There's no love in fear

Dodane przez: anghell, 11.08.2013, 04:48
Reklama:

Obudził mnie jej krzyk. Powoli otworzyłem oczy, jednocześnie podnosząc się z łóżka. Jej słodki głos docierał do mojego mózgu, drażniąc ośrodek słuchowy i drążąc duszę. Jednocześnie krzyk jej był pełen chłodu, co raniło moje serce. Już mnie nie kochała? Włączyłem wieżę, najgłośniej jak mogłem, w końcu sąsiedzi też mogli usłyszeć to co ja, a ona jest moja i nie oddam jej. Nikomu. Zapomnijcie. Podniosłem się z łóżka i ruszyłem w stronę jej pokoju. Zatrzymałem się przed zamkniętymi drzwiami, walcząc z wątpliwościami. Kochała mnie jeszcze? Nie słyszałem już krzyku, raczej kwilenie, jakby płaczące dziecko, zmęczone już ciągłym wyciem. Wiedziałem, że się mnie boi. Ale w strachu nie ma ani grama miłości. Odgarnąłem włosy z twarzy i przekręciłem klucz. Nacisnąłem klamkę. Ujrzałem jej sylwetkę w półmroku. Leżała zwinięta w kłębek i szlochała. Coraz ciszej, ciszej. W końcu jej głos stawał się powoli kolejnym majakiem mojego umęczonego umysłu. Nawet nie wiedziała, że tam stoję i ją obserwuję. Albo nie chciała wiedzieć. Stałem w progu nie wiem jak długo, obserwując jej męczone konwulsjami ciało. W końcu postanowiłem wyjść i przygotować coś do jedzenia. Po dłuższym czasie wróciłem do niej. Leżała tak jak wcześniej, chyba zasnęła ze zmęczenia. Tym razem postanowiłem podejść bliżej. Nie paląc światła, postawiłem jej posiłek na szafce nocnej. Wychodząc z pokoju, zamknąłem za sobą drzwi.

Na klucz. Nie pozwolę jej odejść, nie teraz, kiedy po tak długim czasie, w końcu jest moja. Ale ona chce odejść. Jak może mi to robić? Przecież mnie kocha. A może jednak nie? Kocha mnie, dlatego nie odchodzi. Nie chce mnie skrzywdzić. Nie, nie kocha, po prostu się boi.

Włączyłem telewizor, aby zagłuszyć myśli piętrzące się w mojej głowie. Zapaliłem papierosa, dym szybko wypełnił pomieszczenie. Drżącą ręką co chwilę podnosiłem go ku ustom. Widziałem obraz ale nie słyszałem dźwięku, znowu musiało dojść do jakiejś awarii. Awarii głośników. A może w mojej głowie. Leki, miałem wziąć leki. Chwiejnym krokiem poszedłem do kuchni. Zacząłem się osuwać na podłogę.

Nagle znowu otworzyłem oczy. Leżałem na podłodze w kościele. Nie pamiętałem jak się tu znalazłem. Obok mnie leżała strzelba, Mossberg 500. Pamiętam, jak byłem młodszy, ojciec mnie zabierał na polowania i uczył posługiwać się tą samą bronią. Pamiętam, jak po raz pierwszy trafiłem kaczkę, z bardzo bliskiej odległości, a ta zwyczajnie zmieniła się w papkę, składającą się z krwi, piór, kości i wnętrzności. Po głowie krążyła mi dziwna myśl: zabij się, zabij się, zabij się. Znałem ją doskonale, to nie był pierwszy raz, kiedy mnie nawiedzała. Nie chciałem umierać, nie kiedy ona był tak blisko, na wyciągnięcie ręki. Ale moja dłoń spoczywała już na broni. Zacisnęła się. Uniosłem strzelbę i przystawiłem sobie do podbródka. Powoli naciskałem na spust.

Światło przebijało się przez moje zaciśnięte powieki. To był tylko majak, kolejny, z tych, jakie mam, gdy zemdleję. Wyjrzałem przez okno. Musiałem jak najszybciej znaleźć leki. One zabiorą to ode mnie, będę mógł całkowicie poświęcić swoją uwagę jej, bez walki z samym sobą. Ale gdzie ja je schowałem? A może już się skończyły? Bezskutecznie przeczesywałem wszystkie szafki w poszukiwaniu jakichkolwiek leków. Byle zagłuszyły te głosy i dźwięki, dały mi siłę. Ale bałem się, że to może być za mało. W końcu je znalazłem. Było ich chyba z dziesięć różnych opakowań. Z każdego łykałem garściami. Popiłem je piwem sprzed kilku dni. Nie przeszkadzało mi, że całkowicie wywietrzało. Nie czułem smaku wcale. Jedyny smak, jaki odczuwałem, to smak jej ust. Jedyny zapach, to zapach jej niewinnego ciała. Przypominałem sobie, jak to jest dotykać jej delikatnej skóry. Zdawało mi się, że gdzieś w oddali słyszę pukanie. Zbliżało się coraz bardziej. Może wstała i chce do łazienki. Ale przecież ma łazienkę w swoim pokoju. Może chce mnie, pragnie abym do niej poszedł, zaczął całować i rozbierać. Zaspokoił mój jedyny skarb. Chce mi przyznać, że mnie kocha. Spytać, czy kocham ją. Znowu pukanie, nie to nie z jej pokoju. Ktoś pukał do drzwi wejściowych.

- Kurwa! Już idę! – wrzasnąłem.

Otworzyłem. Przede mną stał dozorca. Zaniedbany staruch, który wyglądał jak przeciwieństwo Świętego Mikołaja. Jedyne co ich łączyło to długie, białe brody. Dozorca był strasznie wychudzony, zgarbiony, jego średniej długości, jasnoszare włosy opadały na ramiona.

- Czego? – spytałem. Cofnął się, wcześniej najwidoczniej patrzył w podłogę, zamyślony.

- Yyyy, czy mógłby pan ściszyć muzykę? Sąsiedzi się skarżą.

- Mogę robić co mi się podoba, mamy jasny dzień.

- Yy, no tak, ale wie pan, jednak niech pan sprawdzi jeszcze raz zegarek. – spojrzałem na czasomierz, który był prezentem od ojca, który z kolei dostał go od swojego ojca na dwudzieste pierwsze urodziny.

- O kurwa, przepraszam, już wyłączam, przepraszam najmocniej. – powiedziałem i zanim zdążył wydusić z siebie to swoje „Yyyy”, zatrzasnąłem drzwi. Poszedłem wyłączyć wieżę, jeszcze wpadnie mi tu policja i zabierze ją. A tego nie chcę. Nie mogę na to pozwolić. To już jutro, już jutro powiem jej jak ją kocham. Padłem na łóżko, zastanawiając się, jak to się stało, że zgubiłem pół dnia.

Obudziłem się bardzo wcześnie, próbując przytulić pustkę obok mnie. Już dzisiaj w nocy będzie spała ze mną, obejmę ją zanim zapadnę w sen. Może odpędzi to nocne koszmary, które męczą mnie od dzieciństwa. Na pewno odpędzi, w końcu dotyczą one jej. Widzę ją z tym samym frajerem, z którym już za młodu ją widziałem. Zawsze odchodzi z nim ode mnie. Tylko odpowiednio się starzeją. Ale wiem, że dzisiaj nie odejdzie. Zostanie ze mną na zawsze, zawsze będzie mnie kochała. Po drodze do kuchni, zajrzałem do jej pokoju. Jeszcze spała, taka słodka. Wyszedłem bardzo cicho z pomieszczenia, zamykając je. Przygotowałem nam śniadanie. Jej jak zawsze zaniosłem i postawiłem przy jej łóżku. Nie patrzyłem na nią, jeszcze nie. Ze swoim posiłkiem usiadłem przed telewizorem. Akurat trafiłem na poranne wiadomości. Kolejna informacja o zabójcy znanym jako Rzeźnik z Norwich. Terroryzował to angielskie miasto już od ponad roku i jeszcze nikt go nie złapał, nie było żadnego tropu. Ale skąd wiedzieli, że to on? Podpisywał się?

Gardziłem takimi ludźmi, mordowali bez zastanowienia, gwałcili, nie mieli żadnych manier, uczuć. Kierowali się zaspokojeniem własnych żądzy. Nie mieli szacunku dla innych. A tymczasem ja pragnąłem jej dobra, żeby była zawsze ze mną, bo tylko ja mogę ją obronić przed złem tego świata. Przed takimi jak ten Rzeźnik. Tylko ja mogę ją kochać. A ona może kochać tylko mnie. Z zamyślenia wyrwał mnie dziwny szloch dochodzący z jej pokoju. Zajrzałem tam, delikatnie otwierając drzwi. Obserwowałem ją, stojąc w progu. Zauważyła mnie.

- Dlaczego to robisz? – spytała. Jej głos dotknął mojej duszy.

- Bo Cię kocham. – odpowiedziałem.

- Jeśli mnie kochasz, daj mi wolność.

- Masz wolność, ale jednocześnie jesteś moja, nie pozwolę Ci odejść. Czemu nie możemy być rodziną?

- Możemy, ale to musi się opierać na wzajemnym szacunku i dawaniu sobie wolności. Nie możesz mnie trzymać tutaj cały czas zamkniętej. Musisz dać mi swobodę.

- Nie, odejdziesz ode mnie.

- Nie odejdę, zobaczysz.

- Odejdziesz, bo mnie nie kochasz. – po tych słowach poczułem, jak oczy napływają mi łzami.

- Kocham Cię, dlatego wrócę.

- Nie kłam, kurwa, zamknij się. – krzyknąłem i trzasnąłem drzwiami. Usiadłem pod nimi i zaniosłem się szlochem.

Przez zamknięte drzwi słyszałem, jak płacze ona. Zraniłem ją, jak mogłem to zrobić, przecież ją kochałem. W tej jednej chwili znienawidziłem siebie. Ale było za późno, aby się wycofać, skoro ją zraniłem, znaczy, że kochała i mnie. Poszedłem wyciągnąć białą, długą suknię, którą kupiłem dla niej już dawno. Obejrzałem ją. Będzie pasowała do mojej ukochanej. Powiesiłem ją na drzwiach szafy, wieczorem dam jej ją do ubrania. Niecierpliwie czekałem na zapadnięcie zmroku, domyślając się, co się stanie. Będąc tego niemalże pewnym. Bo zawsze mógł ktoś przyjść i mi ją odebrać. Sama mogła odejść. Ale starałem się nie dopuszczać tej myśli do siebie. Spędziłem cały dzień w samotności, przed telewizorem. Oczekiwałem godziny siedemnastej, kiedy to miałem wejść i podarować jej suknię. Ostatnią godzinę spędziłem spacerując po mieszkaniu i nerwowo paląc papierosa od papierosa. W końcu wskazówki ustawiły się w pozycji pokazującej godzinę siedemnastą. Zgasiłem papierosa, chwyciłem suknię i poszedłem do jej pokoju. Znowu leżała zwinięta w pozycji embrionalnej. Położyłem suknię na łóżku.

- Załóż ją, proszę. – powiedziałem, nie patrząc na nią.

Zaraz po tych słowach wyszedłem. Zawołała mnie po paru minutach. Wróciłem do jej pokoju. Zapaliłem światło. Stała przede mną, jej kasztanowe włosy opadały na gładkie ramiona. Ogromne, czarne oczy były niczym dwa węgle na jej delikatnej, okrągłej twarzy. Czerwień jej ust sprawiała, że miałem ochotę natychmiast ją pocałować. Suknia idealnie pasowała do jej sylwetki, piersi prężyły się, napinając strój na wysokości klatki piersiowej. Ubiór przylegał do jej gładkiego brzucha, ładnie podkreślając wcięcie w talii. Długi dół sukni zasłaniał całe nogi, aż do stóp. Podszedłem bliżej do niej. W jej oczach ujrzałem strach, ogromny strach.

- Ślicznie wyglądasz. – powiedziałem.

- Dziękuję. – odpowiedziała drżącym głosem.

- Nie bój się, nie skrzywdzę Cię. – powiedziałem najdelikatniej jak mogłem. Nerwowo się uśmiechnęła.

- Co chcesz zrobić? – spytała.

- Chcę Ci coś wyznać.

- Tak?

- Kocham Cię i nie potrafię bez Ciebie żyć, chcę abyś została ze mną na zawsze. – powiedziałem drżącym głosem.

- Ja Ciebie też. – odpowiedziała. Widziałem łzy na jej policzkach.

Podszedłem tak blisko, że nasze stopy się stykały. Pocałowałem ją. Nareszcie mogłem poczuć słodycz jej ust. Odwzajemniła pocałunek. Boże, jak ona świetnie całowała. Cały czas całując zaprowadziłem ją do mojego pokoju. Położyłem na moim łóżku. Zacząłem delikatnie rozbierać. Powoli ściągnąłem suknię z jej ramion, zobaczyłem je w całej okazałości. Zsuwałem ją coraz niżej. Byłem tak szczęśliwy, że zacząłem tracić świadomość. Przez cały dzień nie wziąłem leków, ale teraz nie miało to żadnego znaczenia. Nic nie miało znaczenia. Liczyło się tylko tu i teraz. Liczyła się tylko ona. Zdjąłem z niej w końcu suknię, leżała w samej bieliźnie, piękniejsza niż kiedykolwiek. Cały czas całując to jej usta, to ramiona, to brzuch, zacząłem rozpinać jej stanik, podniecenie cały czas we mnie rosło. Kiedy już go zdjąłem, zacząłem pieścić i całować jej jędrne piersi. Leżała przede mną prawie naga i była cała moja, mogłem z nią zrobić co chciałem. Ale nie chciałem jej skrzywdzić, więc działałem bardzo wolno i delikatnie. Jedno mnie tylko drażniło, jej dłonie leżały dziwnie nieruchomo. Powinna mnie przyciągać, jeśli mnie naprawdę kochała. Ale leżała taka obojętna. Bała się, tak, na pewno się bała. Nagle chwilowo straciłem świadomość.

Kiedy ją odzyskałem, zobaczyłem błysk ostrza zmierzającego w moim kierunku. W ostatniej chwili złapałem ją za rękę. Wyrwałem jej broń, zaczęliśmy się szamotać. Cholera, mogłem pomyśleć lepiej i zabrać nóż, który zawsze trzymałem pod poduszką i o którym na pewno nie raz jej opowiadałem. W nagłym przypływie gniewu chwyciłem za niego i wbiłem aż po rękojeść w łóżko, obok jej głowy. Wyciągnąłem ostrze po chwili. Położyłem na szafce obok łóżka i spod niego wyciągnąłem kajdanki. Szarpała się, krzyczała, ale nie miała ze mną szans, był zbyt drobna i zbyt osłabiona. Nie minęła chwila, a już leżała przykuta do łóżka. Wróciłem do przerwanego przez nią aktu. Nie próbowała już stawiać oporu, nie miała jak.

Po wszystkim położyłem się obok niej. Płakała. Ze szczęścia? Z miłości? Ze strachu? Z nienawiści? Do teraz nie umiem odpowiedzieć na to pytanie. Kiedy tak leżeliśmy, chwyciłem nóż, który wcześniej jej odebrałem. Przystawiłem jej do gardła, jednocześnie dotykając drugą ręką jej nagiego ciała. Jasna skóra lśniła w świetle pochodzącym ze starego żyrandola, które to również odbijało się w ostrzu. Zacząłem nim dotykać jej ciała, kawałek po kawałku. Czułem jak się trzęsie.

- Przestań, przerażasz mnie. – wołała płacząc.

Nic nie odpowiedziałem. Przystawiłem ostrze do jej tętnicy szyjnej. Przesunąłem je, mocno dociskając. Jej krew trysnęła na moją twarz. Oblizałem ostrze. Teraz już była moja. Zacząłem spijać płyn z jej rany, jednocześnie słysząc jak charczy, jak próbuje wydobyć z siebie ostatnie dźwięki. Zostawała ze mną na zawsze. Czułem jak jej dusza wchodzi w moje ciało. Kiedy już przestałem słyszeć cokolwiek, odpiąłem ją. Ułożyłem obok siebie i zasnąłem.

Rano obudziłem się obok mojej ukochanej, to było coś pięknego. Dla mnie ona ciągle żyła, we mnie. Pocałowałem ją tak, jak całuje się aby kogoś obudzić. Podniosłem się z łóżka. Poszedłem spokojnym krokiem do kuchni, zadowolony z siebie. Wciąż czułem w ustach smak jej słodkiej krwi i gładkiego ciała. W pewnym momencie nawet pomyślałem o zjedzeniu jej, ale zrezygnowałem z tego pomysłu. Zbytnio wielbiłem to ciało aby je pociąć.

Kiedy tak stałem w kuchni, usłyszałem jakiś dziwny hałas za drzwiami. Odruchowo pobiegłem do swojego pokoju. Wyciągnąłem pamiątkową strzelbę, którą dostałem od ojca. I w tym momencie drzwi od mieszkania wyleciały z zawiasów. Słyszałem wrzaski typu „Policja, na ziemię!”, „Mamy nakaz!”, „Wyłaź kurwo z łapami w górze!”. Otworzyłem balkon. To drugie piętro, w miarę wysoko. Ale oni rozpierzchli się jak muchy po całym mieszkaniu, to była moja jedyna droga ucieczki. Musiałem ją zostawić i zwiać. Skoczyłem. Słyszałem za sobą strzały i odgłos pękającego szkła. Wylądowałem na dachu jakiegoś samochodu. Dźwięki wgniatanej blachy i niszczonych szyb miażdżył mi mózg. Zerwałem się do biegu. Nagle się potknąłem. Upadłem. Spojrzałem na nogę, była pogruchotana. Ciągle ściskając strzelbę zacząłem się czołgać. W pewnym momencie poczułem, że ktoś przystawia mi broń do głowy. Żadnych słów, żadnego nawoływania do rzucenia broni. Fragmenty mojej czaszki i mojego mózgu na chwilę wzbiły się w niebo. Boże, jakie to musiało być piękne.

Źródło: Własne/2009 http://mike-anghell.blogspot.com/
Oceń:
2
Oceniać mogą tylko zalogowani użytkownicy

Skomentuj! Daj znać innym co o tym sądzisz!