Halo?

Dodane przez: marcinov123, 7.05.2015, 20:57
Panopticum
Reklama:
Wszyscy siedzieli już w loży. Mieszkałem spory kawał od centrum, zazwyczaj dojeżdżałem z przesiadką, i na wszystkie imprezy przychodziłem lekko spóźniony.
Tak też było tym razem. W „Lochu” siedziała cała nasza paczka - po ilości pustych szklanek doszedłem do wniosku, że są już na drugim piwie. Trzeba będzie nadrobić!

Przywitałem się ze wszystkimi. Muza łupała tak głośno, że musieliśmy przekrzykiwać się przy stoliku. Cóż, przynajmniej puszczali sensowne nuty, a nie jakaś techno-popo-rzeź.

„Loch” odkryliśmy przypadkiem, jeszcze na studiach. Knajpa w piwnicy zapomnianej, przedwojennej kamienicy - teraz przerobionej na biura do wynajęcia. Barman wyglądał jak Iggy Pop na emeryturze, browar z beczki kosztował pięć złotych, lufa wódki trzy. Jak nie robiło się burdy „Iggy” mógł ci sprzedać spod lady czipsy do piwa, w cenie prawie-sklepowej. Słowem - knajpa, do której chodziliśmy co drugi dzień za studenta, a i teraz - parę lat po obronie - spotykaliśmy się w niej przynajmniej raz w miesiącu.

Dopiero kiedy szedłem do baru szukając w kieszeni portfela zauważyłem, że coś jest nie tak. Telefon. Zakląłem pod nosem. Pewnie wypadł mi w loży - pomyślałem - zaraz pójdę sprawdzić.

Kupiłem szybko laną Warkę i wróciłem do przyjaciół.

Akcję poszukiwawczą zorganizowali wręcz podręcznikowo - każdy zaczął świecić swoim telefonem, wszyscy wstali.

Pusto. Ani pod stolikiem, ani na. Ani na kanapach - wciśnięty między poduszki.
- A może w domu zostawiłeś? - spytała Anka, zdrowo już pijana fanka Korna, co zresztą manifestowała t-shirtem. W obu uszach wisiały jej skręcone, imitujące miniaturowe rogi kolczyki.
- Wątpię.
Byłem zły. Kupiłem go parę miesięcy temu - z pierwszej wypłaty w „nowej, poważnej pracy”.

- Zadzwonimy, czekaj - Anka złapała mnie za rękę i lekko chwiejnym krokiem ruszyła do wyjścia.

W „Lochu” nie było zasięgu. Gruby strop skutecznie izolował komórki- zazwyczaj przy wejściu stało kilka osób, piszących smsy, albo gadających przez telefony. Nałóg XXI wieku… Wyszliśmy na chłodne powietrze, i dopiero wtedy uświadomiłem sobie, jak w środku było duszno.

Anka podała mi swój oklejony naklejkami telefon. Wybrałem swój numer. Oho! Jest sygnał - pomyślałem.

Jeden…
Drugi…
Trzeci..

Może faktycznie zostawiłem w…

Rozległo się cichutkie kliknięcie i ktoś odebrał połączenie.

Szlag! Żegnaj mój nowiutki Samsungu…

- Halo? – powiedziałem
Ktoś oddychał w słuchawce.
- Halo, jestem właścicielem tego telefonu, musiałem go zgubić, mogę prosić o informa…

Ktoś zaśmiał się po drugiej stronie. Trudno było zidentyfikować głos. Śmiech był wysoki. Wręcz histeryczny. Ktoś po drugiej stronie słuchawki chichotał jak wariat. Jak obłąkany.

Potem śmiech urwał się jak ucięty nożem, i ten ktoś zaczął mamrotać coś do słuchawki. Nieskładnie, bez sensu. Nie mogłem wyłapać żadnego słowa. Po prostu ktoś gadał coś niewyraźnie, jak totalny świr. Bardzo szybko. Mimo, że to tylko rozmowa telefoniczna ramiona pokryły mi się momentalnie gęsią skórką. W połowie połączenia przełączyłem na głośnik, żeby Anka też mogła słyszeć. Stała blisko mnie patrząc szeroko otwartymi oczami.

Nagle połączenie się zerwało.

Odetchnęliśmy z ulgą.
- To po telefonie - mruknąłem, siląc się na nonszalancki ton.
- Ej, stary! Znalazł go jakiś świr. Miałeś tam coś ważnego?
Wzruszyłem ramionami. Nie zdążyłem nawet wprowadzić wszystkich kontaktów ze starego, co dopiero mówiąc o hasłach do poczty i kont bankowych (tak, trzymam takie rzeczy w telefonie, tak, wiem że to głupie).

Zeszliśmy na dół, impreza trwała w najlepsze. Po paru piwach przestałem się przejmować telefonem. Cóż, zepnę się w robocie, i za premię kupie nowy. Kiedy na stół wjechała zamówiona kolejka kamikadze wiedziałem już, że to będzie długa noc.

Do swojej kawalerki wróciłem przed piątą. Chwiejąc się na nogach wysiadłem z taksówki i stałem chwilę przed klatką, oddychając zimnym, nocnym powietrzem. Byłem pewny, że jak tylko położę się do łóżka dopadnie mnie „helikopter” - cena dobrej imprezy. Potknąłem się kilka razy na klatce. Zakląłem, kiedy odruchowo chciałem wyjąć telefon i przyświecić sobie przy otwieraniu drzwi. Wszedłem w końcu na mieszkanie, zrzuciłem buty, kurtkę powiesiłem na oparciu krzesła. Nie miałem ani chęci ani siły szukać wieszaka.

I dopiero wtedy to zauważyłem.

Telefon leżał na szafce przy lustrze. Musiałem go tam położyć, kiedy szykowałem się do wyjścia. Uśmiechnąłem się do siebie. Fart.

A potem zamarłem.

Skoro telefon był na mieszkaniu, to kto do cholery…

Drzwi szafy zaczęły otwierać się z cichym skrzypnięciem. Panopticum
Źródło: coś podobnego gdzieś kiedyś zasłyszane
Oceń:
16
Oceniać mogą tylko zalogowani użytkownicy

Skomentuj! Daj znać innym co o tym sądzisz!