Historia

Hej, sokoły o świcie

maciekzolnowski 0 2 lata temu 887 odsłon Czas czytania: ~2 minuty
Działo się to pod koniec lipca, po trzech dniach na Przysłopie Potóckim. Baza namiotowa, wysoko w Worku Raczańskim – zasięgu zero, lipcowe złoto w dzień, a w nocy po burzach mokro i zimno jak w listopadzie.
Żeby zdążyć na pociąg z Rycerki, musiałem wstać o trzeciej trzydzieści. Wieczorem spakowałem plecak i rozliczyłem się z chatkowym. Nowa ekipa przy ognisku jeszcze hałasowała, ale ja poszedłem spać wcześniej. Ostatnie, co pamiętam – złote światło na Praszywce Wielkiej i cisza.
Obudziłem się w smole. Ognisko ledwo tliło się czerwonymi oczkami. Zimno wchodziło pod kurtkę. Włączyłem czołówkę, zarzuciłem plecak i ruszyłem szlakiem w dół – przez Pawliki, Gajówkę Majów, na asfalt.
Ścieżka zamieniła się w rwący strumień. Buty natychmiast pełne wody. Po jakichś dziesięciu minutach dotarłem do stromego wąwozu, gdzie szlak schodził zygzakiem. I wtedy to usłyszałem.
Ciężkie, chrapliwe sapanie. Jakby ktoś dmuchał w papierową torbę, tylko głośniej i niżej.
Zatrzymałem się. Poświeciłem.
W stożku światła, może piętnaście metrów przede mną – masywny, ciemny grzbiet. Niedźwiedź stał bokiem, łeb lekko opuszczony, uszy do tyłu. W świetle latarki mignęły dwa żółto-zielone odbicia – oczy. Patrzył w bok, nie na mnie. Jeszcze nie.
Tętno waliło mi w uszach. Zimny pot momentalnie oblał plecy. Nogi wrosły w ziemię, jakby ktoś wylał beton.
Przypomniałem sobie wszystko, co czytałem: nie uciekać, nie patrzeć w oczy, mówić spokojnie, cofać się powoli. Ale tu nie było jak się cofnąć – stroma skarpa za mną, wąwóz przede mną. Stałem jak wryty.
Sekundy się wlokły. Zwierzę nie ruszało się, tylko oddychało. Głęboko. Głośno.
I wtedy – nie wiem, skąd – przyszedł mi do głowy refren, który zawsze śpiewałem pod prysznicem, jak byłem wkurzony albo zmęczony. Głośno, donośnie, bez zastanowienia: „Hej, sokoły, z gór wyleciały, krzyczały, płakały, za Polską tęskniły…”
Głos mi się załamał na początku, ale po pierwszych słowach złapałem siłę. Śpiewałem dalej, wolno, krok po kroku schodząc w głąb wąwozu. Przeszedłem na gwizdanie, bo gardło mi się zacisnęło. Kątem oka cały czas widziałem ten ciemny kształt – nie ruszył się. Ani razu.
Sto metrów. Potem jeszcze kawałek.
W pewnym momencie sapanie ucichło. Zniknęło. Jakby rozpłynęło się w zielonym oceanie.
Dotarłem do pierwszych zabudowań na Pawlikach. Asfalt. Pusta droga. Ludzkie światło gdzieś daleko.
Oparłem się o znak drogowy, nogi miałem jak z waty. Wyciągnąłem z bocznej kieszeni ciemne piwo, które schowałem na drogę. Otworzyłem. Wypiłbym je duszkiem, ale piłem powoli, małymi łykami. Toast.
Za to, że żyję. Za ciszę. I za te sto metrów, na których życie wisiało na refrenie starej piosenki.
Dwie i pół godziny później siedziałem w pociągu do Bielska. Młody konduktor słuchał, kręcił głową i mówił: „Albo pan kłamie, albo ma pan szczęście jak cholera”.
Ja wiem swoje.
Drapieżnik odwrócił wzrok pierwszy i puścił mnie wolno. A ja do dzisiaj, jak idę sam nocą, czasem cicho pogwizduję „Hej, sokoły”. Na wszelki wypadek.
Oznacz jako: przeczytane ulubione chcę przeczytać

Komentarze

Zaloguj się, aby dodać komentarz.

Inne od tego autora

Archiwum

Najnowsze i warte uwagi

Artykuły i recenzje