Historia

To nie jest mój pies

Pagad Ultimo 1 1 miesiąc temu 595 odsłon Czas czytania: ~4 minuty

Homer był najukochańszym bokserem na świecie. Nikt nigdy nie cieszył się tak na mój widok i nie uwielbiał mnie tak jak on. Codziennie wstawał razem ze mną o siódmej rano, dotrzymywał mi towarzystwa przy porannej kawie, ba, nawet leżał na dywanie w łazience, kiedy brałem prysznic. Rozstawaliśmy się tylko i wyłącznie wtedy, kiedy szedłem do pracy. Kochałem go i mogę szczerze stwierdzić, że był moim towarzyszem życia. Dlatego tak bardzo zabolało mnie, kiedy nagle zniknął.

---
Wolisz posłuchać? Sprawdź nasze nagranie! I zostaw suba na naszym kanale!


---

Stało się to podczas jednego ze spacerów, kiedy poszliśmy w krzaki rozciągające się za naszym osiedlem. Był to niewielki nieużytek pośrodku miasta, kilka drzew przy torowisku, trochę zieleni i gęstych krzewów, gdzie młodzież składowała puste butelki po piwie, a przechodnie to, czego nie potrafili donieść do śmietnika. Zawsze spuszczałem tam Homera ze smyczy, a on tarzał się w trawie i ganiał między drzewami, szczęśliwy z tej chwili wolności. Pewnego razu pobiegł w krzaki i nie wrócił.

Zawsze wracał. Wystarczyło, żebym krzyknął jego imię, a już biegł mi na powitanie z gęstą śliną zwisającą z pyska. Był bardzo posłuszny, nigdy nie musiałem wołać po raz drugi. Nigdy, oprócz tamtej chwili.

Kiedy nie wrócił, wszedłem w krzaki i zacząłem go szukać. Nie mógł nigdzie pójść, teren zieleni był naprawdę niewielki, a wątpiłem, żeby miał sam ruszyć w miasto. To zupełnie nie w jego stylu. Przerażony wołałem go raz za razem, po raz tysięczny przemierzając wąską udeptaną dróżkę, ale nie znalazłem żadnego śladu Homera. W końcu pomyślałem, że wrócił beze mnie do domu i czeka teraz na mnie przy naszym bloku, ale tam też go nie było.

Działałem od razu. Zadzwoniłem do kumpla, wydrukowaliśmy ogłoszenia o zaginięciu i poobklejaliśmy nimi drzewa i słupy. Przez cały tydzień szukałem go przed wyjściem do pracy i po powrocie, ale na próżno. Kilka razy dzwonili do mnie ludzie, którzy widzieli ogłoszenie i wydawało im się, że znaleźli Homera, ale okazywało się, że to jakiś inny bokser albo i nawet pies innej rasy. Parę razy dzwonili też frajerzy, którzy szczekali do słuchawki.

Straciłem wszelką nadzieję. Zdruzgotany wracałem na pas zieleni, gdzie widziałem go po raz z ostatni, ale jak zwykle na próżno. A kiedy już zupełnie się poddałem, Homer jak gdyby nigdy nic pojawił się pod moim blokiem. Czekał na mnie, gdy wróciłem z pracy. Wyglądał okropnie – jego futro pokrywała gruba warstwa błota, a do tego było poszarpane, jakby biegł przez kolce. Od razu zabrałem go do domu, dałem jeść, umyłem, a potem poszedłem do weterynarza. Dali mu kilka zastrzyków – tak na wszelki wypadek, ale ogólnie rzecz biorąc był całkowicie zdrowy. A przynajmniej tak twierdził weterynarz.

Od tego czasu Homer się zmienił. Nie zależało mu już na tym, by być w tym samym pokoju, co ja – kiedy budziłem się o siódmej, on dalej spał na kanapie, a jeśli usiadłem obok niego, przenosił się na łóżko. W nocy kładł się tam, gdzie mnie akurat nie było. Nie chciał się przytulać, kiedy oglądałem filmy na kanapie, nie chciał, by drapać go za uszami, nie przynosił mi zabawek. Zgadzał się na głaskanie, ale czułem, że nie sprawia mu to przyjemności. Jak gdyby pozwalał mi na to tylko dlatego, że tak wypada. Na spacerach nie był niczym zainteresowany – załatwiał swoje sprawy i był gotów wracać do domu. Nie chciał biegać po krzakach ani tarzać się w trawie, a spuszczony ze smyczy szedł przy mojej nodze. Czułem się, jakby wrócił zupełnie inny pies.

Mówiłem o tym weterynarzowi, ale nie miał na to żadnej sensownej odpowiedzi. Powiedział, że może zaginięcie było dla niego tak traumatyczne, że ma problem z powrotem do normalności, ale że wszystko powinno wrócić do normy w ciągu kilku dni. Ja za to czułem się tak, jakby Homer był zawiedziony, że nie odnalazłem go i musiał wrócić do domu sam. Jakby mnie za to karał.

Mimo to dbałem o niego tak samo, jak zawsze, licząc, że w końcu wróci stary dobry Homer, a wraz z nim moje życie. Minął miesiąc, a ja miałem wrażenie, że dystans między nami jeszcze się powiększył.

 Pewnego dnia skończyła się karma, którą Homer uwielbiał. Zdałem sobie z tego sprawę dopiero rano, chwilę przed wyjściem do pracy, nie było więc czasu, żebym poszedł do sklepu po nowy worek. Z dna szafki udało mi się wygrzebać siatkę z dietetyczną karmą, którą kiedyś polecił mi kupić weterynarz, kiedy Homer miał problemy z wagą. Nienawidził tej karmy i nie chciał jej jeść, bez względu na to, czego bym do niej nie dodał. Nie miałem jednak wyjścia, więc nasypałem ją do miski.

 Jadł tak samo chętnie, jak wszystko inne. Ruszał pyskiem bez wielkiego entuzjazmu, ale systematycznie opróżniał miskę. Zaskoczyło mnie to.

 – O cholera, Homer – zaśmiałem się. – Aż tak? Myślałem, że jej nie cierpisz!

 Natychmiast przestał jeść. Odwrócił się od miski i spojrzał mi prosto w oczy. Nie wiem, do kogo należały te wielkie, czarne źrenice, ale to nie był on. Patrzył na mnie przez dobrą minutę, aż w końcu zgiął przednie łapy i odbił się od ziemi. Złapał równowagę, stając na tylnych łapach, wyprostował się i znów popatrzył mi w oczy, tym razem na mojej wysokości. Zrobił krok, potem drugi, aż minął mnie i wyszedł z kuchni. Stałem jak sparaliżowany, nie potrafiąc się nawet odwrócić. Usłyszałem tylko zatrzaskujące się drzwi wejściowe.

 Homer nigdy więcej nie wrócił.


Autor: Mikołaj Godziszewski

Oznacz jako: przeczytane ulubione chcę przeczytać

Komentarze

Dobre, jest klimacik! Czekam na więcej!
Odpowiedz
Zaloguj się, aby dodać komentarz.

Inne od tego autora

Archiwum

Najnowsze i warte uwagi

Artykuły i recenzje