Kiedy Nadia spadła z mostu

Dodane przez: jellycat, 21.07.2016, 16:32
Reklama:
[…Tamte wakacje były bardzo gorące. A ja uwielbiałem lato. Moje oczy były spragnione widoku wygrzewających się na plaży ciał młodych kociaków. Nie myślcie sobie, że byłem jakimś zboczeńcem, co to to nie. Byłem normalnym, nieco napalonym siedemnastolatkiem, któremu brakowało oleju w głowie, a krew dopływa głównie w jedno miejsce. Tamtego dnia siedziałem w ogródku z butelką zimnej lemoniady i gapiłem się bezmyślnie na krążące wokół kwiatów pszczoły.
– Hej, Boris! – usłyszałem piskliwy, dziewczęcy głos zza ogrodzenia. Raisa musiała prawdopodobnie wspiąć się na jakiś kamień, skoro byłem w stanie dostrzec jej brązowowłosą głowę zza płotu. Wzrostem to ona nie grzeszyła.
– Co tam? – odezwałem się beznamiętnie do sąsiadki.
– Idziesz ze mną i Nadią nad rzekę? – spytała, mrużąc oczy jak kotka.
Słysząc imię, wypowiedziane przez koleżankę z sąsiedztwa, odruchowo się ożywiłem. Nadieżda, dziewiętnastoletni chodzący ideał. Ponad 170cm wzrostu, wysportowana sylwetka, duże piersi, jędrne pośladki i płaski brzuch, których to genialność dopełniało wcięcie w talii i długie nogi. Dodajcie do tego krótkie blond włosy, wielkie niebieskie oczy i pełne usta, a macie widok, na który mój „mały przyjaciel” reagował jak pies na widok kawałka soczystego mięcha.
– Ej no, pytałam o coś! – z rozmarzenia wyrwała mnie irytacja Raisy. Rany, ona i Nadia były zupełnie inne. Nie mam pojęcia, jak mogły się przyjaźnić.
– Daj mi dziesięć minut, wezmę tylko ręcznik i kąpielówki. – odparłem, ignorując dalsze wywody dziewczyny.
Poszliśmy w nasze ulubione miejsce. Woda była tam dość głęboka, a wielka gałąź rozciągająca się nad rzeką umożliwiała wygłupy i skoki w jej taflę. Był tam też zakątek pod niewielką piaszczystą skarpą, gdzie mogliśmy swobodnie rozłożyć koce i delektować się procentami z chłodnych napojów. I była tam także nasza „sekretna dziupla”. Rzuciłem ręcznik na trawę i usiadłem, niedbale ściągając koszulkę. Lubiłem prezentować płci przeciwnej efekty pracy na siłowni. Dziewczyny zagwizdały pod nosem, po czym śmiejąc się, same zabrały się za rozbieranie z bluzek i spodenek. Opalone piersi i pośladki blondynki opinało seksowne, czerwone bikini. Raisa, nawet jak na niewysoką chudzinę, której los poskąpił zupełnie tkanki tłuszczowej pod sutkami, prezentowała się całkiem nieźle w dwuczęściowym niebieskim kostiumie. Podejrzewam, że miał on pasować do tego jej wisiorka z błękitnym sercem, z którym nigdy się nie rozstawała. W salwie wesołych chichotów i pisków wpadły do wody, chlapiąc się wzajemnie. Potem, zawiązując wzrokowo damski sojusz, z infantylną radością ochlapały zimnym strumieniem moją rozgrzaną słońcem klatę. Popijałem piwo, gapiąc z lubością na ich mokre, wijące się ciała. Gdzieś pomiędzy ich zabawami dostrzegłem posłany w moją stronę uśmiech Nadii. Mogę się mylić, ale dałbym sobie rękę uciąć, że Raisa dostrzegła nasze spojrzenie i złowrogo zmarszczyła brwi, patrząc to na mnie, to na swoją przyjaciółkę…]


Wspomnienie tamtego lata prześladuje mnie ponownie, odkąd podjąłem decyzję o powrocie do rodzinnego miasteczka po siedmiu latach. Przez ten okres nigdy tu nie zawitałem. To było ostatnie lato spędzone wspólnie z Nadią. A także ostatnie lato jej życia.
Wiadomość sprzed kilku dni o wypadku moich rodziców spadła na mnie jak grom z jasnego nieba. Od mojej wyprowadzki nie zamieniliśmy ani słowa. Nawet na urodziny czy święta wysyłaliśmy sobie jedynie zdawkowe smsy. Nasze relacje znacznie pogorszyły się od tamtych feralnych wakacji. Ojciec wiecznie się mnie czepiał, oskarżał o brak dojrzałości i odpowiedzialności. Nie potrafił zrozumieć, że imprezy i noce z przypadkowymi kobietami były moim sposobem na poradzenie sobie z traumą po śmierci przyjaciółki. Niejednokrotnie w szale podnosił na mnie rękę. Matka nie reagowała – z nią obchodził się jak z jajkiem, odkąd dowiedzieliśmy się o jej chorobie. Myślę, że rak wyniszczył również jej zdolność logicznego myślenia, bo już wcześniej straciła zainteresowanie czymkolwiek. Zawsze byłem bierny na ciosy ojca, aż któregoś dnia nie wytrzymałem i nie pozostałem mu dłużny. Jeszcze tego samego wieczora spakowałem walizki. Miałem trochę pieniędzy z wakacyjnych zarobków i samochód po kuzynie, który matka odkupiła za grosze, kiedy tylko zdałem prawo jazdy. Pod wpływem impulsu wyjechałem do większego miasta. Miałem więcej szczęścia niż rozumu - po zaledwie kilku nocach przespanych w samochodzie znalazłem jakąś śmieciową robotę na budowie i zameldowałem się w hotelu robotniczym. Dziś już wynajmuję małe mieszkanie, dostałem stałą umowę, awans i znacznie lepsze pieniądze. Z kobietami bywa różnie, ale nie narzekam, nie czuję się samotny.
Dojechałem pod mój dom z mieszanymi uczuciami. Opuszczałem go jako żółtodziób, w towarzystwie spadającego śniegu. Nic się nie zmieniło, może tylko ogród wyglądał posępniej niż zwykle. Ale nie ma się co dziwić, już prawie jesień. Dokładnie tak, jak tamtego dnia, w którym przybiegła do mnie zapłakana Raisa.
Uczucia z różnych okresów mojego życia już mieszały mi się w głowie. Westchnąłem ciężko i sięgnąłem do kieszeni płaszcza. Policja dała mi klucz, który znaleziono przy ojcu. A raczej przy tym, co z niego zostało. Kręciło mi się w głowie na myśl o dzisiejszym poranku, kiedy przyjechałem na rozpoznanie ciał. Nie wiem, co właściwie miałem rozpoznać. Gdyby nie blizny na kobiecej dłoni, nie potrafiłbym stwierdzić, czy rzeczywiście należała do mojej matki. Ciała rodziców były jedna wielką miazgą skóry, krwi i narządów. O mało co nie zwymiotowałem w kostnicy. Nie pogodziliśmy się nigdy, a teraz było już za późno. Poczułem ukłucie w klatce piersiowej.
Nie zdążyłem wejść do domu, gdy usłyszałem za sobą stukot kroków.
– Boris…? – usłyszałem kobiecy głos za plecami.
Odwróciłem się. Przede mną stała elegancka, niewysoka kobieta. Patrzyła na mnie badawczo spod okularów ogromnymi, brązowymi oczami, nerwowo odgarniając z czoła ciemną grzywkę. Przyglądałem się jej dłuższą chwilę, ale długo nie mogłem sobie przypomnieć, kim jest. Nijak nie kojarzyłem tej zgrabnej istoty. Olśniła mnie dopiero niebieska błyskotka, nieśmiało połyskująca spod szalika na szyi dziewczyny.
– Raisa? To ty? – spytałem zaskoczony.
– Tak! – odparła, odsłaniając w lekkim uśmiechu białe zęby – Właśnie wracam do domu i zauważyłam, że przyjechałeś. Tyle lat, a nic się nie zmieniłeś.
– Ty za to bardzo, ale zdecydowanie na korzyść. – odrzekłem z uśmiechem.
– Daj spokój... – odparłam z rumieńcem, po czym nagle posmutniała – Słyszałam o twoich rodzicach. Bardzo mi przykro.
– Radzę sobie. – z trudem otworzyłem stare drzwi – Wejdziesz na chwilę?
– Trochę się spieszę, a ty pewnie chcesz teraz pobyć sam. Ale wpadnij do mnie dziś wieczorem, akurat upiekłam wczoraj ciasto czekoladowe.
– Z przyjemnością. Inni mieszkańcy domu nie będą mieli nic przeciwko, że sprowadzasz na kolację dawno niewidzianego sąsiada?
– Nie, nie... – odparła nieśmiało – Mama dziś wychodzi na noc do koleżanek, a tata... Tata zmarł cztery lata temu.
– Nie wiedziałem, ja...
– Spokojnie, to było dawno. – przerwała mi w pół słowa – To co, będę czekać. Bądź koło szóstej.
Odwróciła się na pięcie i z gracją pognała w kierunku furtki. Niesamowite, jak bardzo się zmieniła. Nadal pozostała szczupła, ale zdecydowanie nabrała kształtów. Czas zmienił jej twarz z nieciekawej i typowej w ładną i kobiecą. A może to ta zmiana stylu? Zniknął niedbały kucyk, wiecznie przymrużone oczy, trądzik, luźne koszulki i trampki. Zastąpiła je burza loków, staranny makijaż, eleganckie okulary, dopasowana sukienka i szpilki. No i tajemniczy uśmiech.
Leniwie wszedłem do środka (niegdyś także mojego) domu. Kurz pokrył meble, nadając im depresyjnego wyglądu. Rodzice nie mieli żadnej bliskiej rodziny prócz mnie. Byłem pierwszą osobą, która zawitała tutaj po ich śmierci. Odruchowo zapaliłem światła i zacząłem rozglądać się po pomieszczeniach. Poza nową kanapą w salonie i mikrofalówką w kuchni prawie nic się nie zmieniło. Dostrzegłem moje zdjęcie, postawione na komodzie w sypialni. Żal ścisnął mi serce. Kiedy odkryłem, że mój pokój był dokładnie w takim stanie, w jakim go pozostawiłem, prawie się rozkleiłem. Kucnąłem i w ciemności macałem podłogę pod łóżkiem, aż nie natrafiłem na przeszkodę w postaci kartonowego pudełka. Jest. Wyciągnąłem mój „skarb” i odgarnąłem kurz z wieka. Nie mam pojęcia, jak mogłem zapomnieć go zabrać ze sobą, kiedy opuszczałem dom. Nigdy jednak nie miałem odwagi po nie wrócić. W środku nie było nic szczególnego, przynajmniej dla innych. Kilka zdjęć, kapsle, moja szczęśliwa moneta, karty do gry z niezbyt grzecznymi paniami, breloczek z piłką. No i gruba koperta z napisem „DO B.”. Otworzyłem ją drżącymi rękoma. Na kilku z listów rozpoznałem ostrożny charakter pisma Raisy. Rzuciłem okiem na przypadkowe zdania. Nic szczególnego. Jakaś hasła typu „N. ma urodziny za tydzień, nie zapomnij!”, albo „N. słyszała od kolegi, że w pobliżu jest nawiedzony dom, idziemy?”. Uśmiechnąłem się na te wspomnienia. Niby to tylko siedem lat, ale były z nas wtedy straszne dzieciuchy. Przerzucając kartki natknąłem się także na czerwone litery stawiane przez Nadieżdę.
„Hej, R. pojutrze wyjeżdża na tydzień. Koniecznie musimy wyjść jutro wieczorem we trójkę na pizzę!”.
Czy to nie głupie? Trójka niemalże dorosłych nastolatków pisze do siebie krótkie wiadomości i pozostawia je w dziupli nad rzeką. Robiliśmy to, odkąd skończyłem 11 lat. Każde z nas miało swoją kopertę. Każde pisało do każdego, choć „R.” była moją sąsiadka, a „N.” mieszkała zaledwie kilka domów dalej po drugiej stronie ulicy. Mogliśmy porozmawiać w cztery oczy w każdej chwili, ale uwielbialiśmy tę zabawę. To pewnie ta nutka ekscytacji przy sięganiu do dziupli. Odbieraliśmy „pocztę” przeważnie po szkole lub przed, a we wakacje nawet częściej. Pamiętam moje dziecięce poczucie zawodu, kiedy wyciągnięta ze skrytki koperta „DO B.” okazywała się pusta. Westchnąłem smutno na te wspomnienia.
Fizyczność mojego ciała postanowiła jednak nie dać mi szans na łzy - byłem cholernie głodny, a burczenie mojego brzucha przerwało ciszę. Przypomniało mi się o wspaniałym dżemie porzeczkowym mojej mamy. Głód wziął górę nad nostalgią i pokierował mnie do piwnicy. Podczas schodzenia do spiżarni moje nozdrza uderzył okropny smród. Z początku myślałem, że jakaś żywność mocno się popsuła, po chwili jednak nie miałem już złudzeń. To był zapach gnijących zwłok, który wyraźnie nasilał się w miarę jak zbliżałem się do skrzynki z ziemniakami. Z lekkim niepokojem otworzyłem wieko.
– Ja pierdolę, Krasny... – zakląłem pod nosem, z obrzydzeniem zasłaniając twarz dłonią. Widok naprawdę był nieciekawy. Krasny miał już swoje lata, właściwie to nie spodziewałem się, że mógłby żyć do tej pory. Mimo wszystko przykro mi było z jego powodu. W końcu kiedyś rudy sierściuch przesypiał popołudnia na moim łóżku. Musiał wejść do tego kosza i usnąć. Wieko się zatrzasnęło, a potem nie miał go już kto wypuścić. Biedne kocie zmarło z pragnienia, w męczarniach. Poszedłem do schowka w ogrodzie po łopatę i worek. Kiedy już wyświadczyłem czworonogowi ostatnią przysługę i posprzątałem, czułem się cholernie wycieńczony psychicznie. Odpuściłem sobie szukanie dżemu, i tak straciłem apetyt. Zresztą warto zostawić miejsce w żołądku na kolację u Raisy. Stwierdziwszy, że spacer dobrze mi zrobi, wybrałem się na zwiedzenie starych śmieci. Tu było zbyt przygnębiająco.
W przeciwieństwie do mojego domu miasteczko nie pozostało oporne na zmiany. Zadbana roślinność, odrestaurowane budynki, nowe chodniki i drobne centrum handlowe na miejscu pustostanu, obleganego dawno temu przez podejrzaną młodzież. Bez przepychu, ale świeżo i schludnie. W pewien sposób nawet mi się to spodobało. Kiedy już odwiedziłem ulubione niegdyś miejsca, ciekawość zawiodła mnie w jeszcze jeden zakątek. Niemal bezwiednie skierowałem się w kierunku rzeki. Doznałem jednak drobnego zawodu. Ukochaną gałąź drużyny B.N.R. zastąpił drewniany mostek. Skarpa została wyrównana. Zawiedziony zszedłem w dół, spodziewając braku „sekretnej dziupli”. Czekała mnie jednak niespodzianka. Drzewo zostało co prawda złamane w pół (pewnie przez jakąś wichurę), ale nadal tam było. I przywitało mnie swoją dziuplą niczym otwartymi w okrzyku ustami. Stanąłem przed ciemnym kształtem i wpatrywałem się w niego jak zahipnotyzowany. Znowu miałem niecałe 18 lat. Znowu czułem naiwną ekscytację. I choć mój dorosły umysł mówił mi, że w dziupli nic nie ma - najwyżej dziki szop który zechce mnie użreć - wsadziłem rękę do środku. Czułem się cholernie głupio i karciłem sam siebie w myślach za ten idiotyczny ruch. Aż do chwili, gdy pod palcami wyczułem kawałek papieru. Kropla potu spłynęła mi na skroń.
– Niemożliwe... – wymamrotałem ze strachem.
Wyciągnąłem lekko pomiętą kopertę. Drżącymi dłońmi odwróciłem ją i dostrzegłem wielki napis „DO B.”. Na moment zamarłem, po chwili jednak otworzyłem kopertę. Moim oczom ukazały się tak dobrze mi znane czerwone litery.
„B., musisz wrócić! Musisz!”
Spojrzałem na datę w rogu.
Nadia pod koniec lata spadła z mostu. Wielkiego mostu na granicy z sąsiednim miastem. Jej ciało znaleziono kilka tygodni później w stanie znacznie utrudniającym identyfikację tożsamości. Zmarła siedem lat temu, ale nie przeszkodziło jej to w zostawieniu mi w zeszłym tygodniu wiadomości w dziupli spróchniałego drzewa.

Ciąg dalszy: https://straszne-historie.pl/story/14831-Kiedy-Nadia-spadla-z-mostu-cz-II
Źródło: twórczość własna
Oceń:
2
Oceniać mogą tylko zalogowani użytkownicy

Skomentuj! Daj znać innym co o tym sądzisz!