Klątwa

Dodane przez: kuro, 6.08.2015, 15:55
Panopticum
Reklama:
Przed przeczytaniem mojej historii, musisz zadać sobie pytanie: „Czy wierzysz w klątwy?”

Jeśli nie, oznacza to, że jesteś tak samo racjonalnym człowiekiem, jakim ja kiedyś byłam. Niestety, wszystko się zmieniło.

Mam na imię Angelika. Jestem kobietą w średnim wieku. Kiedyś byłam matką. Moja córka, Tamura, zamieszkała ze mną w małym domku na obrzeżach miasta, kiedy rozwiodłam się z mężem. Nigdy nie byliśmy normalną rodziną. Nie połączyła nas miłość, więc nie przeżyłam za bardzo odejścia męża, ale Tamura popadła w ciężką depresję, ponieważ wmówiła sobie, że to właśnie przez nią nasze małżeństwo się rozpadło. Usiłowałam pomóc, przekonać, że to nie jej wina...
Jednak to było niemożliwe, ponieważ córka miała rzadką „chorobę”, która uniemożliwiała jej normalne funkcjonowanie i święcie wierzyła w to, że gdyby zdołała się wyleczyć, ojciec zostałby z nami.

Od urodzenia skóra Tamury była pokryta czarnymi żyłkami. Pojawiały się krwiste plamy, niewielkie rany ropiały, a z czasem mięso zaczęło oddzielać się od kości. Gniła powoli za życia. Lekarze nie byli w stanie pomóc. Stawiano różne diagnozy, stwierdzono tungozę, gangrenę, trąd, jednak żadna z nich nie wydawała się prawdopodobna, ponieważ za każdym razem, kiedy odpadał kawałek jej ciała, w przeciągu kilku godzin w miejsce ubytku odrastały nowe tkanki. Robili na niej badania. Sprawdzano stan psychiczny, doszukując się zespołu Cotarda.

Z czasem wszystko zamieniło się w błędne koło, a choroba na zawsze pozostała tajemnicą.

Wiem, że moja córka cierpiała, choć nigdy nie powiedziała tego wprost. Czasami modliłam się, prosząc, by umarła, by jej cierpienie się zakończyło. Ale Tamura wciąż żyła, wciąż gniła, wciąż potrzebowała mojej pomocy, więc zaczęłam działać.

Kiedy tradycyjna medycyna nie pomogła, sięgnęłam po niecodzienne środki. Zaczęłam chodzić do księży, prosząc o odwiedziny. Byłam katolikiem, głęboko wierzącym katolikiem, jednak moja wiara uciekała wraz z wyjściem kolejnego duchownego, który z przerażeniem opuszczał mój dom, domagając się rekompensaty materialnej za uraz psychiczny.

Straciłam dużo pieniędzy i zdrowia, zanim zrozumiałam, że modły nas nie uratują, a wiara w nie nic nie zmieni. Bóg już dawno zapomniał o mnie i Tamurze.

Moja córka rosła, umierając po trochu każdego dnia. W czasie roku szkolnego siadała przy oknie w swoim pokoju i obserwowała dzieci idące do szkoły. Pragnęła być jedną z nich. Serce pękało mi na myśl, że nigdy nie będzie mogła żyć normalnie. Gdy umrę, zostanie sama, a wtedy czeka ją niepewna przyszłość. Nie mogłam tego znieść.

Pewnego dnia zadzwonił telefon, który dał nam nadzieję. Po odebraniu, w słuchawce usłyszałam głos starej, dobrej przyjaciółki. Podała mi adres pewnej kobiety, która uchodziła za znachorkę. Przyznam, że byłam sceptycznie nastawiona. Nie chciałam wywlekać Tamury z domu tylko po to, by usłyszeć od pseudo lekarza, że nic nie może zrobić, ale mimo wszystko zgodziłam się.

Następnego ranka podjechałyśmy pod starą, zapomnianą świątynię, przypominającą te, które widuje się w filmach azjatyckich. Budynek wyglądał na opuszczony, jednak po chwili z jego wnętrza wyłonił się mężczyzna w długiej szacie. Zaprosił nas do środka. Trwało lato. Tamura wysiadła z samochodu okryta w czarne sukno. W taką pogodę jej skóra ulegała szybszemu rozkładowi, więc nie powinna nawet wychodzić z domu.

Powitała nas stara kobieta. Bardzo zdziwiło mnie to, jak się z nam obchodziła. Nie traktowała mojej córki jak potwora. Rozmawiała z nią, a nawet dotknęła jej dłoni w geście współczucia.

Po kilku minutach rozmowy zaproponowała swoją pomoc. Oburzyłam się. Byłam pewna, że wykorzysta sytuacje, odprawiając jakieś modły, a potem poprosi o kilka tysięcy. Kobieta spojrzała na mnie, mówiąc, że w zamian za próbę wyleczenia Tamury, oczekuje jedynie mojej wdzięczności i pozytywnego myślenia.

Nie miałyśmy więc nic do stracenia.

Wszystko trwało pięć godzin. Siedziałam w oddzielnym pomieszczeniu i słuchałam szeptów, dobiegających z pokoju obok. Nie wierzyłam w powodzenie tej metody, dopóki nie otworzyły się drzwi, a w nich stanęła piękna, złotowłosa dziewczynka.

Żadne słowa nie wyrażą mojej radości, kiedy uświadomiłam sobie, że patrzę na moją ukochaną córeczkę. Była zdrowa. Kompletnie zdrowa i taka idealna.

Padłam na kolana przed kobietą, dziękując za to, co zrobiła, a ona jedynie uśmiechnęła się do mnie i kazała wrócić do domu. Kazała świętować nową przyszłość.

Tak zrobiłyśmy. Byłyśmy najszczęśliwszymi ludźmi na świecie.

Odjeżdżając spod świątyni, zerknęłam w lusterko, by po raz ostatni zobaczyć cudownego uzdrowiciela Tamury. Oboje stali przy schodach. Mężczyzna mówił coś ze wzrokiem utkwionym w oddali, a starsza pani uśmiechnęła się lekko i wykonała jeden prosty gest, który nurtował mnie przez długi czas. Zasłoniła swoje dłonie białym materiałem szaty.

Dni mijały. Tamura chodziła do szkoły. Zdobywała przyjaciół i robiła to, co dziewczynki w jej wieku robią. Układało się nam lepiej niż zazwyczaj. Choroba ustąpiła i nie było żadnych dowodów na to, że kiedykolwiek trawiła jej ciało.

I nagle pewnego dnia, znów odezwał się telefon. Tamura właśnie wybierała się do szkoły, gdy podniosłam słuchawkę, a w niej odezwał się znajomy głos mężczyzny, który obecny był tamtego dnia w świątyni. Usłyszałam „Proszę zatrzymać córkę w domu”
Zdziwiłam się. Wyjrzałam przez okno, by zobaczyć, gdzie jest teraz Tamura. Właśnie witała się z jedną z koleżanek. Zapytałam, czy coś się stało, a on odpowiedział mi dwoma zdaniami.

„Nie udało się zdjąć klątwy. Znachorka walczyła, ale przegrała”

W tym samym momencie zobaczyłam jak skóra na dłoni mojej córki, zabarwia się na czarno.

Tamura popełniła samobójstwo dziesięć lat temu. Klątwa, którą stara kobieta próbowała przelać na siebie, by ocalić moją córkę, zabrała jej życie. Dopiero teraz zrozumiałam, że zasłoniła dłonie, żebyśmy nie widziały, jak gniją.

Zostałam całkiem sama z obolałym ciałem i duszą.

A teraz to ja umieram, trawiona przez przekleństwo, które pochłonęło już dwa istnienia. Panopticum
Oceń:
10
Oceniać mogą tylko zalogowani użytkownicy

Skomentuj! Daj znać innym co o tym sądzisz!