Śluz

Dodane przez: jellycat, 26.09.2018, 09:21
Reklama:

„Nie tylko miłość trzyma ludzi razem. Także sekrety i cena, którą się płaci, żeby ich nie wyjawić.”

- Stephen King -

Jest noc. Stoję na wąskim chodniku. Przypomina mi wyłożoną kostką brukową ścieżkę, która znajdowała się przed moim dawnym domem. Wokół chodnika wysokie krzaki, oświetlone blaskiem małych lamp solarnych. Chodnik wydaje się nie mieć końca. Bruk jest mokry, jakby niedawno padał deszcz. Spod krzaków wypełzają na niego ślimaki. Bardzo ostrożnie idę do przodu, patrząc pod nogi, by nie nadepnąć żadnej muszelki. Jestem pewna, że stawiam stopę w miejscu, gdzie nie ma żadnego mięczaka. Mimo to za chwilę słyszę nieprzyjemne chrupnięcie. Oblewa mnie pot. Podnoszę nogę z nadzieją, że to tylko łupina pestki. Ale na bruku, w miejscu gdzie przed chwilą postawiłam krok, nie ma ani pokruszonej skorupki, ani rozgniecionego ślimaka. Jest za to ogromna plama krwi z kawałkiem mięsa. Cały spód mojego buta jest utaplany w czerwieni. Zaczynam panikować, ale nadal stawiam wolne i ostrożne kroki. I choć za każdym razem wybieram pusty skrawek bruku, to kiedy tylko moja stopa go dotknie, słychać okropne chrupnięcie. Oglądam się za siebie, by uciec od zakrwawionej części ścieżki. Ale wtedy okazuje się, że tam jest tylko ciemność. Ciemność, która zjada chodnik, niebezpiecznie podążając w moją stronę. Jej zbliżaniu towarzyszy bulgotanie i wypływ czegoś, co przypomina śluz. Zaczynam uciekać ze łzami w oczach, starając się nie zwracać uwagi na chrupnięcia i trzaski. Krew zachlapała mi nogi aż do kolan. Czuję, że zaczyna mi brakować sił. Mimowolnie zwalniam bieg. Na nogach czuję chłód i lepkość…

W tym momencie urywa się mój notoryczny sen. Jakby dotyk lepkiej substancji wybudzał mnie ze snu. Zawsze mam wrażenie, jeszcze chwilę po przebudzeniu, że moje nogi są mokre. Czemu mi się to śni? Moja teoria jest taka, że to wynik tęsknoty za starym domem. I za dzieciństwem. I być może za bratem.

Nasz starym dom był przepiękny. Położony na uboczu miasta, na malowniczym osiedlu. Piętrowy, biały, cudny. Z pięknym ogrodem kwiatowym przed nim i uroczym warzywnym za nim. I jeszcze z wielkim dębem, na którym tata zbudował nam „bazę”. Była tylko jedna rzecz, która sprawiała mi problem. Ślimaki. To znaczy uwielbiałam te muszelkowe stworki, ale te po deszczu masowo wychodziły na jedyną przed domem brukową ścieżkę. Nie chciałam im zrobić krzywdy, więc albo umoczyłam buty w rosie, albo spóźniałam się do szkoły, próbując je wyminąć. Ale to nie jest źródło mojego prawdziwego problemu ze ślimakami. Był nim mój starszy o 3 lata brat, Szymon.

- Szymon! – krzyczałam do niego błagalnie, stojąc na mokrej ścieżce – Przechodź ostrożnie, ślimaki wyszły!

Widziałam ten diabli błysk w oku mojego brata. Stawiając mocne kroki, wbiegał na ścieżkę. Nie mogąc go powstrzymać, zasłaniałam oczy. Słyszałam tylko chrupnięcia. Kiedy stał przy furtce, odważyłam się zerknąć na bruk. Leżało na nim kilkanaście rozgniecionym muszelek i ślimaczych ciał.

- Tak kończą ci, którzy stają mi na drodze! – śmiał się szyderczo, ciągnąc mnie za ramię.

Miałam wtedy 8 lat. Od tamtego zdarzenia mój brat notorycznie celowo deptał biedne maleństwa, które odważyły się wyjść w wilgotny dzień na ścieżkę. Znalazłam jednak na to sposób – wstałam godzinę przed budzikiem Szymona i zbierałam wszystkie ślimaki ze ścieżki, a potem zanosiłam w odległe zarośla. Nie wszystkie zdołałam uchronić. Kiedy wracaliśmy ze szkoły, a deszcz nadal siąpił, kilka kolejnych wychodziło z krzaków na kostkę brukową, nieświadome rychłej śmierci. Mimo to wiedziałam, że zrobiłam dla nich wszystko, co mogłam. Rozmowy z Szymonem przynosiły odwrotny niż zamierzony skutek.

Czy Szymon był zły? Wiem, że na pewno był „inny”. Generalnie z naszych dziecięcych relacji pamiętam głównie szarpanie i okładanie pięściami. Zawsze robił to jednak tak, że mama ani tata nigdy nie byli świadkami jego znęcania się nad moją osobą. Nie pozostało mi więc nic innego, jak uciekać przed nim do pokoju, do toalety, a kiedy już mnie dorwał – zwijać się ze strachu.

- Ślimaku, wyłaź z muszli! – darł się zza zamkniętych drzwi – Albo wystawię te cholerne drzwi i sam tam wejdę!

Czasem jednak Szymon się przydawał. Wydaje mi się, że rościł sobie jakieś prawo wyłączności na bicie mnie. Jeśli ktokolwiek nawet mnie dotknął, wpadał w furię. Okładał bez litości wszystkich. Nawet jedne starsze dziewczyny, znane w szkole ze swojej agresywności, które kiedyś chciały, abym oddała im pieniądze. Jedna z nich straciła kilka zębów. Szymek został wtedy zawieszony na tydzień w prawach ucznia. Ale panny więcej już do mnie nie podeszły.

Nasza szkoła umożliwiała edukację na wszystkich podstawowych szczeblach, więc w budynku uczyły się dzieci z podstawówki, gimnazjum i liceum. To umożliwiało mojemu bratu ciągłe śledzenie mnie na przerwach. Stał w przeciwległym rogu korytarza i obserwował mnie. Moje koleżanki twierdziły, że jest cholernie przystojny. Jego łobuzerski wzrok sprawiał, że miękły im kolana. Szymon faktycznie miał swój urok niegrzecznego chłopca, który działał na większość dziewczyn. Niewątpliwie, w przeciwieństwie do mnie, cieszył się w szkole wielkim powodzeniem płci przeciwnej. Co odważniejsze próbowały się nawet do niego zbliżyć. Bez pozytywnego rezultatu.

Szczytem bezczelności Szymka było jednak podarowanie mi prezentu na 13 urodziny. Tak, prezentu. Zresztą jedynego w życiu. Właściwie to chyba była kropka na „i”, ta kropla, która przelewa czarę goryczy. Wtedy zaczęły się te wszystkie zmiany.

Moje 13 urodziny miały być wyjątkowe. „13” uważana jest za pechową, ale to była moja ulubiona liczba. Dlatego chciałam by właśnie te urodziny były najlepsze. Ponieważ ze względu na swoją nieśmiałość i wycofanie społeczne nie miałam przyjaciół, rodzice urządzili mi przyjęcie w gronie rodzinnym – ja, mama, tata, Szymon i dziadkowie – dziadek Andrzej, babcia Lusia i babcia Ania. Wujek Darek, brat taty, którego bardzo lubiłam, nie mógł przyjechać, czego bardzo w tamtym momencie żałowałam. Mamusia kupiła mi wtedy cudowną, krótką, beżową sukienkę ze wzorem stwarzającym wrażenie, że ubranie jest pogniecione. Pierwszy raz miał na sobie rozkloszowaną suknię. Bardzo ładnie współgrała z moimi brązowymi włosami i kremową przepaską. No i buciki na 3 cm podwyższeniu, w kolorze wanilii. Pierwsze buty na obcasie w moim życiu. Czułam się jak księżniczka. Szymon bardzo mi wtedy zazdrościł. Patrzył nerwowo na mamę, która czesała mi włosy i tatę, który całował mój policzek mówiąc, jak pięknie wyglądam. Dziadkowie nie szczędzili mi pochwał, że wyrastam na śliczną kobietę. Szymon, nie znajdując oczekiwanej atencji, zamknął się w swoim pokoju. Po trzasku jego drzwi rozległa się głośna rockowa muzyka.

Przyjęcie w gronie najbliższych było wspaniałe. Był pyszny, waniliowo - cytrynowy tort, moje ulubione dania, balony, serpentyny. Salon na chwilę zamienił się w salę balową. Tata i dziadek tańczyli ze mną (mogę przysiąc, że widziałam wtedy na schodach cień Szymona… A może mi się wydawało?), mama i babcia pomagały rozpakować prezenty. Pamiętam dokładnie, dostałam wtedy zestaw pasteli, bluzkę z falbankami, duże lusterko w kształcie kwiatuszka, kolczyki z perełkami, brązową torebkę z zapięciem w formie wielkiej kokardy oraz uroczy pluszowy breloczek w kształcie króliczka. Tamten dzień mocno utkwił mi w pamięci. Ponieważ dziadkowie odwiedzali nas rzadko, mama wpadła na pomysł, że po przyjęciu, koło 18, wybiorą wspólnie do jakichś znajomych. Chcąc nie chcąc musiałam zostać sama z Szymonem.

- Szymon, otwórz! - głos taty, pukającego drzwi, nabrał nerwowego tonu.

- Czego chcesz? - brat nie krył frustracji.

- Wychodzimy, zostajesz sam z Natalią. To jej urodziny, więc bądź dla niej miły, chociaż przez resztę wieczoru.

Szymon wystawił głowę za drzwi pokoju. Uśmiechał się.

- Oczywiście, tato… - odrzekł łagodnie.

- Kochanie chodźmy, bo zaraz się spóźnimy – mama spojrzała nerwowo na zegarek.

- Już, już. Wrócimy koło 22. Bądźcie grzeczni. – odparł tata, zamykając drzwi.

Potem już tylko słyszałam wesołe szmery mojej rodziny, kierującej się do furtki. Szymon ponownie zniknął w swoim pokoju. Poczułam się nieswojo. Nie lubiłam z nim zostawać sam na sam. Wiedziona doświadczeniem również skierowałam się do swojej bezpiecznej kryjówki. Nim dotknęłam klamki, poczułam bolesne uderzenie w plecy.

- Hej, Ślimaku! - poczułam w głosie Szymona tę złowieszczą satysfakcję - Nie chowaj się, mam coś dla ciebie.

Ciekawość kazała mi się odwrócić. Szymon siłą wepchnął mnie do pokoju. W rękach trzymał paczuszkę.

- Naprawdę coś mi kupiłeś? - spytałam z niedowierzaniem.

- Serio. Otwórz.

Pełna niepewności zajrzałam do środka pakunku. W środku było coś miękkiego.

- Jeśli włożyłeś tam martwego szczeniaka, to…. - wyszeptałam w obawie, która okazała się bezpodstawna.

Wyjęłam prezent. Spora, brązowa, pluszowa muszla. A tak naprawdę plecak w kształcie muszli.

- Wszystkiego najlepszego ślimaku, – zaśmiał się mój brat - przekopałem za tym całe allegro.

Sama nie wiedziałam, jak mam zareagować. Gdyby ten plecak dał mi ktoś inny, pewnie uznałabym go za nawet uroczy. Ale jako podarunek urodzinowy od Szymona był kpiną. Patrząc na niego, prawie słyszałam w uszach trzask gniecionych pod butem muszli. Utkwiłam wzrok w jego koszulkę. Niegrzeczna wersja królika Bugsa, w glanach, skórzanej kurtce i ćwiekach na rękach, patrzyła na mnie z łobuzerskim wyrazem twarzy. Wzrok tego kreskówkowego bohatera przewiercał mnie na wylot.

- Za co ty mnie tak nienawidzisz?! - po raz pierwszy w życiu odważyłam się na niego krzyknąć – O co ci człowieku chodzi?! Że jak się urodziłam, przestałeś być oczkiem w głowie rodziców? Że mi kupują różne rzeczy, a tobie dają szlaban? Że ja mam przyjęcie urodzinowe, a tobie tylko złożyli życzenia i dali prezent?!

Złość we mnie narastała. Szymon stał jak wryty.

- Zastanów się, co robisz! To nie jest moja wina! - kontynuowałam krzyk -To ty zachowujesz się jak jakiś nienormalny! Uciekasz z domu, masz kiepskie stopnie i jesteś okropny dla mamy i taty! Ciągle mnie bijesz i mi dokuczasz, choć tata kazał ci przestać! Należało cię, rozumiesz?! Zasłużyłeś sobie na to, jesteś….

Nie dokończyłam. Szymon oprzytomniał i rzucił się na mnie z pięściami. W jego oczach aż buchał gniew. Bił mnie po czym tylko się dało, bez opamiętania. Czułam, że z bólu tracę przytomność.

Próbowałam go błagać, by przestał. Ostatkiem świadomości słyszałam szczęk klucza w zamku i głos taty.

- Dzieciaki, jesteście? Zapomniałem portfe…. Co tam się dzieje do cholery?!

Odgłos szybkich kroków na schodach był ostatnim, co pamiętam z tamtego dnia.

Może za dużo o tym wszystkim myślę i dlatego wciąż mam ten sen o ślimakach? Może przez ten plecak w kształcie muszli? Chociaż nigdy więcej go nie widziałam. Myślę, że tata go wyrzucił.

Od tamtej pory nie widziałam także brata. Tata zakazał mu zbliżania się do domu. Mama później mi wyjaśniła, że dali mu sporo pieniędzy, by wyjechał i ułożył sobie życie z dala od nas. Niedługo potem sprzedaliśmy dom i wyprowadziliśmy się do miasta. Mieszkamy teraz w bloku na czwartym piętrze. Nie jest źle, choć szkoda mi domku na drzewie w ogrodzie.

Od moich feralnych urodzin minęły 3 lata. Nie zmieniło się zbyt wiele od tamtego czasu. Kolor beżowy nadal był moim ulubionym. Nie mam pojęcia, co się stało z tamtymi prezentami, nigdy ich nie znalazłam, rodziców nie pytałam. Stałam się też jeszcze bardziej nieufna wobec ludzi. W nowym liceum szło mi całkiem dobrze.

Moje szesnaste urodziny. Znów świętowałam je tylko z moją rodziną, choć nie było już z nami babci Ani, która dwa lata temu zmarła, a z kolei babcia Lusia i dziadek Andrzej nie mogli przyjechać. Zjadłam więc tort z moimi rodzicami. Szymon nie zadzwonił, nie napisał. Nigdy mnie nie przeprosił, nawet nie próbował. Rodzice nigdy nie dali mi jego adresu ani numeru telefonu. Chyba musiał nas bardzo znienawidzić po tym, jak trzy lata temu mój ojciec wyrzucił go z domu. Nie wiem jak ostro Szymon został przez niego potraktowany. Wedle relacji mamy, nie miał jednak skrupułów.

Mój brat chciał mnie zabić. Gdyby nie tata, okładałby mnie i kopał tak długo, aż wyzionęłabym ducha. „Ślimaku… Tak kończą ci, którzy stają mi na drodze…”. Rozgniecione muszle na bruku. Byłam dla niego tylko ślimakiem. Czymś, co można zmiażdżyć. Ta myśl kołysze mnie do snu.

Obudziłam się zlana potem. Znowu ten koszmar, znowu ten chodnik w krwi i śluz. Było coś jeszcze, ale nagłe przebudzenie wymazało mi z pamięci resztkę snu. Jestem tak przerażona, że krzyczę. Rodzice zaalarmowani moim krzykiem przybiegli do mojego pokoju.

- Natalka! - mama mocno mnie objęła - Co się dzieje skarbie?

- Miałam zły sen, mamuś… - wyszeptałam wstydliwie - Byłam na ścieżce przed naszym domem, i… ta krew…

Przez moment miałam wrażenie, że rodzice zerknęli na siebie z przerażeniem. A może po prostu byłam zaspana?

- To tylko twoja wyobraźnia płata ci figle, córeczko. - powiedział łagodnie tata - Spróbuj zasnąć.

Mama spojrzała na niego dziwnie. On tylko skinął głową. Okryłam się kocem, mama pocałowała mnie w czoło. Wyszli. Leżałam tak jeszcze chwilę, ale nie mogłam zasnąć. Od nerwów zaschło mi w gardle. Ostrożnie otworzyłam drzwi pokoju, by nie zbudzić rodziców. W kuchni paliło się światło. Usłyszałam stłumione, poddenerwowane głosy rodziców. Nie wyszłam, zostawiłam uchylone drzwi i podsłuchiwałam. Nieładnie, wiem. Ale ciekawość była silniejsza.

- Marek, tego się dłużej nie ukryje! - w głosie mamy wyczułam irytację - To, że policja dała sobie spokój, nie oznacza, że sprawa jest załatwiona. W końcu coś nas wyda.

- Kurwa, przecież wiem! - do moich uszu dochodzi odgłos nerwowych kroków ojca - Ale póki co udaje nam się to trzymać w ryzach. Nikt nie pyta, nie drąży tematu. Zresztą wiesz sama, jaki on był. Nie miał nawet kumpli, którzy by się o niego martwili.

- Natalia coś chyba pamięta, te sny….

- Gówno pamięta. Sama ją podpytywałaś. Wyparła to, Daria. Dziewczyna dojrzewa, stąd może te koszmary. Jest przekonana, że ją uderzył, i tyle.

- Marek, ja pierdolę! - mama podniosła głos -Naprawdę wierzysz, że po tym, co zrobił jej Szymon i co ty mu zrobiłeś, ona o niczym nie pamięta?! To na pewno siedzi gdzieś w niej głęboko!

- Daria, ciszej, kurwa, bo ją obudzisz!

Słowa matki uderzyły w moje uszy. Zabolało mnie serce. Coś jakby stara blizna zaczęła palić. Poczułam, jak moje ciało robi się ciężkie. Ostatkiem sił padłam na łóżko i straciłam przytomność. Oni coś ukrywali. Musiałam poznać prawdę. Odpływałam, kołysana myślą, że coś bardzo ważnego umknęło z mojego umysłu. Że moja pamięć wyparła coś bardzo istotnego.

Następnego dnia starałam się udawać, że wczorajszej nocy nic nie słyszałam. Moi rodzice, choć twarze mieli zmęczone, też wydawali się być w dobrym nastroju. Zmusiłam się do zjedzenia kanapki i zapakowałam do plecaka butelkę soku. Ukradkiem wrzuciłam do kieszeni scyzoryk ojca. Uśmiechnęłam się i pocałowałam rodziców na pożegnanie.

- Wychodzę do szkoły! - krzyknęłam, zamykając drzwi za sobą.

Spokojnie przemierzyłam klatkę schodową i wyszłam z budynku. Mama pomachała mi z okna, uśmiechając się. Odwzajemniłam nieszczery uśmiech i zniknęłam za blokami. Stojąc na przystanku jeszcze chwilę się wahałam. Czułam jednak, że nie ma odwrotu. Coś podpowiadało mi, że jeśli go zobaczę to poznam prawdę. Nie wsiadłam w szkolny autobus, jednym susem wpadłam do busa, kierującego się na dworzec. Tam wsiadłam w pociąg. Miałam mało czasu, a podróż z przesiadkami sporo mi zajęła. Nie wiedziałam, czy mój plan ma jakikolwiek sens. Ale musiałam. Czuję, że o czymś zapomniałam, a powrót do tamtego miejsca może przywrócić mi pamięć. Po tym, co usłyszałam… Musiałam. Nieważne, co pomyślą obecni właściciele o nastolatce podejrzanie obserwującej ich dom.

Dojechałam. Ale widok, jaki zastałam, nie był takim, jakiego się spodziewałam. Po kilku okrążeniach i długiej obserwacji w końcu dotarła do mnie prawda.

Nikt tutaj nie mieszka. Ojciec nie sprzedał naszego domu. To by tłumaczyło, dlaczego nigdy nie kupiliśmy lepszego mieszkania. Po prostu nie było nas stać. Ale dlaczego? Czy naprawdę nie można było znaleźć kupca na rodzinny dom pod miastem, z dużym ogrodem, w spokojnej okolicy?

Dom, choć minęły tylko 3 lata, był w strasznym stanie. Miejscowi wandale wybili w nim okna i powynosili, co się dało. Ogród zarósł i wyglądał jak sto nieszczęść. Podobnie sprawa się miała z ogródkiem warzywnym. Na jego środku widniała wielka łysa dziura, obłożona kamieniami. Czyżby ktoś tu zrobił sobie ognisko? Odruchowo skierowałam się do domku na drzewie. Weszłam i rozejrzałam się dookoła. Ten niewiele się zmienił. Nawet ocalał plakat, który w nim powiesiłam, i bazgroły mojego brata. W skrytce na przekąski znalazłam starą gumę do żucia, przeterminowany batonik truskawkowy i mój pluszowy breloczek w postaci szarego królika. Ten sam, którego dostałam w prezencie na trzynaste urodziny. Nie miałam pojęcia, jak tutaj trafił. Została jeszcze skrytka mojego brata, ale tę zawsze zamykał na klucz. Próbowałam ją otworzyć scyzorykiem, ale nie dałam rady. Podejrzewam, że chował tam papierosy albo trawkę. Rodzice nigdy nie sprawdzali, co trzymamy w domku na drzewie, choć czasem zaglądali nam do pokojów. Opuściłam moją dziecięcą kryjówkę, upychając pluszowego zwierzaka do kieszeni. Byłam rozczarowana, że moja pamięć nadal nie wykazuje nowej aktywności. Postanowiłam sprawdzić dom. Drzwi były zabarykadowane i zamknięte grubym łańcuchem, więc weszłam przez wybite okno.

- Szlag by to! - syknęłam, gdy odłamek szkła tkwiący w futrynie rozdarł mi ramię kurtki.

Zniszczyłam kurtkę, ale udało mi się wejść do środka. Na widok starych ścian ogarnęła mnie nostalgia. Rodzice prawdopodobnie sprzedali większość wyposażenia i sprzętu, by kupić mieszkanie. Powoli, ostrożnie, weszłam po schodach do mojego pokoju. To, co zobaczyłam po wejściu do niego, zamurowało mnie. Zostały tu wszystkie moje meble, choć w pozostałych pokojach zastałam gołe ściany. Oczywiście chuligani zdążyli już połamać szafki w poszukiwaniu ukrytych skarbów, których zapewne nie znaleźli. Brakowało tylko dywanu i materaca na łóżku.

Pokój mojego brata okazał się pusty. Na pierwszy rzut oka. Jednak coś mi się przypomniało. Kiedyś podejrzałam, jak chowa coś pod dywanem, a dokładnie pod panelem podłogowym. Przyłapał mnie jednak na podglądaniu, spuścił łomot. Potem już zawsze zamykał swój pokój na klucz.

Sięgnęłam pod odstający panel. W środku była koperta, a w kopercie klucz.

- Do czego to? - nie miałam pojęcia, choć biorąc pod uwagę brak mebli, nie miałam nadziei na odnalezienie pasującego zamka. Iskierką w mojej głowie okazała się skrytka w domku na drzewie. Pobiegłam więc tam co sił, na górze ledwo co łapałam oddech. Drżącymi rękoma otworzyłam skrytkę. Nie znalazłam tam jednak oczekiwanych narkotyków. W środku były zdjęcia. Mnóstwo. Moich zdjęć. Nagich. Jak się przebieram, jak siedzę w wannie. Setki zdjęć, robionych z ukrycia, ukazujących moje chude ciało. Do tego szkice, w których poznałam rękę Szymona. Na ścianie domku wieszał niedbałe rysunki smoków i węży. W skrytce trzymał staranne szkice nagiej młodej dziewczyny, z twarzą wykrzywioną w czymś pomiędzy cierpieniem a ekstazą, której okazałe piersi osłaniane były tylko przez długie włosy. Dziewczyna do złudzenia przypominała mnie.

Rumieńce wstąpiły mi na twarz. …. To nie wszystko. Wśród zdjęć znalazłam też moją bieliznę…

Wszystko wróciło. Poczułam, jak zatarte wspomnienia tłuką się wewnątrz moich nerwów. Uderzyły w tył mojej głowy bez litości niczym kij baseballowy. Ten widok był niczym iskra dla dynamitu.

Znów byłam ośmiolatką, wybudzoną przez czyjś dotyk w środku nocy. Gorące dłonie wędrujące po moich, wtedy jeszcze, maleńkich piersiach.

- Szymon? - spytałam przerażona - Braciszku, co mi robisz?

- Spokojnie, malutka, - jedna z dłoni brata zatkała mi usta - tylko sobie podotykam. Spodoba ci się.

Następnego dnia padał deszcz. Nie spałam całą noc. Nadal czułam dotyk brata na moim ciele, choć Szymon od kilku godzin spał w swoim pokoju. Starałam się ukryć przed rodzicami, że coś jest nie tak. Wyszłam z domu przed Szymonem, zbierając ślimaki. Gdy już skończyłam, usłyszałam trzask drzwi. Szymon wbiegł na ścieżkę i chwycił mnie mocno za ramię. Upewnił się, że rodzice nie stoją w oknie i nie mogą niczego dostrzec. Wtedy pocałował mnie w usta. Nie jak brat młodszą siostrę. Dziś mogę dojść do wniosku, że choć Szymon miał w tamtym momencie dopiero 11 lat, to w kwestii dojrzewania seksualnego wyprzedził rówieśników.

Od tamtego wieczoru przychodził do mnie prawie każdej nocy. Dotykał moich piersi i tego między nogami, czego wówczas wstydziłam się nazwać. Czułam, jak jego dotyk sprawia ból i wstyd, a jednocześnie powoduje, że tam na dole jest mokro i ciepło. Kiedy tylko czuł wilgoć pod palcami, zaczynał rechotać.

- Patrz, - szeptał dysząc mi do ucha - jesteś moim ślimaczkiem. Tylko moim.

To trwało 5 lat. Dojrzewałam w cieniu perwersji Szymona. Nabierałam kobiecych kształtów ku jego uciesze. Pięć lat bałam się przyznać, że mój brat mnie molestuje. Rodzice nic nie wiedzieli, zabronił im mówić. Miał swoje sposoby, żeby wymusić na mnie dochowanie tajemnicy. Sam też był ostrożny, nigdy się niczym nie zdradził. Nie raz, kiedy nie widzieli, uderzył mnie, by przypomnieć mi o tym, że mam milczeć. W nocy lizał mnie po tych siniakach, kiedy ja zalewałam się łzami. Jego język przynosił jednocześnie ulgę i ból.

Rodzice nie wiedzieli, aż do dnia moich 13 urodzin. Wtedy to, podczas ich nieobecność, zaczęłam krzyczeć na Szymona. Ale wcale nie wyzwałam go wtedy od nieuków i drani, jak to miałam zapisane w wyimaginowanej pamięci. Nazwałam go pedofilem i zboczeńcem grożąc, że wszystko powiem rodzicom i pójdę na policję. Plecak w kształcie muszli nie był powodem, dla którego się zdenerwowałam. Powodem była jego zawartość. A konkretnie masa erotycznych akcesoriów. Wstąpiłam we mnie odwaga.

- Hej, Ślimaczku… - oddech Szymona był niespokojny, kiedy rozpinał brązowy plecak - Dziś są twoje urodziny, i wiesz co? Zrobię to porządnie. Dziś wreszcie wejdę w Twoją muszelkę.

Wspomnienie tamtego dnia, po 3 latach, wróciło. Wróciło uczucie krępowania moich dłoni kawałkiem urodzinowej serpentyny. Wrócił cichy trzask rozdzieranej sukienki. Wrócił gorący oddech Szymona, to jak gryzł i lizał mnie po twarzy, jednocześnie wpychając mi penisa między nogi. Wrócił ból i odgłos chlupotania. Wróciła pamięć o zakrwawionym dywanie. Mój brat nigdy nie posunął się aż tak daleko. Aż do tamtego dnia.

Ale najgorsze wspomnienie to nie gwałt, jakiego dopuścił się Szymon. Nie wiem, jak ojciec zdjął ze mnie brata. Nie wiem, co z nim potem zrobił, bo straciłam przytomność. Ale pamiętam, co zobaczyłam, jak ją odzyskałam. Wyjrzałam wtedy przez okno na ogródek warzywny. Ojciec zapalił ognisko i wrzucił do niego zwinięty w rulon zakrwawiony dywan. Płomienie pochłonęły ofiarę. Nie wyszłam z pokoju. Słyszałam tylko, jak ojciec wchodzi do domu, jak rozmawia przez telefon (chyba z mamą) o tym, że nie może odpalić auta i przyjedzie po nich później. Próbował ukryć zdenerwowanie. Zdezorientowana mama wróciła autobusem. Wpadła do domu, robiąc ojcu awanturę, że musiała odprowadzić dziadków na dworzec i wlec się komunikacją miejską. Tata milczał. A potem było najgorsze – ojciec (chyba, bo rozmawiali od tego momentu bardzo cicho) opowiedział historię mamie. Ta nie dowierzała, biegała po pokojach, zajrzała do mnie. A ja nadal udawałam nieprzytomną, stres całkowicie mnie sparaliżował. Matka złapała moje ciało w ramiona, głaszcząc i całując moją twarz. Potem wzięła poduszkę i delikatnie położyła na niej moją głowę. Musiałam się mocno skupić, by nie zdradzić, że jestem przytomna.

- Moje maleństwo, moje biedne maleństwo… Co tu się stało, do cholery?! - szeptała, łkając i gładząc moje włosy.

- Mówiłem ci… Ona, nie ma chyba obrażeń, oprócz… no wiesz…. – w tym miejscu głos ojca mocno się łamał - Jest tylko nieprzytomna. To pewnie ze strachu. Musimy zrobić porządek, coś ustalić i zawieźć ją do szpitala.

Ton ojca był chłodny. Mama wybiegła z domu na ogródek warzywny. Chyba ostatecznie uwierzyła, patrząc na tlące się ostatkiem resztki dywanu.

Potem wszystko potoczyło się jak w kalejdoskopie. Matka po pierwszym szoku, prawdopodobnie dla dobra drugiego, skrzywdzonego dziecka, zachowała zimną krew. Ojciec się przebrał, wymyślili wspólną wersję wydarzeń.

- Natalka… Chodź do łazienki kochanie… - głos matki był łagodny i kojący. Weszła do pokoju i podtrzymała mnie na rękach, bym mogła wstać.

Udawałam, że dopiero co odzyskałam przytomność. Prawda jednak była taka, że chciałam za wszelką cenę uwierzyć, że nic nie miało miejsca. Że ból pomiędzy nogami wcale nie istnieje.

- Co się stało…? - zapytałam sennie.

- Musisz się umyć, skarbie.- w głosie matki wyczułam coś jakby nadzieję – Twój brat… przepraszam córeczko. Przepraszam, że nie zauważyłam wcześniej….

- Co mi zrobił?

- Krzywdę… wielką krzywdę. Ale nie możesz tego powiedzieć w szpitalu, dobrze? Nie chcesz, żeby Tata… Żeby Szymon miał kłopoty, prawda?

Skinęłam głową.

- Umyjemy się teraz, tak? - kontynuowała mama, pomagając mi wejść do wanny - Umyj się bardzo porządnie, a potem pojedziemy do szpitala. Gdyby ktoś cię pytał, to Szymon wyszedł z domu tuż po nas, dobrze? A Ty poszłaś go szukać i ktoś cię napadł po drodze. Uciekłaś, wróciłaś do domu, nas jeszcze nie było. A jak wróciliśmy wszystko nam powiedziałaś i dlatego przyjechaliśmy na pogotowie. Zapamiętasz to kochanie?

Moja obrażenia nie były ciężkie. Przynajmniej na pierwszy rzut oka. Miałam tylko kilka zadrapań na twarzy i parę siniaków na ramieniu. Prawdziwa rana pulsowała między nogami. Ale o niej nikomu nie powiedziałam, ani słowa o gwałcie. Lekarze ani policja nie drążyli tematu. Obdukcja była bardzo pobieżna. Musiałam dobrze odegrać swoją rolę. Dostałam wypis do domu i silne leki nasenne. I właśnie po tych lekach, bez umiaru podawanych przez moich rodziców, moja zlękniona pamięć zaczęła żyć własnym życiem, karmiona opowieściami mamy i taty. Sprawcy nie znaleziono, sprawa została zamknięta. W końcu to tylko jakiś nieznany rzezimieszek, który parę razy szarpnął włóczącą się po nocy nastolatką. Może to tylko ćpun, szukający paru groszy na towar. Służba porządku publicznego z radością przyjęła taką wersję wydarzeń zamiast brata-gwałciciela-pedofila.

Dziadkowie zapewne nie zostali wtajemniczeni w brutalną prawdę. Nie wiem, czy znali wersję dla lekarzy i policji, czy wersję dla mnie.

Gdzie teraz jest Szymon? Co zrobił po tym, jak ojciec tłukł go, ściągając go ze mnie siłą?

Ściskając w dłoni ucho króliczego breloka, wyszłam z domku na drzewie. Na dworze zrobiło się ciemno. Łzy przesłoniły mi oczy. Ból między nogami był tak wyraźny, jakby Szymon zgwałcił mnie nie 3 lata, a 3 minuty temu. Stanęłam, drżąc od płaczu, na ścieżce przed domem. Upadłam na kolana. Nie miałam pojęcia, co zrobić. Przywróciłam sama to, o czym tak bardzo chciałam zapomnieć. Obudziłam myśli, które wtedy z całych sił wypierałam z umysłu….

Usłyszałam szczęk zardzewiałego zamka. Podniosłam zlękniony wzrok, wyrwana z zamyślenia. Ktoś stał przy furtce. Wysoka, umięśniona postura, rozczochrane włosy. Przełknęłam nerwowo ślinę.

- Witaj, ślimaczku. - głos Szymona odbił się echem od mojej duszy - Nareszcie wróciłaś. Dorosłaś. Jesteś jeszcze piękniejsza.

Chciałam uciekać, ale nie mogłam się ruszyć. Mój brat również nie wykonał żadnego kroku. Oparł się o furtkę, krzyżując ramiona na klatce piersiowej. Był daleko, nie widziałam go wyraźnie. Ale to był on. Tym razem nie będę uciekać. Nie będę zapominać. Załatwię to wreszcie. Porozmawiamy jak dwoje dorosłych ludzi. To przecież mój brat, mimo wszystko. Te trzy lata bez kontaktu z rodziną musiały go zmienić.

„Riiiiing riiiiiing”

Dźwięk mojego telefonu przerwał ciszę. Mama. Cały czas się trzęsąc, odebrałam połączenie.

- Natalia, gdzie jesteś do cholery? – głos matki był bardzo nerwowy. Nic dziwnego, zegarek wskazywał godzinę 20. Lekcje skończyły się o 16. Dawno powinnam być w domu.

- Jestem pod domem, mamo. - odpowiedziałam spokojnie, nie spuszczając wzroku z Szymona.

- Pod domem? Gdzie? Patrzę przez okno, ale cię nie widzę.

- Pod naszym dawnym domem.

Odpowiedziała mi cisza.

- Jak to? - głos mamy zmienił ton - Co tym tam robisz?!

- Mamo, ja już wszystko pamiętam. - odpowiedziałam, nabierając odwagi - Wiem, że nie sprzedaliście domu. Wiem, co zrobił mi Szymon. Ale poradzę sobie z tym.

- Córciu, Ty nic nie rozumiesz. Zostań tam, tata już po ciebie jedzie.

- Mamo, jestem prawie dorosła. Chcę się wreszcie uwolnić, a kolejne zapomnienie mi na to nie pozwoli. To trzeba zamknąć. Poradzę sobie. Porozmawiam z Szymonem….

Spojrzałam wyzywająco na brata. Zrobił parę kroków w moją stronę. Chciałam wierzyć, że jest inny, ale nie umiałam mu zaufać. Na wszelki wypadek trzymałam rękę w kieszeni, ściskając w niej otwarty scyzoryk.

- Z Szymonem….? Nie możesz z nim porozmawiać, skarbie… - w głosie wyczułam panikę.

- Mogę, nie zabronicie mi więcej. On też jest tutaj. Nie martw się, nic mi nie zrobi.

- Kochanie, majaczysz. Proszę, usiądź i nic nie rób, tata jest w drodze, proszę.

Piiiiik. Bateria w telefonie skrajnie rozładowana.

Szymon był coraz bliżej. Nie przestawał się uśmiechać. Dojrzałam na jego koszulce znajomy, wredny pyszczek królika z kreskówki. Ścisnęłam mocniej nóż.

- Nie rób ze mnie wariatki. Chcę z nim porozmawiać i dowiedzieć się, dlaczego to zrobił. Mam do tego prawo! To mój brat i twój syn, mamo!

- Natalka, proszę cię…. To nie może być Szymon - słyszałam, jak łka, bliska obłędu.

- Chcesz dam ci go do telefonu, skoro mi nie wierzysz!

Matka wybuchnęła płaczem.

- Córeczko, proszę cię… Jesteś w jakimś amoku, czekaj na tatę. To nie może być on, Szymon nie żyj…

Tiiiiiilt. Bateria w telefonie padła.

Poczułam, jak zimny pot spływa mi po plecach. Nadaremno próbowałam włączyć rozładowany telefon. Szymon ponownie ruszył w moją stronę. Nie wyglądał jak trup ani jak duch. Wyglądał dokładnie jak ten szesnastoletni chłopak, który brutalnie pozbawił mnie dziewictwa. Nic się nie zmienił. Popatrzył na mnie, po czym zawiesił wzrok na płytach bruku. Odruchowo spojrzałam na chodnik.

- Pamiętasz dywan, prawda? A pamiętasz, co w nim było? - głos Szymona był spokojny i przytłumiony.

Przypomniałam sobie ognisko. Olśniło mnie. Ojciec nie palił śladów zbrodni. Ojciec palił zbrodniarza.

Przez ułamek sekundy miałam jakby wizję. Obraz brata, uciekającego do domku na drzewie przed wściekłym ojcem. Widziałam ten strach w oczach Szymona i gniew w oczach ojca. Widziałam, jak mój brat dygocze z przerażenia. Było mi go żal. A potem były już tylko migawki zbrodni, jakiej ojciec dokonał w afekcie, ciało Szymona spadające z domku i to, jak ojciec wrócił do mojego pokoju po dywan.

Ogarnął mnie strach. Rodzice kłamiąc policji, nie chronili Szymona przed karą za gwałt. Chronili siebie przed karą za morderstwo.

- Z jednej strony go rozumiem, Ślimaku. - Szymon był już tak blisko, że twarzą prawie dotykałam jego klatki piersiowej - Źle to rozegrałem, zrobiłem Ci krzywdę. Mógł być zły. Ale przecież oboje wiemy, że też tego chciałaś. Byłaś przeznaczona dla mnie. Nie mogłem pozwolić się uprzedzić tym twoim napalonym rówieśnikom. Zrozum, maleńka. Nigdy nie widziałem w tobie siostry.

Wypuściłam z ręki scyzoryk. Stałam, drżąc, na płycie brukowej. Na płycie, którą ojciec zerwał i pod którą zakopał szczątki Szymona, wraz ze spalonymi resztkami dywanu i prezentów z moich trzynastych urodzin.

Nie sprzedali domu. Był cmentarzem ich syna. Wyrodnego, ale jednak syna. Nie mogli.

Szymon ma rację. Na początku tego nie lubiłam. A potem… Może to było droczenie? Może było tylko za wcześnie? Żaden inny chłopak nigdy tak na mnie nie patrzył. Żaden inny nie ryzykował tyle, by mieć na własność moje ciało. Nikt inny nie umiał tak zadać bólu, by był przyjemny. Wpadłam w ramiona brata, przymykając oczy. Czułam, jak jego chłodna dłoń wędruje między moje nogi. Jak robi mi się ciepło. Widocznie zboczenie jest u nas rodzinne i z wiekiem się pogłębia. Jego oddech parzył mi szyję. Poczułam, jak wsuwa mi coś na ramionach. Plecak. Muszelka. Szymon pocałował mnie w usta. Jęknęłam cichutko.

Już się nie opieram, braciszku. Jestem gotowa. Rób ze mną co chcesz. Katuj i gwałć. Kochaj, jak tylko ty potrafisz. Jestem twoja.

- Chodź ze mną, muszelko. Tym razem nie będzie bolało… Za bardzo.

***

Marek dotarł na miejsce, gdzie znajdował się ich stary dom. Jego widok napawał go dawną nienawiścią. Długo szukał córki w akompaniamencie dzwonka telefonu komórkowego, wywołanego ciągłymi telefonami od Darii. Na próżno przeczesał okolicę. Jedynym, co znalazł, był pluszowy brelok, leżący samotnie na ścieżce przed domem. Szary zakrwawiony króliczek uśmiechał się do niego szyderczo z kałuży śluzu.

Źródło: twórczość własna
Oceń:
1
Oceniać mogą tylko zalogowani użytkownicy

Skomentuj! Daj znać innym co o tym sądzisz!