne dni spę­dza­łem z nią. Prak­tycz­nie każdą prze­rwę. Z bie­giem czasu zro­zu­mia­łem, że Monika nadała nowy sens mojemu życiu, które dotych­czas nie miało żad­nego powodu by trwać. Z nią nawet to jak byłem upo­ka­rzany nie miało żad­nej war­to­ści, bo zawsze była ona, która mnie pocie­szała i dzięki temu wie­dzia­łem, że nic nie może sta­nąć mi na dro­dze. Nie­stety, inni ucznio­wie to zauwa­żyli. Prze­sta­łem być głów­nym celem ich ata­ków, skie­ro­wali za to swoją uwagę na Monikę. Doszło nawet do pobi­cia. Myśla­łem, że roz­niosę cały budy­nek. Dotar­łem do tego, który to zro­bił i odpła­ci­łem mu się tak, że tra­fił do szpi­tala. Zosta­łem w kon­se­kwen­cji zawie­szony w pra­wach ucznia. W prak­tyce ozna­czało to codzienne spę­dza­nie czasu z ojcem i dosta­wa­nie łomotu. Po powro­cie, dowie­dzia­łem się, że Monika nie wytrzy­my­wała psy­chicz­nie i prze­nio­sła się do innej szkoły, daleko ode mnie. Ten, który był za to odpo­wie­dzialny, widząc mnie, szcze­rzył się tylko. Dumny z sie­bie, śmiał się ze świa­do­mo­ścią, że zepsuł komuś życie. W tam­tym momen­cie stra­ci­łem bez­pow­rot­nie jedyne na czym w życiu mi zale­żało. Chcia­łem jedy­nie się zemścić. Nie wspo­mi­na­łem o tym wcze­śniej, ale mój ojciec jest byłym woj­sko­wym. Miał pozwo­le­nie na broń i trzy­mał ją w domu. Ukra­dłem mu ją i posze­dłem z nią do szkoły. Część z Was już wie, jak ta histo­ria się zakoń­czy. Wcho­dząc do szkoły odda­łem pierw­szy strzał, pro­sto w dyrek­tora. Nagle wybu­chła panika, wszy­scy zaczęli ucie­kać, a ja strze­la­łem do każ­dego, kto się nawi­nął. Mia­łem trzy czy cztery maga­zynki, więc nie żało­wa­łem kul. Zabi­łem mojego głów­nego oprawcę, kilku nauczy­cieli, kilku uczniów i nawet panią szat­niarkę. Ściany były uma­zane we krwi, gdyż kule przecho­dziły na wylot. To był dość silny pisto­let, porów­nał­bym go nawet z Magnum 44. Ledwo utrzy­my­wa­łem go w rękach pod­czas odda­wa­nia kolej­nych strza­łów. Nie­stety, do dzi­siaj nie wiem jak się nazy­wał. Część moich nie­do­szłych ofiar wydo­stała się na zewnątrz i zawia­do­miła poli­cję. Zje­chał się oddział anty­ter­ro­ry­styczny. Weszli do budynku pod­czas gdy ja sie­działem zabun­kro­wany w sali, mając paru zakład­ni­ków. Pró­bo­wali nego­cjo­wać, ale nie mieli mi nic do zaofe­ro­wa­nia. Nie zgo­dzi­łem się na per­trak­ta­cje. Kaza­łem im wypier­da­lać. Gdy nie posłu­chali i dalej pró­bo­wali roz­mowy, zabi­łem kolejną osobę. Potem kolejną. I jesz­cze. Mie­rzy­łem już w przedostat­nią, gdy pod­czas pocią­ga­nia za spust usły­sza­łem głu­che klik­nię­cie. Pusty maga­zy­nek. Nie zdą­ży­łem nawet prze­ła­do­wać, gdy oddział wpadł do sali wywa­ża­jąc drzwi – czy nawet wysa­dza­jąc, w szoku nie byłem pewny – i odda­jąc pre­cy­zyjny strzał w moją głowę. Do końca życia nie czu­łem się winny, nie uwa­ża­łem żeby to co zaszło, było moją winą. Nie wiem czym zawi­ni­łem, że musia­łem żyć takim życiem. Wtedy, upa­da­jąc, zro­zu­mia­łem, że jeśli Bóg ist­nieje to jest zwy­kłą szują, jest jak mały chło­piec sto­jący z lupą nad ogni­skiem i patrzący na cier­pie­nie mró­wek, palo­nych żyw­cem. I zro­zu­mia­łem, że wła­śnie wyru­szam na spo­tka­nie z nim by powie­dzieć mu co o nim myślę, nie szczę­dząc przy tym epi­te­tów. A potem była już tylko ciem­ność.

Nie­czy­stość

Bieda dopro­wa­dza do róż­nych skraj­no­ści. Nawet do odda­wa­nia swo­jego naj­cen­niej­szego daru jakim jest ciało, w ręce oble­chów któ­rzy myślą tylko o zaspo­ko­je­niu swo­ich przy­ziem­nych potrzeb. Byłam stu­dentką psy­cho­lo­gii. Moją pierw­szą pracą było call-cen­ter. Sie­dzia­łam po 8 godzin w gło­śnym biu­rze, śred­nio co dzie­sięć minut roz­ma­wia­jąc przez tele­fon z nową osobą. Do moich zadań nale­żało: wci­ska­nie kitu sta­rusz­kom, wkrę­ca­nie w umowy na które nikogo nie było stać oraz sprze­da­wa­nie nikomu nie potrzeb­nego syfu. Po każ­dym dniu pracy ciężko było mi zasnąć. Mia­łam wyrzuty sumie­nia. Z każ­dym dniem coraz bar­dziej zda­wałam sobie sprawę ile osób wpa­ko­wa­łam w poważne kło­poty. Moja stawka to było jakieś sześć zło­tych za godzinę, plus pre­mia od sprze­da­nego towaru czy też wci­śnię­tej umowy. Dodat­kowo – jak to w kor­po­ra­cji – dono­sze­nie na współ­pra­cow­ni­ków, wyścig szczu­rów i nie­sa­mo­wity stres. Po mie­siącu dosta­łam pierw­szą wypłatę. Łącz­nie zaro­bi­łam przez ten mie­siąc dzie­więć­set pięć­dzie­siąt zło­tych. Po opła­ce­niu czyn­szu za miesz­ka­nie zostało mi pięć dych na prze­ży­cie. Zrozumia­łam, że to nie ma sensu. Rzu­ci­łam tą pracę. Naza­jutrz zaczę­łam szu­kać nowej. Wpadł mi do głowy pewien może nie do końca moralny, ale przy­no­szący cał­kiem nie­złe korzy­ści pomysł. Zaczę­łam się roz­bie­rać przed kamerką na pew­nej stro­nie inter­netowej, cał­ko­wi­cie poświę­co­nej takiemu dzia­ła­niu. Nie­skrom­nie się przy­znam, że mia­łam cał­kiem ładne, zgrabne ciało. Dzięki temu zyski­wa­łam coraz więk­szą popu­lar­ność na por­talu. Śmie­szyło mnie to tro­chę w sumie, gdy wyobra­ża­łam sobie masę nie­speł­nio­nych sek­su­al­nie face­tów, któ­rzy pła­cili za moż­li­wość mastur­ba­cji do mojego pokazu. Mogę nawet rzec, że tro­chę nimi gar­dzi­łam. Więk­szość ludzi powie­działa by o tym – obrzy­dliwe. Dla mnie to było cał­kiem zabawne. Po tygo­dniu mój zysk wyno­sił tyle ile dosta­łam po mie­siącu w poprzed­niej pracy. Wtedy też dosta­łam na pry­watną skrzynkę wia­do­mość od pew­nej agen­cji, zaj­mu­ją­cej się foto-mode­lingiem. Oferta była cał­kiem kusząca, mia­łam poje­chać do pew­nego miej­sca i tam zosta­łaby prze­pro­wa­dzona ze mną sesja zdję­ciowa, na potrzeby jakie­goś niszo­wego cza­so­pi­sma. Wią­zała się z tym cał­kiem nie­zła stawka, plus pro­cent od zysków ze sprze­daży. Zaak­cep­to­wa­łam to i na następny dzień byłam w wyzna­czo­nym miej­scu. Prze­ciętny biu­ro­wiec, do któ­rego główne wej­ście było od prze­ciw­nej strony niż ulica. Po wej­ściu zapo­zna­łam się dokład­niej z ofertą i pod­pi­sa­łam umowę. Sesja została wyko­nana pro­fe­sjo­nal­nie, przez fak­tycz­nych zawo­do­wych foto­gra­fów. Po zakoń­cze­niu, zosta­łam powia­do­miona, o ewen­tu­al­nych kolej­nych spo­tka­niach i pozwo­lono mi wyjść. Przed drzwiami wyj­ścio­wymi cze­kał na mnie samo­chód, któ­rym mieli mnie odwieźć do domu. Pod­czas jazdy zrozumia­łam, że sprawy poto­czą się tro­chę ina­czej niż to pla­no­wa­łam. Zupeł­nie ina­czej. Zau­wa­ży­łam, że nie jedziemy w stronę mojego domu, a zupeł­nie w prze­ciwną stronę. Spy­tałam, co to ma zna­czyć. Pole­cono mi zapo­znać się z umową, dokład­niej z ostat­nią strona. Wtedy się prze­ra­zi­łam. Wła­śnie zrozumia­łam, że wyra­zi­łam zgodę na pracę w agen­cji towa­rzy­skiej. Cały foto-mode­ling to była jedy­nie przy­krywka, dla bur­delu. Krzy­czałam, żeby się zatrzy­mali, jed­nak nikt mnie nie słu­chał a drzwi od samo­chodu były zamknięte. Nie mia­łam nawet jak uciec. Nigdy nie spo­dzie­wa­łam się, że zostanę dziwką. Moje nowe miesz­ka­nie dzie­li­łam wraz z dwoma innymi dziew­czy­nami. Żadna z nas nie miała nawet jak uciec, bo wie­dzieli o nas wszystko. Gdzie jest nasz dom, uczel­nie, gdzie miesz­kają zna­jomi. Gro­zili, że powie­dzą naszym rodzi­nom o tym czym się zaj­mu­jemy, czym się zaj­mo­wa­ły­śmy, jakie mia­ły­śmy plany. Dodat­kowo, gro­ziły nam pro­blemy prawne zwią­zane z nie­wy­wią­za­niem się z umowy. Wbrew pozo­rom, w naszym kraju pro­sty­tu­cja jest legalna, pro­wa­dze­nie agen­cji towa­rzy­skich rów­nież. To był wynik jedy­nie naszej głu­poty i nie­do­pa­trze­nia w tym, co pod­pi­sy­wa­ły­śmy. Mia­ły­śmy po paru klien­tów dzien­nie. Więk­szość była cał­kiem miła, tacy prze­cięt­niacy szu­ka­jący chwi­lo­wej bli­sko­ści. Ze względu na moje zami­ło­wa­nie, co wią­zało się z wybra­nymi stu­diami, roz­ma­wia­łam z niektó­rymi z nich. Żal mi było tych męż­czyzn, więk­szość miała pro­blemy w kon­tak­tach z kobie­tami, była po roz­wo­dach lub byli na tyle brzydcy, że żadna kobieta nie chciała by mieć z nimi do czy­nie­nia. Pie­niędzmi, które od nich dosta­wałyśmy, dzie­li­li­śmy się z agen­cją fifty-fifty. Patrząc z punktu czy­sto eko­no­micz­nego, wycho­dziłam z tym na plus o wiele bar­dziej, niż na samych kamer­kach. Po pew­nym cza­sie, nawet doszłam do wnio­sku, że to nie jest taka zła praca. Czy­sto mecha­niczna czyn­ność, która w więk­szo­ści przy­pad­ków koń­czy się po trzech minu­tach. Myśla­łam sobie wtedy o tym, jaki film zaraz obej­rzę, czy też co zjem dzi­siaj na obiad. Podobne myśle­nie, do tego jakie się ma sto­jąc w kolejce do sklepu. Można powie­dzieć, że byłam nawet szczę­śliwa. Mię­dzy wyko­ny­waną pracą, mia­łam czas na stu­dia, zna­jo­mych, wła­sne przy­jem­no­ści. Oczy­wi­ście nikt nie mógł wie­dzieć, czym się tak naprawdę zaj­muję. Im dłuż­szy był mój staż pracy, tym wię­cej przy­wi­le­jów dosta­wałam od pra­co­daw­ców. Odda­wali mi więk­szy pro­cent, dosta­wałam pre­mie. Moje nabie­ra­nie doświad­cze­nia wią­zało się jed­nak z przyj­mo­wa­niem klien­tów o lekko dziw­nych pre­fe­ren­cjach sek­su­al­nych. Z bie­giem czasu, te „lekko” zamie­niało się w „bar­dzo”. Zgła­szali się do mnie ludzie o tak skraj­nych odchy­le­niach od normy, że widzia­łam w nich poważne zabu­rze­nia psy­chiczne. Jed­nak praca to praca. Dosta­wałam za to jesz­cze więk­szą pen­sje, więc godzi­łam się na to. W końcu przy­szedł do mnie klient, któ­rego podnie­cało bicie i dusze­nie. Mia­łam za to dostać naprawdę dużą stawkę. Po szyb­kiej ana­li­zie zysku, pod­ję­łam się tego wyzwa­nia. Męż­czy­znę tego można opi­sać jako dość pokaź­nych roz­mia­rów, cał­kiem umię­śnio­nego. Moje pierw­sze wra­że­nie było w sumie nija­kie. Nie róż­nił się niczym od poprzed­nich, ot zwy­kły facet, ciemne włosy, mniej wię­cej metr dzie­więć­dzie­siąt wzro­stu, tro­chę więk­szy od innych. Moje zada­nie było pro­ste. Poło­żyć się na łóżku, dać się zwią­zać i pozwo­lić mu na domi­na­cję. Gdy byłam już unie­ru­cho­miona, on przy­stą­pił do dzia­ła­nia. Roz­po­czął od lek­kiego dotyku moich bio­der, następ­nie prze­szedł do sut­ków. Lekko je uszczyp­nął, po czym zupeł­nie nie­spo­dzie­wa­nie ude­rzył mnie otwartą dło­nią w twarz. Naj­pierw jeden raz, póź­niej drugi. Zła­pał za szyję i mocno uści­snął. Wtedy dopiero wszedł. Pierw­szy raz ktoś spra­wił mi taki ból pod­czas wcho­dze­nia. Zde­cy­do­wa­nie nie był deli­katny. Pod­czas swo­ich posu­wi­stych ruchów, jedną ręką trzy­mał mnie za szyję, a drugą bił po brzu­chu. Nie mogłam krzy­czeć, mia­łam zakne­blo­wane usta. Z oczu pły­nęły mi łzy, a twarz sta­wała się coraz bar­dziej sina. Widzia­łam jego uśmiech, chory, nie­na­tu­ral­nie wykrzy­wiony. Jakby spra­wia­nie cier­pie­nia dawało mu naj­więk­szą roz­kosz, o jakiej mógł sobie tylko poma­rzyć. Czu­łam się wtedy jak szma­ciana lalka, którą ktoś rwał. Im dłu­żej to trwało, tym sta­wał się bru­tal­niej­szy. Moc­niej mnie dusił, moc­niej bił, moc­niej pene­tro­wał. W pew­nym momen­cie, po pro­stu odpły­nę­łam. Nie wiem czy z bólu, czy z braku powie­trza. Wszystko stało się czarne. Nie wie­dzia­łam po jakim cza­sie obu­dziłam się w szpi­talu. Stała nade mną moja rodzina. O wszyst­kim już wie­dzieli. Nie byłam w sta­nie spoj­rzeć im w oczy. Dia­gnoza leka­rzy to prze­miesz­cze­nie paru orga­nów, parę zła­ma­nych kości, obi­cia, otar­cia i prze­rwa­nie macicy. Prawdopodob­nie ni­gdy już nie była­bym w sta­nie zajść w ciążę. Po tygo­dniu spę­dzo­nym w łóżku szpi­tal­nym, dosta­łam wypis do domu. Byłam prak­tycz­nie cała w gip­sie. Agen­cja towa­rzy­ska, w któ­rej pra­co­wa­łam, odcięła się ode mnie. Usu­nęli moje papiery ze swo­ich kar­to­tek, zatu­szo­wali wszyst­kie dowody, że kie­dy­kol­wiek u nich pra­co­wa­łam. Nie dosta­łam rów­nież ostat­niej wypłaty. Gdy sprawa wycie­kła do mediów, rodzina i zna­jomi rów­nież się ode mnie odsu­nęli. Pamię­tam ostat­nie słowa ojca – ja już nie mam córki. Przez następne dni, żyłam z oszczęd­no­ści. Nato­miast gdy już się wyle­czy­łam, nie mogłam zna­leźć pracy. Moja sława w mediach dawała o sobie znać. Żaden pra­co­dawca nie chciał mnie przy­jąć. Nawet na pier­do­loną kasjerkę. Nie wytrzy­my­wa­łam tego. Ludzie na ulicy wyty­kali mnie pal­cami. Cią­gle sły­sza­łam obe­lgi kie­ro­wane w moją stronę. Nie mia­łam nawet do kogo otwo­rzyć ust. W końcu posta­no­wi­łam ze sobą skoń­czyć. Chcia­łam się powie­sić, w swoim miesz­ka­niu. Mia­łam zamiar zro­bić to na spo­koj­nie. Gdy tylko zało­ży­łam pętle na szyję, od razu wpa­dłam w panikę. Przy­po­mnia­łam sobie sceny z tam­tego pokoju. Kop­nę­łam krze­sło, na któ­rym sta­łam. Buja­łam się i trzę­słam w spa­zmach. Bra­ko­wało mi tlenu. W pew­nym momen­cie poczu­łam lekki trzask z tyłu głowy i krótki, choć nie­sa­mo­wity ból. Potem już była jedy­nie ciem­ność.

Nieu­miar­ko­wa­nie

W sumie od dzie­ciaka pocią­gał mnie alko­hol. Jeśli dzie­cia­kiem można nazwać chło­paka lat czter­na­ście, w samym środku gim­na­zjum. Wtedy pierw­szy raz go spró­bo­wałem. Wraz z dwoma kum­plami kupili­śmy flaszkę w osie­dlo­wym skle­pie, gdzie nikt zbyt­nio nie pytał o dowód. Nikt się tym nie przej­mo­wał. Wypili­śmy ją, mie­sza­jąc z róż­nymi sokami, colą i podob­nymi napo­jami. Po butelce na trzech byli­śmy już bar­dzo mocno pod­pici. Moi rodzice wra­cali póź­niej, więc zdą­ży­li­śmy wytrzeź­wieć zanim przy­byli do domu. To był cudowny stan. Wszystko się krę­ciło, w gło­wie szum, sło­wo­tok, śmiech, eufo­ria. Pamię­tam, że były to waka­cje, więc prak­tycz­nie ni­gdy nie było mnie w domu, wra­ca­łem dopiero wie­czo­rem. Tak zafa­scy­no­wani byli­śmy alko­holem, że każ­dego dnia gdy wsta­wa­li­śmy mniej wię­cej o dwu­na­stej, o trzy­na­stej byli­śmy już wsta­wieni. Wra­caliśmy do domów koło dwu­dzie­stej dru­giej. Do tego czasu już nam przecho­dził stan upo­je­nia. Mie­li­śmy swoje miej­scówki – za szkołą, na gara­żach, w lesie, w opusz­czo­nym domu. Wszę­dzie tam skry­wa­li­śmy się przed świa­tem pijąc. Na kolejny dzień ni­gdy nie mie­li­śmy kaca. Mam teo­rię, że to przez młody orga­nizm. W tym wieku to zja­wi­sko raczej nie zacho­dzi. To nie jest tak, że pocho­dziliśmy z bied­nych czy pato­lo­gicz­nych rodzin. Prze­ciw­nie, nasi rodzice byli klasy śred­niej, niczego nam nie bra­ko­wało. To po pro­stu efekt zaka­za­nego jabłka. Jak wiesz, ze cze­goś nie możesz, to bar­dziej Ci się tego chce. No i chciało się, przez całe waka­cje. W roku szkol­nym chyba tak nie robi­li­śmy, może tylko w week­endy i to też spo­ra­dycz­nie. Kolejne waka­cje i znów powtórka z roz­rywki. Nie wiem ile prze­wa­li­li­śmy pie­nię­dzy na wódkę. Było tego naprawdę dużo. Cią­gnęło się to przez całe gim­na­zjum, aż po pierw­szą liceum. Wtedy zaczęły się imprezy. Ja jak to ja, musia­łem poka­zać że jestem naj­lep­szy i mam najmoc­niejszą głowę. Wtedy czę­sto dopro­wa­dza­łem się do zgo­nów. Na szczę­ście moi kum­ple mnie jakoś ogar­niali i wra­ca­łem do domu bez więk­szych pro­ble­mów. Parę razy się wydało, że piłem, ale ni­gdy rodzice nie robili z tego więk­szej tra­ge­dii. Dosta­wałem opier­dol i tyle. Czę­sto też uży­wa­łem wymówki, że nocuję u kolegi. Wtedy też pili­śmy. Potem zaczęły się osiem­nastki. Prak­tycz­nie nie było imprezy osiem­nast­ko­wej bez mojego zgona. To już taka tra­dy­cja, że jak się zapra­szało mnie, to koło pierw­szej w nocy musia­łem już leżeć gdzieś w kącie. Wtedy w sumie już zro­zu­mia­łem, że to chyba uza­leż­nie­nie. Czę­sto wycho­dziłem z domu tylko po to, żeby wypić parę piw z kolegą i potem po cichu wró­cić, tak żeby rodzice nie zauwa­żyli, że jestem pod wpły­wem. Skra­da­łem się wtedy, powoli prze­krę­ca­łem klucz w zamku i na palusz­kach sze­dłem do swo­jego pokoju. Już ofi­cjal­nie mogłem o sobie wtedy powie­dzieć, że się sto­czy­łem. Zda­wałem sobie sprawę z tego, że kie­dyś alko­hol mnie wykoń­czy. Myśla­łem sobie, że to będzie dopiero jak będę już stary, będę miał wszystko w dupie, na niczym już nie będzie mi zale­żeć. Nie spo­dzie­wa­łem się, że to sta­nie się tak szybko. Mia­łem wtedy około dwu­dzie­stu, może dwa­dzie­ścia jeden lat. Chyba to był gru­dzień i było bar­dzo zimno. Wysze­dłem z dwoma kole­gami do parku. Mie­li­śmy wtedy przy sobie dwie połówki, tak aby się roz­grzać. Pili­śmy pro­sto z gwinta, bez żad­nej zapojki. Na zim­nie pije się tro­chę ina­czej, jesz­cze jak dobra wódka to wcho­dzi jak woda. Sam wypi­łem prak­tycz­nie więk­szość jed­nej butelki. Na zim­nie alko­hol działa ina­czej, nie zauwa­ży­łem nawet kiedy zaczą­łem być pijany. Nie zda­wałem sobie sprawy, w jakim jestem już sta­nie. Sto­jąc przy jakiejś ławce, zaczą­łem się popi­sy­wać. Wsko­czy­łem na nią i sta­ra­łem utrzy­mać się na jed­nej nodze na jej opar­ciu. Nie­stety, zapo­mnia­łem o tym, że było śli­sko. Pamię­tam tylko jak spa­da­łem, jak ude­rza­łem bokiem głowy o coś twar­dego. Czu­łem się, jak­bym nagle zasy­piał. A potem już była tylko ciem­ność.

Leni­stwo

Kurwa, jak mi się nie chce tego opo­wia­dać. Na prawdę. To jest moja naj­więk­sza wada – ni­gdy nic mi się nie chciało. Moja histo­ria jest bar­dzo krótka. Nie mam zamiaru jej opo­wia­dać, przy­wo­łu­jąc roz­mowy z innymi ludźmi, jakieś spek­ta­ku­larne wyda­rze­nia, które obró­ci­łyby Wasze myśle­nie o ludz­kich wadach o sto osiem­dzie­siąt stopni. Wpierw, przed­sta­wię mój żywot – byłem leniem. Obi­bo­kiem, któ­rego leni­stwo prze­jęło cał­ko­wi­cie kon­trolę nad życiem i do końca tego życia dopro­wa­dziło. Moi rodzice zawsze mnie we wszyst­kim wyrę­czali. Dosłow­nie, byłem kar­miony może do ósmego roku życia. Szkoła oczy­wi­ście pry­watna, nasta­wiona na indy­wi­du­alizm oraz prze­pusz­cze­nie do następ­nej klasy za pomocą nie­wiel­kiej dota­cji finan­so­wej dla dyrek­tora. I tak to się jakoś toczyło. Z klasy do klasy bez nauki, bez ambi­cji, więk­szość czasu spę­dza­jąc na sofie w pozy­cji leżą­cej. Cza­sem pół­sie­dzą­cej, gdy trzeba było coś zjeść. Gdy już musia­łem opu­ścić dom, byłem zawo­żony samo­cho­dem – cho­ciaż i tak więk­szość spraw zała­twiali za mnie rodzice. Poch­ło­nął mnie kom­pletny marazm. Sie­lanka się skoń­czyła pew­nej sierp­nio­wej nocy. Rodzice dłuż­szy czas nie wra­cali do domu. Wie­dzia­łem, że coś się stało, lecz nie chciało mi się nawet się­gnąć po tele­fon aby zadzwo­nić. Dopiero gdy zaczął doskwie­rać mi głód, ruszy­łem się z kanapy. Wtedy odkry­łem, że jest pierw­sza. Prze­gry­złem coś na szybko i poło­ży­łem się spać. Rano dalej ich nie było. Zde­cy­do­wa­nie było coś nie tak. Osta­tecz­nie moje wąt­pli­wo­ści roz­wiał poli­cjant, który zaszedł do mnie nie długo po dwu­na­stej. Mieli wypa­dek samo­cho­dowy. Oboje zgi­nęli. Kolejne dni, pomimo doskwie­ra­ją­cej pustki w domu i braku opieki nade mną, wyglą­dały podob­nie. Leża­łem na kana­pie, spa­łem, prze­glą­da­łem inter­net, cza­sem coś zja­dłem. I tak przez tydzień. Wtedy zaczęło koń­czyć się jedze­nie. Gdy po kilku następ­nych dniach, jedze­nie w domu kom­plet­nie się skoń­czyło, zaczą­łem szu­kać jakichś pie­nię­dzy. Jedyne co zna­la­złem, to stu­zło­towy bank­not zosta­wiony przez ojca gdzieś na jego biurku. Zamó­wi­łem za to cztery pizze, po dwie na dzień. Gdy i pizze się skoń­czyły, a mi doskwie­rał głód, zapi­ja­łem go wodą z kranu. Wypeł­nia­jąc żołą­dek czy­stą wodą, nie był on taki silny. We­ge­to­wa­łem tak trzy tygo­dnie. W ciągu tego czasu, zmie­ni­łem się nie do pozna­nia. Wcze­śniej, byłem na prawdę gruby – po gło­dówce stra­ci­łem ponad połowę masy ciała. Im wię­cej tra­ci­łem na wadze, tym bar­dziej głód sta­wał się nie­zno­śny. W końcu osią­gnął on poziom kry­tyczny. Moja śmierć nie była jakaś nie­sa­mo­wita, prze­ra­ża­jąca czy cie­kawa. Po pro­stu zasną­łem i już się nie obu­dzi­łem. Pod­czas snu, któ­ryś z orga­nów nie wytrzy­mał i się wyłą­czył. Umar­łem bez­bo­le­śnie, bez świa­do­mo­ści umie­ra­nia, jedy­nie stan przed­ago­nalny był, co by nie mówić – męczący. Dopiero teraz zdaję sobie sprawę, że tak na prawdę ni­gdy nie umar­łem. Jak może umrzeć ktoś, kto ni­gdy nie żył? Nie kocha­łem swo­ich rodzi­ców, byli kimś na wzór służby dla mojej osoby. Szkołę mia­łem w dupie, zna­jo­mych mia­łem w dupie, nie mia­łem żad­nych ambi­cji, nic mnie nie inte­re­so­wało. Życie nie miało dla mnie kom­plet­nie żad­nej war­to­ści. A jed­nak ktoś dał mi je i pozwo­lił przez krótką chwilę zoba­czyć świat, który i tak doce­niam dopiero po śmierci. Zakła­dam, że nie będę mógł go ujrzeć ponow­nie – a szkoda. Tro­chę zaczy­nam tęsk­nić i żało­wać, ze tylu rze­czy nie zro­biłem. Cho­ciaż w sumie by mi się nie chciało. Jeśli Bóg ist­nieje, a zaraz się o tym prze­ko­nam, pew­nie przy­go­to­wał dla mnie oddzielne miej­sce w pie­kle, Mara­zmię. Mia­sto pogrą­żo­nych w leni­stwie istot, tęsk­nią­cych za chę­cią do cze­go­kol­wiek.

...

Cała piątka obu­dziła się w pogrą­żo­nym w bieli miej­scu. Nie mogli ujrzeć końca prze­strzeni, jak i nie mogli ujrzeć cha­rak­terystycznych dla pomiesz­cze­nia szcze­gó­łów, takich jak podłoga czy sufit. Była jedy­nie nie­skoń­czona biel. Nie widzieli rów­nież swo­ich koń­czyn. Byli jak sam wzrok, zawie­szony gdzieś w ete­rze, mogący się obra­cać, mówić, myśleć i poru­szać, lecz nie oddzia­ły­wać na cokol­wiek. Sie­bie wza­jem­nie widzieli nato­miast jako świe­cące się punkty, oto­czone ciemną mgiełką, falu­jącą i powie­wa­jącą pod napo­rem nie­ist­nie­ją­cego wia­tru. Mimo ciszy, każdy z nich odczu­wał swego rodzaju przy­gnę­bie­nie epa­tu­jące z towa­rzy­szy. W końcu Chci­wość prze­ła­mał ciszę:

-A więc to jest po śmierci? – ze sto­ic­kim spo­ko­jem zapy­tał reto­rycz­nie. Zda­wał sobie sprawę z wła­snego poło­że­nia i nie można było odczuć po nim jakiej­kol­wiek emo­cji świad­czą­cej o nie­po­go­dze­niu się z losem.

– Tak wła­śnie koń­czy każdy czło­wiek, w pustym, bia­łym pokoju?– Jakie „po śmierci”, to są jakieś jaja? Wiem, że mnie kurwa wkrę­ca­cie, jestem pijany i przez to robi­cie sobie jaja! Koniec cyrku, Mati, Kon­rad, wyła­zić! – krzyk­nął Nieu­miar­ko­wa­nie.

– Prze­stań wrzesz­czeć! Wku­rzasz mnie tylko. Umar­łeś i pogódź się z tym. – Odpo­wie­dział Zaz­drość.

– Ta? Bo co mi zro­bisz kozaku? – Zapy­tał Nieu­miar­ko­wa­nie, wyra­ża­jąc tonem ewi­dentną pogardę.

– Przed paroma chwi­lami zaje­ba­łem kil­ka­na­ście osób i przy­się­gam, że jak nie zawrzesz mordy to zaje­bię i Cie­bie! – Odparł wku­rzony Zaz­drość.

– I czym Ty go zamie­rzasz zabić? – Nie­czy­stość włą­czyła się do roz­mowy. – Prze­cież nie mamy koń­czyn, nie zauwa­ży­li­ście tego?

– Fakt, ale jak­by­śmy mieli, to z chę­cią bym to zro­bił. – przy­znał Zaz­drość.

– Zamknij­cie się wszy­scy, sły­szę coś! – Powie­dział nagle Chci­wość.

Z odmę­tów nie­skoń­czo­nej bieli, ufor­mo­wała się prze­dziwna postać. Była ona bar­dzo wysoka, lub to oni byli bar­dzo mali. Nie było jak tego stwier­dzić, bez punktu odnie­sie­nia. Posia­dała trzy twa­rze, zro­śnięte ze sobą. Miała rów­nież trzy pary rąk oraz trzy pary nóg. Była jakby jedną istotą w trzech oso­bach. Wyglą­dało to dosyć kurio­zal­nie, jed­nak dało się odczuć, że była to postać nie­sa­mo­wita. Biła z niej aura nie­sa­mo­witej potęgi. Samo prze­by­wa­nie w pobliżu wystar­czyło, aby wie­dzieć, że jest to ktoś bar­dzo ważny. Zaz­drość jed­nak nie odczuł powagi sytu­acji, nie odczy­tał aury i zapy­tał cham­sko:

– A Ty kim kurwa jesteś?

– Mam wiele imion, ale wystar­czy, że nazwę się Waszym stwórcą. – Postać odpo­wie­działa, wydo­by­wa­jąc głos z trzech twa­rzy jed­no­cze­śnie. Zara­zem było czuć, jakby nie potrze­bo­wała do tego ust, jakby wystar­czyły jej same myśli do prze­ka­za­nia wia­do­mo­ści a usta tylko wspo­ma­gały cały efekt.

Zazdrość nie mógł pohamować swoich emocji. W jednej chwili przypomniał sobie Monikę i chęć zemsty na Bogu za to co się stało.

- TY CHUJU! - wykrzyczał. - PRZEZ CIEBIE MIAŁEM SPIERDOLONE ŻYCIE! BYŁEM BITY I OPLUWANY, STRACIŁEM JEDYNĄ OSOBĘ, KTÓRĄ KOCHAŁEM! JAK MOGŁEŚ NA TO POZWOLIĆ?!

Bóg spojrzał na niego z widoczną pogardą. Odpowiedział jedynie:

- Pohamuj emocje.

Zazdrość, gdyby mógł, skoczyłby właśnie na Stwórcę z chęcią rozszarpania. Pomijając to, że nie miał ciała, nie był w stanie nawet się przemieścić. Chciwość natomiast nie uległ emocjom i zapytał spokojnie:

– A więc jesteś Bogiem, a my jeste­śmy na czymś w rodzaju sądu osta­tecz­nego?

– Ależ nie, sąd osta­teczny jest dla ludzi. – nie­sa­mo­wi­cie głę­boki głos odbił się echem po ścia­nach, które teo­retycz­nie nie ist­niały.

– To kim my w takim razie jeste­śmy, jak nie ludźmi? – Tym razem pyta­nie zadała Nie­czy­stość.

– Efek­tem ubocz­nym mnie samego, któ­rego musia­łem się pozbyć na samym początku ist­nie­nia czło­wieka. Jeste­ście skon­den­so­wa­nymi wadami istot rozum­nych, takich jak ja czy ludzie.

– Nie no, to już są albo jakieś jaja albo się naćpa­łem. Mati mi pew­nie coś wsy­pał. Ogar­nij się, ogar­nij, zamkniesz teraz oczy i bad­trip minie… – Beł­ko­tał Nieu­miar­ko­wa­nie.

– Zamknąć mordy, ja pro­wa­dzę roz­mowę! – Uci­szył wszyst­kich Chci­wość. – Możesz jaśniej? Jak to efek­tem ubocz­nym, to zna­czy że czym my w zasa­dzie jeste­śmy? I jak to takich jak Ty czy ludzie? Jesteś w końcu stwórcą czy sta­wiasz się na równi z ludźmi?

– Ha ha ha! Chci­wość, jak zwy­kle rezo­lutny i naj­do­cie­kliw­szy z całej piątki. Ile razy Cię zsy­łam na zie­mię, Ty ni­gdy się nie zmie­niasz. Mimo, że tłu­ma­czy­łem to Wam już miliony razy, powiem to jesz­cze ostatni raz. Jeste­ście błę­dami, któ­rych pozby­łem się przed całymi eonami. Cząst­kami mojej duszy, które były ska­żone i któ­rych posia­da­nie nie przy­stało isto­cie ide­al­nej. Two­rząc czło­wieka, musia­łem się od niego róż­nić, dla­tego pozby­łem się tych przy­krych ludz­kich cech i zesła­łem je na zie­mię. Tak wła­śnie powsta­li­ście, ewo­lu­ując z cząstki mojej duszy na peł­no­prawne, oddzielne byty z wła­snym rozu­mem, jed­nak nie do końca z wła­sną wolą. Przeżywaliście nieskończoną ilość żyć i za każdym razem reinkarnowaliście się w innego człowieka. Każda z Was repre­zen­tuje inną, naj­cięż­szą ludzką wadę – łącz­nie jest Was sie­dem, lecz na zie­mię zesła­łem tylko pięć. Gniew jest na­dal we mnie, a zdradę repre­zen­tuje ten zły, pod nami.

- Ty próbujesz mi powiedzieć, że przeżywałem nieskończoną ilość żyć, za każdym razem kogoś traciłem, za każdym razem ginął ktoś niewinny a ja cierpiałem przez całe życie? - zadał pytanie Zazdrość, będąc na granicy opanowania.

- Nie za każdym razem, ale w gruncie rzeczy - zdarzało się to dosyć często.

- Jak złym trzeba być, aby pozwolić na coś takiego... I Ciebie nazywają istotą idealną?!

Chciwość chwilę milczał, przetwarzał informacje. W końcu przerwał ciszę:

– Zdradę? Nie cho­dzi Ci o pychę? – Wtrą­cił się Chci­wość.

– Nie, mój drogi. Pycha, czy też duma, nie jest tak cięż­kim grze­chem jak zdrada. To bar­dziej czyn­nik defi­niu­jący cha­rak­ter jak skłon­ność do iro­nii niż faktyczny grzech. Ale ludzie jak to ludzie, tro­chę poprze­krę­cali moje słowa i sie­dem grze­chów głów­nych na ziemi wygląda nieco ina­czej.

– Chcesz mi powie­dzieć, że przed stwo­rze­niem czło­wieka, byłeś Bogiem uza­leż­nio­nym od alko­holu? – chci­wość spy­tał, patrząc się zna­cząco na Nieu­miar­ko­wa­nie.

– Abso­lut­nie nie. To, że dajmy na to wła­śnie Nieu­miar­ko­wa­nie prze­żył życie alko­ho­lika, nie ozna­cza, że jego cecha doty­czy tylko alko­holu. Repre­zen­tu­je­cie cechy – nie kon­kretne sytu­acje.

Leni­stwo, który sie­dział dotych­czas cicho, ode­zwał się:

– Czy to ozna­cza, że posia­da­jąc mnie, nie chcia­łoby Ci się two­rzyć świata?

Bóg przez chwilę się nie odzy­wał. Nie dało się poznać, czy to z zakło­po­ta­nia czy ze zde­ner­wo­wa­nia. Odrzekł jed­nak spo­koj­nie:

– To ozna­cza jedy­nie, że wszystko na świe­cie toczyło by się wol­niej. Każdą z Waszych cech da się kon­tro­lo­wać w mniej­szym czy więk­szym stop­niu. Leni­stwo to jedy­nie kwe­stia moty­wa­cji.

– A jaką Ty mia­łeś moty­wa­cję? – Zapy­tał ponow­nie.

– Żaden z Was nie jest w sta­nie tego zro­zu­mieć.

– Prze­cież jeste­śmy po czę­ści Tobą, jak mogli­by­śmy tego nie zro­zu­mieć?! – wrza­snął zazdrość.

– Dość pytań! – Zakoń­czył Bóg.

Stwórca zro­bił kilka kro­ków wprzód i roz­ło­żył wszyst­kie pary rąk. – Wiem, że pamię­ta­cie tylko ostat­nie życie. Mogę Was jed­nak zapew­nić, że była ich nie­zli­czona ilość. Wasza wędrówka z chwilą obecną jed­nak dobie­gła końca. Posta­no­wi­łem na nowo się z Wami połą­czyć. Nasta­nie nowa era we wszech­świe­cie – era cha­osu i znisz­cze­nia, czas apo­ka­lipsy. Świat oraz ludzi trzeba stwo­rzyć na nowo. Złącz­cie się ze mną, moje dzieci!

Zanim któ­re­kol­wiek zdą­żyło coś powie­dzieć, poczuli nie­sa­mo­wite przy­cią­ga­nie do boskiej istoty. Porów­nać to można do odku­rza­cza, wcią­ga­ją­cego kurz. Nie byli w sta­nie tego opa­no­wać i chwilę póź­niej, wraz z akom­pa­nia­men­tem świ­stu oraz dziw­nego, nie­bie­skiego bły­sku zostali połą­czeni w jedną całość ze stwórcą.

Koniec?

Nie, to jesz­cze nie koniec. Otwo­rzy­łem oczy. Widzia­łem przed sobą nie­skoń­czoną biel. Czu­łem ryt­miczne bicie cze­goś, co przy­po­mi­nało serce. Wyglą­dało ina­czej niż ludzki organ, była to raczej nie­bie­ska sfera ener­gii, pul­su­jąca od mocy. Serce wszech­świata. Serce Boga. W jed­nej chwili przez moje myśli prze­pły­nęła fala milio­nów wspo­mnień, ze wszyst­kich żyć od początku mojego ist­nie­nia. Widzia­łem rów­nież wspo­mnie­nia innych grze­chów. Widzia­łem też myśli samego Boga. Pozna­łem jego naro­dze­nie, pozna­łem począ­tek świata, zoba­czyłem emo­cje, które nim kie­ro­wały pod­czas całego ist­nie­nia. Dobrze, że jed­nak byłem czymś wię­cej niż ludzie. Zwy­kły czło­wiek osza­lałby, gdyby to zoba­czył. Wie­dzia­łem, że jest zły. Gniew, to nie jedyna cecha którą w sobie zosta­wił. Było ich znacz­nie wię­cej, a pycha była jedną z nich. Było też kłam­stwo. Była rów­nież zawiść, zemsta, zdrada. Wszyst­kie te cechy nie były cechami ludz­kimi – nale­żały pier­wot­nie do stwórcy. On stwo­rzył czło­wieka na swoje podo­bień­stwo. Potem mnie olśniło. Dopiero teraz, po odzy­ska­niu wspo­mnień, to zro­zu­mia­łem. Byli­śmy jego bra­ku­ją­cymi cechami, ale nie zesłał nas na zie­mię celowo. To był wypa­dek przy pracy. Nie dało się wła­dać świa­tem z tak wie­loma złymi cechami i ta sama siła, która pozwo­liła dla Boga stwo­rzyć wszech­świat, oddzie­liła nas od niego. Nie mie­li­śmy wtedy jesz­cze wła­snej świa­do­mo­ści. Dopiero pobyt na ziemi pozwo­lił nam na wej­ście w jej posia­da­nie. Pech dla niego, gdy­by­śmy na­dal byli zero­je­dyn­ko­wymi cechami bez wła­snej woli, na pewno udałby się plan cha­osu. Nie wie­dzia­łem jed­nak jak mam temu zapo­biec. Nie mia­łem koń­czyn, żeby ści­snąć serce. Poza tym, fizyczna siła i tak na nic by się zdała prze­ciwko nie­ma­te­rial­nemu bytowi. Jed­nak poczu­łem wtedy coś dziw­nego. Coś, co prze­peł­niło moją jaźń. Poczu­łem dziwne wibra­cje, jakby zastrzyk ziem­skiej adre­na­liny. Nie wiem do teraz jak to nazwać. Poczu­łem, że jestem w sta­nie zro­bić wszystko. Wtedy zro­zu­mia­łem. Była to ta sama siła, która pozwo­liła Bogu stwo­rzyć wszech­świat. Kiedy prze­pły­wała przez niego samego, musiała prze­pły­nąć rów­nież przez nas, w końcu byli­śmy teraz jego czę­ścią. Poczu­łem moje „rodzeń­stwo”. Wie­dzieli to samo co ja. Rów­nież odzy­skali wspo­mnie­nia. I rów­nież wie­dzieli co musimy teraz zro­bić. Chcę tego. Pra­gnę wła­dzy, pra­gnę kobiet, pra­gnę całego świata. Ale pra­gnę też spra­wie­dli­wo­ści i dobra dla istot zamiesz­ku­ją­cych wszech­świat. Może i jestem z natury chciwy, ale mam też inne ludz­kie uczu­cia. Wytę­ży­li­śmy wszyst­kie siły men­talne i sku­pi­li­śmy je na jed­nym punk­cie. Nawet Leni­stwo włą­czył się do walki, prze­ła­mu­jąc swoją domi­nu­jącą cechę. Bóg miał rację, wszystko da się kon­tro­lo­wać z pomocą moty­wa­cji. Z całych sił powie­dzie­li­śmy „ścisk”, a słowo cia­łem się stało. Serce Boga zaczęło pul­so­wać coraz moc­niej i moc­niej, ugi­na­jąc się pod napo­rem naszej ener­gii. Wyglą­dało to, jakby ktoś zaczął ści­skać balon. Prze­peł­niona sfera nie wytrzy­mała pre­sji i pękła, wyle­wa­jąc z sie­bie nie­bie­ski, wibru­jący w prze­strzeni płyn.

-CO WY ZROBILIŚCIE?! – krzy­czał Bóg. – CZY WIECIE CO SIĘ TERAZ STANIE? CAŁY WSZECHŚWIAT PRZESTANIE ISTNIEĆ! KTO NAD NIM ZAPANUJE?!

-Nie trudź się, przez wieki w niego nie inge­ro­wa­łeś. Nie jesteś naj­wyż­szą istotą. Nawet od Cie­bie jest ktoś wyżej. Niczym się nie róż­nisz od ludzi, któ­rymi tak gar­dzisz. Wszech­świat pora­dzi sobie bez Cie­bie – rzekł Chci­wość.

- ZDYCHAJ! POCZUJ W KOŃCU TO, CO CZUŁEM PRZEZ MILIONY LAT! - Wrzeszczał zazdrość w nieopanowanym amoku.

I krzy­cząc, Bóg wyda­wał powoli z sie­bie ostat­nie tchnie­nia. Bez­sil­nie pró­bo­wał zapa­no­wać nad tym, co się dzieje wewnątrz niego. Sfery nie dało się zata­mo­wać. Gdy ostat­nie kro­ple płynu wypły­wały z serca, Nie­czy­stość zadała mi pyta­nie.

– Zda­jesz sobie sprawę z tego, co teraz z nami będzie?

– Wiem, sio­stro. – powie­dzia­łem. – Ale wiem, że robimy to dla więk­szego dobra. Chcę tego. Życia na ziemi jed­nak cze­goś mnie nauczyły.

– Ach, Ty wiecz­nie cze­goś chcesz. – Czu­łem, że gdyby miała twarz, wła­śnie by się uśmiech­nęła.

- W końcu miałem możliwość odpłacenia się za to co mi zrobił. - Powiedział zazdrość. - W sumie, to dobrze że tak się stało. Niczego już nie żałuję.

Ostat­nie kro­ple ule­ciały, a my, razem z całym bogiem pękli­śmy na miliardy kawał­ków. Kawałki te roz­sy­pały się po całym wszech­świe­cie, jak płatki śniegu spa­da­jące zimą na mia­sta. Pamię­tam, że gdy spa­da­łem w dół, usły­sza­łem jak jakieś dziecko pyta mamy czy to śnieg. Jego mama musiała być zdzi­wiona, w końcu był śro­dek lata. Cudowne jest życie w nie­wie­dzy. Świat będzie ist­niał dalej, bez zbęd­nych Bogów, kon­tro­lo­wany jedy­nie przez siłę, któ­rej sam Bóg nie był w sta­nie zro­zu­mieć. Ale wąt­pię, żeby ona miała jaką­kol­wiek świa­do­mość. A jeśli ma, wąt­pię żeby chciała sama sie­bie wytłu­ma­czyć.

Oznacz jako: przeczytane ulubione chcę przeczytać

Komentarze

Świetnie napisane, język zupełnie inny niż w większości czytanych przeze mnie creepy past. Zyskuje u mnie tym bardziej, iż nie zawiera błędów typu "napewno" czy "wogóle" :P
Odpowiedz
Można prosić autora o kontakt?
Odpowiedz
Dawno tu nie zaglądałem, ale proszę bardzo - pisz priv:)
Odpowiedz
Widzę lekką inspiracje Fullmetal Alchemist :')
Odpowiedz
Po przeczytaniu tego opowiadania mogę z pełnym przekonaniem powiedzieć, że to najlepsze, jakie do tej pory czytałem, a przeczytałem już naprawdę wiele opowiadań i wiem, co mówię
Odpowiedz
Świetne❣❣❣
Odpowiedz
Ogólnie jestem zdania, że wcielanie się w Boga/Szatana w jakiejkolwiek narracji jest trochę... Słabe. Podobnie z używaniem CapsLocka w wypowiedziach. Fajnie to robili natomiast T. Pratchet i N. Gaiman w „Dobrym Omenie”.
Odpowiedz
Spk
Odpowiedz
Świetna historia, świetnie napisana, trochę zmusza do przemyśleń... No zajebiste po prostu
Odpowiedz
Zajebiste
Odpowiedz
Zaloguj się, aby dodać komentarz.

Inne od tego autora

Archiwum

Najnowsze i warte uwagi

Artykuły i recenzje