Upadek renifera

Dodane przez: maciekzolnowski, 28.09.2018, 16:52
Reklama:

Nuda, powtarzalność, brak niespodzianek, senność, zmęczenie, niedostarczanie umysłowi żadnych nowych podniet – to wszystko to jest „rutyna”; jedno, niezbyt skomplikowane słowo na literę „er”. Nienawidzę rutyny! Nie lubię rutyny! Nie kocham rutyny! Nie pokocham rutyny! Nie polubię jej nigdy, przenigdy i za nic w świecie!

***

Z wolna zbliżała się północ – nie pierwsza i zapewne nie ostatnia w moim dotychczasowym życiu. Mój pies znów dał o sobie znać: podszedł i zaczął z lekka na mnie powarkiwać. Nie pozwolił w ten sposób zapomnieć o sobie i o zaległym spacerze, który mu się należał jak nie wiem co. Założyłem więc smyczkę, wziąłem dwa plastikowe woreczki na kupy i dwa łyki wody przed wyjściem i udałem się z Czikiem na zewnątrz – z Czikiem, bo tak właśnie nazywa się mój czworonożny przyjaciel, będący jednocześnie moim największym, czworonożnym obowiązkiem.

Na dworze – rześko, powiało chłodem i wilgocią, co mi przypomniało o zbliżającej się wielkimi susami zimnie (nie wiem, czy akurat „susami”, ale to nieistotne). Po lecie jest jesień, a po jesieni następuje… wiadomo, co następuje po lecie i jesieni. Ach, ta boska rutyna! Minęliśmy gościniec – i znowu rutyna – i skierowaliśmy się w stronę kościółka ku bardziej zacisznym i przestronnym terenom zielonym.

Cziko wcale się nie spieszył – obwąchiwał każdy pojedynczy krzaczek, każdą, najmniejszą nawet kępę trawska. No jak tak można? On ma zawsze czas, w przeciwieństwie do mnie, bo ja nie mam. Tradycyjnie rozgościł się pod wielkim dębem – pomnikiem przyrody, co niejedno widział i słyszał. Standardzik! Ale, ale… Takich „paczek”, jakie „sadzi” mój Czikuś, to chyba i on nawet w swym prastarym żywocie jeszcze nie oglądał.

A tak poza pomnikami, dębami i paczkami, to spacerek przebiegał planowo i – rzec można – rutynowo.

Nasz wioskowy Dom Boży jest miejscem szczególnie cichym i klimatycznym, a wygląda na całkiem opuszczony. Zaraz za nim rozpościera się widomy obraz bogatej przeszłości tych ziem – cmentarz… imponujących rozmiarów, z rozmaitymi nagrobkami: zadbanymi i niezadbanymi; polskimi, ruskimi i niemieckimi, i tak dalej; nowszymi, starszymi i bardzo już wiekowymi. Te najstarsze liczą sobie nawet i po sto pięćdziesiąt, i dwieście lat. Średnie miejsce do odbywania spacerów z – nawet najbardziej ukochanym – pieskiem, ale skoro obecność Czika nikomu tutaj nie wadzi, to mnie tym bardziej nie i basta! Nie ma o czym mówić!

Minęliśmy z shih tzu znajomą-nieznajomą miniaturkę, którą po raz pierwszy zauważyłem dopiero dzisiaj, kiedy tu przechodziłem koło południa. Cóż, tyle razy się tędy szwendam, a nigdy jej nie widziałem. No, tak bywa!

Ta miniaturka – to niewielkich rozmiarów nagrobek dziecka, zmarłego przedwcześnie i zdaje się, że w tragicznych jakichś okolicznościach. Aż żal i jakoś tak ciężko na sercu się robi człowiekowi na samą myśl o tym niespełnionym życiu, które na dobrą sprawę nie zdążyło się nawet właściwie rozpocząć, zatlić jakimś bliżej nieokreślonym, witalnym ognikiem. Mnie było smutno i Czikowi zapewne też, co jednak nie przeszkodziło mu wcale w obraniu dogodnej pozycji do oddania moczu. Powstrzymałem pupila w  chwili ostatniej, naprawdę ostatniej!

Na mogiłce znajdował się niewielkich rozmiarów posążek reniferka, który cały aż skrzył się w księżycowym blasku. Wiatr przewrócił zwierzątko i trzeba je było ustawić jak należy, to znaczy przywrócić do pionu. I teraz, eche… Złapałem za poroże i pochwyciłem, pociągnąłem… I już miałem… Ozdoba stanęła dumnie na swych rozbrykanych, czterech odnóżach. Zabrakło tylko Mikołajka, aby zrobiło się... nie tyle rutynowo, co raczej: rytualnie, odświętnie, wręcz świątecznie.

Nagle zadrżała ziemia. Zerwał się tęgi wicher i zahuczał, i zajęczał: „ssssss”. I poderwało się stado nocnych jakichś ptaszysk do lotu, a Cziko wyrwał mi się wraz ze smyczą i gdzieś przepadł w nieoświetlonej i głuchej otchłani. Struchlałem, struchlałem, po trzykroć struchlałem. Tymczasem spod czarnej jak smoła ziemi wysunęła się drobna rączka nieżywej dzieciny i pochwyciła mnie mocno za ramię. A dobywający się z wnętrza mogiły, cieniutki głosik zaczął dziękować mi za mój piękny, bezinteresowny i zupełnie nieoczekiwany czyn. Nieoczekiwany czyn – a to dobre!

***

Nuda, powtarzalność, brak niespodzianek, senność, zmęczenie, niedostarczenie umysłowi żadnego ciekawego impulsu – to wszystko to jest „rutyna”. Jedno, proste słówko na literkę „er”. Nienawidzę rutyny! Nie lubię rutyny! Nie kocham rutyny! Kocham rutynę, lubię rutynę – jest taka bezpieczna, taka do bólu prosta, tak bardzo, bardzo prywatnie moja i tylko moja. I nie tylko moja, bo i wspólna: narodowa, międzynarodowa i ponadnarodowa, i tak dalej; twoja, ich, nasza, wasza, ichsza.

Siedzę w pokoju za biurkiem. Nudzę się okrutnie. Ale przynajmniej czuję, że jestem bezpieczny, gdyż dzień lub jego elektryczno-świetlny surogat mam na wyciągnięcie dłoni (no przynajmniej tak długo, jak długo jest prąd w sieci); a noc, co skrywa nekropolię z dziwnymi nagrobkami i nawiedzonymi reniferami, pozostaje daleko... tam gdzieś… hen, hen za oknem.

Lecz nagle w mych domowych pieleszach zaczyna skrzypieć i wibrować podłoga, pełga światło, by ostatecznie w końcu zgasnąć. A na dworze zrywa się tęga wichura, co jęczy potępieńczo: „ssssss”. I zza szyby okiennej kiwa do mnie mała rączka nieżywej istotki, która mnie woła, do siebie zaprasza i do wspólnej zabawy zachęca. A to ci niespodzianka – straszna, upiorna, traumatyczna, ale jednak niespodzianka!

„Ssssss”...

Oceń:
2
Oceniać mogą tylko zalogowani użytkownicy

Skomentuj! Daj znać innym co o tym sądzisz!