Historia

Pasożyt

Użytkownik usunięty 7 5 lat temu 7 218 odsłon Czas czytania: ~11 minut

*Opowiadanie napisane częściowo na faktach. Legenda o lesie gdzieś na Podlasiu, w którym można błądzić godzinami wciąż jest żywa i podobno prawdziwa.*

- Podczas drugiej wojny światowej w pewnym lesie wieszano niewinnych ludzi pod plakietką zdrajców i zbrodniarzy. Ich dusze ponoć wciąż błąkają się między drzewami, złaknione zemsty za niesprawiedliwości jakie spotkały ich za życia. Sam las jest przez niektórych postrzegany jako istota inteligentna oraz okrutna i chociaż jest taki mały, że zamiast "lasu" bardziej pasuje do niego określenie "lasek", to podobno można w nim błądzić godzinami. - Grayson upił łyk kawy z kubka, wpatrując się we mnie z zadowoleniem. Widocznie miał satysfakcję z tego, że znowu udało mu się przyprawić mnie o skręty żołądka wypełnionego śmieciowym żarciem z KFC.

- Bujdy na resorach. - Mój głos zabrzmiał wyjątkowo niepewnie, ukazując jak na talerzu fakt, że zawsze bałam się potworów, duchów, zjaw i nawiedzonych lasków. Zgniotłam opakowanie po skrzydełkach i pociągnęłam łyk coli, wpatrując się z lękiem w ciemność rozciągającą się za szybą. Lista rzeczy, których się obawiałam mierzyła jakieś dobre parę kilometrów, ale starałam się ukrywać to przed Gray'em, którego darzyłam jakiegoś rodzaju uczuciem.

Czasem ciężko było stwierdzić czy to sympatia czy nienawiść.

- Chętnie sprawdziłbym czy to bujdy... - Grayson wydął dolną wargę w geście zastanowienia, nie dając za wygraną. Drążył temat nieubłaganie, a widząc moją minę uśmiechnął się szeroko. - Tylko mi nie mów, że się cykasz! - parsknął.

Tak. Cykam się. Bardzo. Jak diabli.

- Ja? - prychnęłam. - Ja się nie boję... - zaczęłam hardo, lecz poczułam nagłą suchość w gardle. - Po prostu uważam, że to poroniony pomysł łazić po łąkach i szukać jakiegoś lasu, który pewnie i tak jest wytworem wyobraźni rządnych wrażeń ośmiolatków - w duchu cieszyłam się, że wybrnęłam z sytuacji całkiem sensownie i obronną ręką.

Niedługo dane było trwać mej radości.

Grayson posłał mi uśmiech najgorszej szelmy.

- Ależ ja wiem gdzie to jest. I wiesz... - uciął, rozkoszując się chwilowym przerażeniem, jakie niewątpliwie gładko wślizgnęło się na moje niewątpliwie blade oblicze. - to całkiem niedaleko. Możemy się tam przejść nawet teraz. - Siedemnastolatek wstał, jakby uznając sprawę za zamkniętą. Szybko pozbierał śmieci i wrzucił je do pojemnika, oczekując aż ja zrobię to samo.

Uniosłam brwi.

- Jest noc - wypowiedziałam na głos oczywistą oczywistość wskazując na nieograniczoną czerń rozlaną za oknem. Grayson zaklaskał głośno i pokiwał głową z podziwem.

- No no, Sherlocku! - zaśmiał się, ujmując mnie za rękę.

- Upadłeś na głowę? Masz tam zamiar iść teraz? W tej chwili? - wyrwałam się, protestując.

- Ależ Ellie, nie musisz się bać, przecież będę przy Tobie - wymruczał, całując mnie w szyję. Nawinął sobie na palec kosmyk moich jasnych włosów.

- Nie boję się! -

- Więc zapraszam do wyjścia - brunet nonszalancko wskazał drzwi i specjalnie otworzył je przede mną, kłaniając się w pasy.

W tamtej chwili chciałam tylko paru rzeczy: być w domu, pod grubym, puszystym kocykiem, z kubkiem herbaty w zmarzniętych łapkach i z dobrą książką przed nosem. Chciałam.

Wstałam z kanapy i ruszyłam w stronę chłopaka.

Nawet końcówka mojego blond warkocza opadła smętnie na ramię, jakby już żałując dokonanej przeze mnie decyzji.

~*~

- Przeklęte chaszcze! - warknęłam, depcząc ze złością kolejne kępy trawy sięgającej niemalże do pasa. Co i rusz parzące roślinki obcierały się o moje nogi, co irytowało mnie do tego stopnia, że gdyby nie chęć zaimponowania Grayson'owi już dawno by mnie tu nie było.

- Daleko jeszcze? - zawołałam, chociaż bardziej przypomniało to wycie w stronę idącego przodem Gray'a, który zdawał się być obeznany w tej okolicy. Nie doczekałam się jednak żadnej odpowiedzi, więc po prostu brnęłam coraz dalej i dalej patrząc pod nogi, aby nie przydepnąć przypadkiem żadnej żaby, aż w końcu rąbnęłam głową w plecy chłopaka z cichym przekleństwem wypowiedzianym pod nosem.

- Jesteśmy - Grayson z nabożną wręcz czcią dotknął kory drzewa składającego się na rzekomo nawiedzony przez dusze poległych w czasie wojny lasek. Moje oczy błyszczały tak samo jak bruneta, z tą różnicą, że ze strachu, nie z podekscytowania; las był paskudnie przerażający. Otoczony czekoladowym mrokiem sprawiał wrażenie potwora z otwartą paszczą, który tylko czeka aż nieświadome zagrożenia ofiary wparadują wprost do jego pyska.

Nim zdążyłam cokolwiek powiedzieć, Gray już już kierował się na wschód, by obejść las i zobaczyć jak szeroki i długi jest zagajnik.

- Stój! - wyciągnęłam rękę w jego stronę, lecz on był za daleko, bym mogła go zatrzymać.

- Jeśli za dziesięć minut nie wrócę, to czekaj dalej! - zawołał ze śmiechem. Chwilę potem straciłam go z oczu. Zmarkotniała do cna usiadłam na pniu ściętego drzewa, uzmysławiając sobie, że nie pozostało mi nic innego jak czekać.

To może zdawać się nieprawdopodobne, lecz te dziesięć minut ciągnęło się dla mnie jak parę ładnych godzin, podczas których umierałam ze strachu gdy w pobliżu zahuczała sowa czy trzasnęła gałązka. Próbowałam się uspokoić licząc gwiazdy, ale i to nie pomagało. W rezultacie siedziałam kiwając się na boki, spięta jak zabójca przed spowiedzią.

Przed oczami miałam tarczę zegarka i kiedy zbliżała się dziewiąta minuta nieobecności Graysona zaczęłam lekko panikować, o ile drganie jak przy ataku padaczki można nazwać lekkim objawem paniki. Ciarki przebiegały mi przez plecy cały czas, aż w końcu uzmysłowiłam sobie, że to wcale nie dreszcze, a leśne czerwone mrówki - siedziałam na drodze do ich mrowiska.

- Niech cie szlag, Gray... - warknęłam ze złością strzepując z koszuli owady. Zerknęłam na zegarek, mimowolnie pocierając swędzące miejsca na plecach - pamiątki po życzliwych mrówkach.

"Piętnaście po. Idę tam!"

W myślach brzmiało to jakoś odważniej i miało głębszy sens. W rzeczywistości z trudem oderwałam stopę od ziemi, postępując krok w stronę lasu. Czubkami palców musnęłam chropowatą powierzchnię jednego z drzew i chociaż każdy skrawek mojego ciała rwał się do ucieczki, a mózg wduszał przycisk "ewakuacja" po raz setny tego wieczoru, ja oczywiście wybrałam jak zawsze najgorszą z możliwych opcji.

~*~

- Grayson? - szepnęłam, zagłębiając się coraz dalej między gęstniejące drzewa. Miałam dziwne wrażenie, że jeśli krzyknęłabym obudziłabym istoty żyjące w gąszczu, a wierząc opowieści Graysona - sam las, jednak odrzuciłam od siebie tą myśl. Duchy poległych? Inteligentny, krwiożerczy las? Przecież to absurdalne, w przeciwieństwie do bujnej wyobraźni Gray'a i jego ulubionego zajęcia, jakim było strasznie mnie.

Szłam więc wciąż przed siebie i mimo racjonalnego myślenia byłam czujna i gotowa do ucieczki w każdym momencie. Moja głowa obracała się niemal o trzysta sześćdziesiąt stopni gdy kątem oka zarejestrowałam najlżejszy ruch.

Gęste chmury stworzyły idealną kryjówkę dla księżyca, który na czas beztroskiej zabawy w chowanego wybrał sobie akurat dzisiejszy wieczór. Jako że gasnące coraz szybciej księżycowe promienie zostały dodatkowo przysłonięte przez rozłożyste, grube gałęzie drzew, którym aktywna wyobraźnia dodała niewątpliwego uroku, jaki stanowiły dyndające na nich ciała nieszczęśników, ze wszystkich stron napierał mrok. Wiatr najzwyczajniej szumiał w koronach drzew, ale ja w tym cichym szeleście liści wciąż słyszałam wypowiadane syczącym szeptem słowa przestrogi. Kilka razy zatrzymywałam się ze zrezygnowaniem, zupełnie bezsilna, jednak zawsze ponownie podejmowałam trud odszukania chłopaka.

Przyszło mi na myśl, że może już dawno wyszedł z lasu i czeka na mnie - zapragnęłam wtedy znów znaleźć się na łące, jednak uświadomiłam sobie, iż mimo tego, że idę ciągle w jednym kierunku przez dobre dwadzieścia minut drzewa wcale nie rzedną, nie widać końca.

"Może tylko z pozorów był mały..." przemknęło mi przez myśl. Szłam więc coraz dalej, głębiej, wypatrując łąki.

Wtem usłyszałam wystrzał, który rozległ się niedaleko. Zabrzęczał wśród gęstwiny płosząc wystraszone ptaki, potem nagle urwał się i zgasł, niczym przerwane w jednej chwili życie. Czując jak serce gnieździ mi się w gardle, nagle dziwnie zwężonym i zaciśniętym, kucnęłam za jednym z drzew, przygryzając dolną wargę do momentu, kiedy moje usta wypełnił metaliczny smak krwi.

"Grayson musiał to słyszeć!" pomyślałam gorączkowo. "A jeśli ktoś trafił w niego?" Łzy same wypełniły oczy, sprawiając, że wszystko stało się niewyraźne i rozmazane. Adrenalina krążyła w żyłach docierając do mózgu; policzyłam w myślach do trzech i zerwałam się do szaleńczego biegu, przeskakując grube, zwalone gałęzie; artystyczny nieład pozostawiony na płótnie lasu przez niedawno rozsławioną w małych wioskach malarkę-destruktorkę o imieniu burza. Nie miałam czasu myśleć o tym, co mogło spowodować wystrzał, chciałam po prostu uciec z tego przeklętego buszu, a moją głowę zaprzątał jeden, prosty komunikat.

Biegnij.

Gdy na początku maratonu, jaki pokonałam, zdawało się niewyczerpane zasoby energii niosły mnie jak na skrzydłach, tak po pięciu minutach dziwnym trafem uleciały ze mnie jak powietrze z przekłutego z premedytacją balonika. Upadłam na kolana po tym jak zaczepiłam stopą o wystający z ziemi korzeń, co nie zdziwiło mnie, bo podczas oglądania horrorów zawsze czułam, że byłabym najsłabszym ogniwem, które potyka się i zostaje pożarte przez potwora z bagien lub innego potwora, którego filmowa charakteryzacja często pozostawała wiele do życzenia. Także nie zaskoczył mnie fakt, iż nie mam dość sił, by się podnieść. Leżałam tak plackiem na zimnej i częściowo mokrej od skroplonej nocy leśnej ściółce, czując w nozdrzach świdrujący zapach zgniłych liści.

Minęło sporo czasu zanim postanowiłam w końcu się podnieść; wszystko wydawało mi się koszmarem, z którego nie sposób się obudzić. Ze zdziwieniem odkryłam, że moje mięśnie, chociaż nigdy specjalnie niewyćwiczone, teraz sflaczały jak dziurawa dętka w rowerze. Wcześniej zrzucałam brak siły na karb zmęczenia po wyczerpującym biegu, lecz teraz, kiedy zdecydowana byłam podnieść się, czułam, iż ziemia przyciska mnie do swojej martwej, zimnej piersi niczym drobne metalowe opiłki przyciągane przez wielki magnes.

Wiatr uniósł ze sobą ciche skrzypienie gałęzi drzewa, pod którym leżałam. Początkowo nie zwróciłam uwagi na dźwięk, jednak z czasem trzeszczenie gałęzi było coraz bardziej doniosłe i irytujące, jak drzwi, które pod wpływem nienaoliwionych zawiasów i przeciągu ciągle uderzają o framugę z nieznośnym piskiem. Nie mogłam nawet spojrzeć w niebo, bowiem poruszenie ręką czy nogą wydawało mi się tak niemożliwe, jak oddychanie pod wodą. W końcu zebrałam się w sobie, zmobilizowałam resztkę sił, jakie tliły się gdzieś w głębi mnie, zaczerpnęłam tchu i niemałym wysiłkiem przewróciłam bezwładne ciało na plecy. Czułam się jak sparaliżowana, zupełnie bezbronna w środku lasu. Zamrugałam powiekami, oczyszczając je z drobin piasku, a oczy z sennej mgiełki. Która była godzina? Przeniosłam wzrok na hebanowy aksamit nieba przetykany diamentami gwiazd.

Gdybym leżała teraz w ciepłym łóżku i z okna swojego przytulnego pokoju patrzyła na ten widok, jak teraz dany mi był oglądać, z pewnością zatopiłabym się w marzeniach o byciu z Graysonem, lub, co bardziej prawdopodobne, o niebyciu przez niego straszoną i wyśmiewaną, choćby dla żartów.

Jednak teraz otworzyłam usta do krzyku, który zagubił się pod drodze z moich płuc, a z pomiędzy warg wydobył się jedynie cichutki, ledwo słyszalny jęk udręki. Spodziewałam się ptaków siedzących na gałęzi lub po prostu podmuchów wiatru, które co chwila ją uginały, więc widok ciał dyndających na sznurach omal przyprawił mnie o palpitację serca. Ich sine jajowate głowy nabrzmiałe krwią wyglądały tak, jakby za chwilę miały oddzielić się od bezwładnego ciała przypominającego szmacianą zabawkę, poruszanego najlżejszym podmuchem wiatru. W piersiach niektórych wisielców widać było małe, spływające krwią otwory po kulach. Spuchnięte usta i powieki, mimo iż dawno zamknięte i nieruchome miały w sobie jakiś grymas bólu, nieznośnego cierpienia, zupełnie tak, jakby nieszczęśnicy jeszcze żyli i ciągle przeżywali katusze.

Chciałam uciec jak najprędzej albo chociaż zwinąć się w kłębek, nie patrzeć na okropną scenę, od której uruchamiały się mięśnie gardła odpowiedzialne za odruchy wymiotne. Wszechogarniający strach jednak dołożył swoje pięć groszy i teraz nawet ruch palcem stał się awykonalny. Coś, czego nie potrafiłam objąć rozumem sprawiało, iż nie potrafiłam oderwać wzroku od obrazu zmasakrowanych ludzi. Ich napęczniałe żyły na rękach, zimno bijące na odległość; to wszystko sprawiało, że moje oczy były utkwione w straceńcach.

W pewnej chwili coś się zmieniło w obrazie bezwładnie wiszących ludzi; tu drgnęła ręka, tam poruszyła się stopa. W końcu dotychczas nieżywi ludzie zaczęli mrugać powiekami, otwierać z cichym bełkotem usta, w których błyskały stare, przeżarte próchnicą zęby i zgniły, mlaszczący język.

Las więził mnie i z każdą sekundą, jaką trwałam w paraliżu i z jaką powoli traciłam energię, początkowo zupełnie martwe ciała wiszące na gałęzi zaczynały nabierać życia, sił. Moje oczy, w których czysta trwoga i przerażenie urządziły popis talentów na najbardziej wystraszone spojrzenie były szeroko otwarte, tak jak usta; z braku siły szczęka opadła bezradnie.

Nie mogłam nic zrobić; las żywił się mną, a ja mogłam jedynie biernie obserwować swój powolny rozpad, nie mogąc nawet krzyczeć z bólu, który zżerał mnie od środka powoli, a potem na chwilę odpuszczał, jakby chcąc abym jak najdłużej zachowała przytomność, jak najdłużej cierpiała.

Łzy wsiąknęły w ciemną od krwi ziemię.

~~

Słońce przecięło zamaszyście gęstwinę nocnych chmur mieczem złożonym z pierwszych, zabójczych dla zmroku promieni słońca dnia. Grayson otworzył oczy mrugając powiekami. Przez chwilę patrzył w jaśniejące powoli niebo, zastanawiając się co u diabła robi na polanie w sobotę rano. Wspomnienia wczorajszego wieczoru wróciły, pozostawiając w sercu chłopaka ziarenko niepokoju. Pamiętał jak idąc przez łąkę wywrócił się, uderzając głową o kamień zanim wszedł do lasu. Poślizgnął się na zdradzieckiej wieczornej rosie i stracił przytomność po upadku. Nie zdołał nawet sprawdzić, czy las rzeczywiście jest upiorny. Ale gdzie była Ellie? Czyżby usnęła siedząc na pieńku i czekając, aż przyjaciel wróci? Nie sądził. Dobrze znał Ellie i jej "stalowe nerwy". W takich ciemnościach nie zdołałaby zmrużyć oka, a wiedząc jaka jest albo poszła do lasu go szukać albo wyruszyła do pobliskiej wioski, by tam przenocować.

Grayson wstał, strzepując z ubrań ziemię i źdźbła trawy. Najpierw dla pewności sprawdził miejsce, gdzie ostatnio widział dziewczynę, lecz gdy jej tam nie znalazł, wyruszył w stronę położonych niedaleko zabudowań małej wioski.

~~

- Ani śladu twojej przyjaciółki. - Jeden z dwóch mężczyzn, wysoki i brodaty, którzy zaofiarowali się jako pomoc w przeszukiwaniu lasu, rozłożył bezradnie ręce. Drugi wyszedł zza drzew i także pokręcił głową, informując Gray'a, iż nie napotkał się na żaden ślad, który mógłby świadczyć o wczorajszej obecności dziewczyny w lesie.

Chłopak próbował zamaskować zmartwienie. Podziękował towarzyszom poszukiwań, oznajmiając, iż jeszcze się rozejrzy.

- Może wróciła do domu? - rzucił ten niższy przez ramię, kiedy razem z wysokim brodaczem we dwóch opuszczali gęstwinę.

Grayson osobiście nie wierzył w to, że Ellie pokonałaby taki kawał do miasta sama, bez niego. Było to możliwe, lecz w bardzo małym stopniu. Westchnął, gładząc korę potężnych drzew. Zrezygnowany ruszył przed siebie, by opuścić na dobre leśny zagajnik. Poszukiwania zakończyły się fiaskiem, jednak niewykluczone, że Ellie zebrała się na odwagę i jednak przecząc wszystkim przekonaniom Graysona co do jej tchórzostwa, wróciła do domu. Coś mu wszakże mówiło, że ona jest tutaj, w tym lesie, jednak nie mógł dłużej tu zostać; dalsze szukanie nie miało sensu.

Wdepnął butem w plamę ciemnej, kleistej substancji. Marszcząc brwi pochylił się, dotykając jej palcami. Krew?

Nad jego głową zaskrzypiała gałąź.

Oznacz jako: przeczytane ulubione chcę przeczytać
Dokonaj zmian: Edytuj

Komentarze

Omg,jakie zajebiste,no nie wierzę,po prostu MEGA i ciekawe *-*
Odpowiedz
Świetne :) Tylko do cholery, przestańcie zmieniać imiona na angielskie!
Odpowiedz
Jeśli imię nie kończy się na literę "y" wtedy nie ma sensu stosować apostrofu, np. Graysonowi a nie Greyson'owi. Poza tym zgadzam się z innymi, że angielskie imiona nie pasują. Trochę też irytowały mnie pompatyczne opisy, jak np. to o nastaniu poranka. Ale to już moje subiektywne uczucia. Historia ciekawa :)
Odpowiedz
Popieram Jowite fajna historia ale imiona bohaterów psują wrażenia
Odpowiedz
Cała historia super, ale w polskiej historii z polskimi nazwami krain amerykańskie imiona niestety nie pasują :/ 8,5/10
Odpowiedz
Jest dobry klimat, nie zawiera żadnych błędów. Nie mogę się do niczego tutaj przyczepić. 8,5/10.
Odpowiedz
Akurat mieszkam na podlasiu :D
Odpowiedz
Zaloguj się, aby dodać komentarz.

Inne od tego autora

Archiwum

Najnowsze i warte uwagi

Artykuły i recenzje