Historia

Memorial

Mroczny Wilk 10 4 lata temu 7 037 odsłon Czas czytania: ~23 minuty

Wyjrzałem przez okno mknącego pociągu. Poranne promienie słońca zalewały pokryte złotymi zbożami pola i gęste lasy. Był to najczęstszy widok podczas naszej podróży po Polsce. Codziennie wstawaliśmy wczesnym porankiem, by zdążyć na pociąg i zająć dwa przedziały w pierwszej klasie. Przyglądanie się naturze było interesujące na samym początku naszej wycieczki, kiedy wyjechaliśmy z Berlina. Widoki spokojnej przyrody stanowiły oderwanie od hałasu i dynamiczności wielkiego miasta, ale z czasem zaczynały nużyć. Cieszyło mnie jednak to, że w pociągu zazwyczaj spędzaliśmy tylko jakieś trzy godziny. Przemieszczaliśmy się głównie pomiędzy większymi miastami, zaczynając od pomorza, a później zbliżając się coraz bardziej ku południowej części kraju.

Oderwałem oczy od okna i omiotłem wzrokiem przedział. Wnętrze wyglądało przytulnie. Szyby na ścianach dawały wrażenie elegancji, a niebieskie siedzenia były na tyle wygodne, że dawało się na nich spokojnie zasnąć. Naprzeciwko mnie siedział dobry tego przykład. Z uśmiechem spojrzałem na śliniącego się przez sen Fabiana. Ten niewysoki brunet był najmłodszym z naszej grupy, miał tylko piętnaście lat. Jego starsza o dwa lata siostra, Laura, siedziała obok, ekscytując się nowym iPhone’em 4. Też odziedziczyła ciemny kolor włosów po rodzicach, jednak jej rysy twarzy były ostrzejsze. Wyglądała dosyć ładnie, a to w jej wypadku sprawiło, że dołączyła do większej grupy innych ślicznotek, które nie grzeszyły inteligencją. Wraz z dojrzewaniem zaczęła zachowywać się jak typowa nastolatka, przez większość czasu siedząca na Facebooku i chwaląca się nowymi zdjęciami. Ostatni był Nico. Nie musiałem nawet odwracać głowy w jego stronę, by wiedzieć, co robi. Muzykę z wielkich, nausznych słuchawek dało się usłyszeć nawet na korytarzu, o czym przekonałem się w drodze do łazienki. Pocieszający był fakt, że nie słuchał żadnego Behemotha, a głownie Linkin Parku. Ten szesnastoletni szatyn potrafił przesiedzieć tak całą drogę, skupiając wzrok na odległej przestrzeni.

Mieliśmy szczęście, że tym razem nikt nie postanowił się do nas dosiąść. Zawsze zasłanialiśmy wejście do przedziału, by zwiększyć szansę zostawienia dwóch wolnych miejsc. Nasi rodzice siedzieli w przedziale przed nami, zapewne jak zwykle wymyślając plan zwiedzania na ten dzień. Z tego, co wiedziałem, zaprzyjaźnili się oni na studiach, a po narodzinach zaczęli wciągać w tę bliską relację i nas. Odkąd tylko pamiętam, rodziców moich przyjaciół nazywałem wujkami i ciotkami.

To nie była pierwsza wycieczka tego typu. Zaczęliśmy od Austrii w 2005, czyli pięć lat temu. Miałem wtedy dwanaście lat. Zawsze jeździliśmy pociągami. Rodzice twierdzili, że jest to najlepsza opcja. Inaczej musielibyśmy brać dwa samochody, w których z pewnością nie byłoby tak wygodnie. Trzeba by skupiać się na kierowaniu, a do tego dochodziłoby wiele innych drobiazgów.

Pociąg zaczął powoli hamować. Zbliżaliśmy się do Lublina. Minęliśmy pierwszą stację. Fabian obudził się z przerażeniem, jak zwykle, gdy czuł wypływającą ślinę. Otarł usta rękawem. Na mojej twarzy pojawił się szeroki uśmiech. Pomogłem Laurze zdjąć walizkę z półki nad siedzeniem, po czym wziąłem swoją. Wysiedliśmy na dworcu głównym, po czym przeszliśmy przez podziemny korytarz i wyszliśmy z boku dworca.

Ojciec Nicego kupił bilety do autobusu miejskiego w biletomacie obok gmachu. Chwilę później byliśmy na przystanku autobusowym. Nie minął kwadrans, a staliśmy pod naszym hotelem. Czterogwiazdkowy Grand Hotel znajdował się pół kilometra od Starego Miasta, skąd mieliśmy zacząć zwiedzanie.

Wszedłem do bogatego wnętrza budynku z niejakim zachwytem. Panowała tam biel i ciepłe odcienie żółtego. Nawet podłoga z jasnego kamienia wpasowywała się kolorystycznie.

Rodzice podeszli do recepcji i po angielsku zaczęli rozmawiać o zarezerwowanych pokojach. Parę minut później stałem z Nicem przy wejściu do naszego pokoju. Jako że to ja otwierałem drzwi, szybko zająłem łóżko stojące przy oknie. Lubiłem obserwować miasta nocą, szczególnie wtedy, gdy znajdowałem się w centrum, więc nie mogłem pozwolić Nicowi, by wepchnął się tam pierwszy.

Kilkanaście minut później ruszyliśmy na starówkę. Wyglądała zachwycająco, jednak moje myśli krążyły wokół innego miejsca. Moja mama powiedziała, że w okolicach popołudnia pójdziemy do Muzeum na Majdanku. Nie ciekawiłoby mnie to aż tak bardzo, gdybym nie słyszał o tym miejscu wcześniej. W czasie drugiej wojny światowej znajdował się tam obóz koncentracyjny. Bulwersowało mnie to i ciekawiło jednocześnie, ale nie ze względu na to, że współczułem ofiarom holocaustu. Bynajmniej. Nie byłem w stanie zrozumieć, jak z tego miejsca można było zrobić miejsce pamięci zamordowanych żydów. Moim zdaniem eksterminacja tych rozprzestrzeniających się podludzi była najlepszym, co mogło spotkać świat. Zawsze, gdy słyszałem, jak ktoś mówi o Hitlerze jako potworze, zalewała mnie krew. Nie mogłem uwierzyć, że propaganda zniszczyła pamięć o tak wielkiej postaci. Nazywano go zbrodniarzem, ale gdyby jego przeciwnicy zobaczyli, jak wyglądałby świat bez jego ingerencji, żałowaliby swoich słów. Najbardziej bolało mnie to, iż pogląd ten podzielałem tylko z trójką najbliższych przyjaciół. Gdyby nasi rodzice dowiedzieli się, co tak naprawdę myślimy, najprawdopodobniej wysłaliby nas na badania psychiatryczne. Ich zdaniem powstanie Führera było największą porażką naszego narodu.

Po obiedzie doczekałem się zwiedzania dawnego obozu. Pojechaliśmy tam autobusem miejskim. Jeszcze przed przystankiem w oczy rzuciła mi się w oczy wielka rzeźba, która kształtem przypominała położony poziomo prostokąt zbudowany z liter nieznanego mi alfabetu.

Na samym początku poszliśmy do budynku Centrum Obsługi Zwiedzających, gdzie rodzice kupili bilety i najęli przewodnika. Jak się okazało, rzeźba została nazwana Brama i była główną częścią Pomnika Walki i Męczeństwa na Majdanku. Walki i męczeństwa, ha, dobre sobie. Ta nazwa napełniała mnie obrzydzeniem. Jeśli miałby tutaj stać jakikolwiek pomnik, powinien to być Pomnik Walki i Odwagi Strażników Majdanka. Cieszyło mnie tylko to, że wyraz zniesmaczenia dostrzegłem także na twarzach przyjaciół.

Kolejnym obiektem była jedna z komór gazowych. Widok pokrytych niebieskimi plamami ścian oraz wyobrażenia o cierpieniach żydów wprawiały mnie w zadowolenie. Najbardziej bawił mnie natomiast fakt, że to pod nadzorem żyda opracowano technologię produkcji cyklonu B.

Następnie przeszliśmy do różnych baraków, w których znajdowały się wystawy multimedialne, a nawet makieta całego obozu. Podczas zwiedzania baraków przedstawiających warunki bytowe więźniów, najbardziej zadowalała mnie liczba zabitych na tym terenie judaistów. Gdy już wychodziliśmy, a do pomieszczenia weszła wycieczka żydów, pojawiła się u mnie myśl o ponownym otwarciu obozu o prawidłowym przeznaczeniu. Jednak bardziej realną byłaby opcja zrównania tego miejsca z ziemią.

Ostatni barak był wyjątkowy. Kiedy wszystkie inne miały kształt prostokąta, ten układał się w literę „L”. Była to kuchnia obozowa. Co najciekawsze, wewnątrz znajdowała się ogromna wystawa w postaci dwóch długich, drucianych prostopadłościanów wypełnionych butami zabitych żydów. Ze wszystkich pamiątek ta wydawała się najważniejsza, nie zawierała bowiem pojedynczych elementów ubioru, a tysiące par butów, upamiętniających cierpienie swoich właścicieli.

– Hej, Christian – wyrwała mnie z zamyślenia Laura – zrobisz mi zdjęcie?

– Jasne, nie ma problemu – odpowiedziałem i wziąłem od niej komórkę z uruchomionym aparatem.

Laura stanęła w przejściu pomiędzy butami i oparła ręce na biodrach, opinając na talii jasną sukienkę w kwiatki. Jednocześnie zwiększył się dekolt. Wcale mnie to nie dziwiło, znałem ją zbyt długo. Przecież musiała wyglądać jak najefektywniej na każdym zdjęciu.

Podniosłem telefon do góry i odsunąłem się trochę, by zwiększyć kadr. Nacisnąłem spust migawki i… zamarłem. Po zrobieniu zdjęcia natychmiast je otworzyłem, ale nie było ani śladu po tym, co zauważyłem.

– Coś nie tak? – spytała Laura, widząc, że zamarłem.

– Nie, wszystko w porządku – odparłem szybko. – Zrobię ci jeszcze kilka zdjęć, to będziesz miała w czym przebierać.

Byłem pewien, że podczas robienia zdjęcia Laurę otoczyła grupa bardzo wychudzonych postaci, jednak przy kolejnych zdjęciach nic takiego się nie powtórzyło. Żadnego przewidzenia nawet nie brałem pod uwagę. To miejsce musiało być nawiedzone. W mojej głowie zaczął powstawać plan. Nie mogłem zniszczyć całego muzeum, ale jeden barak to co innego. Jednak w tym momencie było to niemożliwe, więc zostawiłem tę myśl na później.

Na sam koniec doszliśmy do krematorium i drugiej części pomnika, Kopuły. Ta robiła jeszcze większe wrażenie niż Brama. Wyglądała niczym gigantyczny spodek, pod którym kryły się zmieszane z ziemią prochy tysięcy żydów. Na ten widok zatrzymałem oddech. To miejsce w największym stopniu ukazywało potęgę Hitlera. Tylu wrogów zniszczonych. Pobudzało mnie to jeszcze bardziej do zatarcia pamięci po części z nich.

Zwiedzanie skończyło się w tym miejscu. Przewodnik odprowadził nas z powrotem pod Centrum Obsługi Zwiedzających prostą drogą, ciągnącą się wzdłuż całego obiektu. Po krótkim pożegnaniu i podziękowaniach od naszych rodziców wrócił do budynku, a my ruszyliśmy na przystanek.

W hotelu byliśmy po dziewiętnastej. Jeszcze przed powrotem odwiedziliśmy lubelskie podziemia, gdzie mogliśmy odetchnąć po całym dniu upałów.

Zanim poszliśmy na kolację do restauracji na parterze Grand Hotelu, wróciliśmy do pokojów się wykąpać. Puściłem Nico pierwszego, a sam powróciłem do rozmyślania o baraku z butami. Jedyną opcją byłoby spalenie go, ale wątpiłem, by wystarczyła do tego sama zapalniczka. Potrzebowałem czegoś więcej, ale tutaj z pomocą przychodził ojczysty Rossmann, który znajdował się tuż obok hotelu. Duża część kosmetyków jest łatwopalna, więc wystarczyło poprosić rodziców o pieniądze. Bawiło mnie, że z nazwy sklepu wystarczy zabrać dwie pierwsze litery, by stał się jeszcze bardziej pomocny.

Po kolacji zawołałem przyjaciół do pokoju. Czas powoli uciekał, więc musiałem szybko przekonać ich do swojego planu. Wiedziałem, że mają podobne poglądy, ale zrobienie czegoś tak ryzykownego było już inną kwestią. Największą nadzieję pokładałem w Fabianie. Opowiadał nam kiedyś o tym, jak przebił koła w samochodzie historyka nazywającego Hitlera jednym z najgorszych ludzi w historii świata. Fabian nie zastanawiał się nad skutkami swoich działań. Był zbyt gwałtowny i emocjonalny. Wierzyłem, że jeśli on przystanie na mój plan, od razu przekona Laurę, która nie pozwoliłaby, żeby młodszy brat wziął udział w czymś tak ryzykownym bez niej. Wtedy pozostałby już tylko Nico, ale on zwykle zgadzał się z decyzją większość.

– Mam plan na dzisiejszą noc – zacząłem – ale wiąże się on z pewnym ryzykiem. Jeśli coś pójdzie nie tak, możemy mieć spore kłopoty.

– Dobra, gadaj, o co chodzi – mruknął Fabian.

– Chciałbym wrócić na Majdanek.

– Po co? – spytała Laura. – Za mało się naoglądałeś tych przeklętych żydów?

– Właśnie aż za dużo. Dlatego mam plan, aby tam wrócić i spalić jeden z baraków.

– Tylko jeden? – zdziwił się Fabian. – Ja bym posłał to całe miejsce w pizdu.

– Skoro masz taką możliwość, to bardzo proszę – odparłem. – Ja mówię o realnych planach, a nie o tym, co by było gdyby. Chciałbym zniszczyć jeden budynek, którego strata powinna być największą szkodą.

– Chodzi o ten z butami? – wtrącił Nico.

– Dokładnie. Tam jest najwięcej pamiątek po tych zawszonych podludziach.

– A jak masz zamiar w ogóle tam dotrzeć? – westchnęła Laura. – Nie widzi mi się zapieprzanie siedem kilometrów piechotą.

– No to niech w końcu się do czegoś przyda ten twój iPhone. Wi-Fi w hotelu przecież mamy. Znalezienie numeru autobusu, który jedzie tam w nocy, raczej nie przekracza możliwości tak wspaniałego urządzenia – odpowiedziałem sarkastycznie, dosadnie akcentując ostatnie słowa. – To jak, jesteście ze mną?

Fabian pierwszy uniósł wyprostowaną prawą rękę, która po chwil zetknęła się z rękami pozostałych.

Wróciliśmy do restauracji, gdzie musieliśmy wyłudzić od rodziców polskie pieniądze na zmywacze do paznokci. Laura stwierdziła, że będą one najlepszym środkiem do podpalenia baraku, głównie ze względu na małe rozmiary buteleczek, które można było schować w kieszeniach. Sama miała w posiadaniu jedną, ale pustą do połowy. Uznaliśmy, że to za mało, by budynek na pewno spłonął. Swoją prośbę o pieniądze tłumaczyliśmy ochotą na odwiedzenie McDonalda, który znajdował się za ulicą po prawej stronie hotelu. Rodzice odpowiedzieli nam tylko, byśmy nie siedzieli długo w nocy, ponieważ następnego dnia mieliśmy wyjeżdżać o siódmej do Rzeszowa.

Po szybkim zaopatrzeniu się w pięć buteleczek zmywacza w Rossmannie, poszliśmy do McDonalda, który miał być tylko wymówką. Okazało się, że mamy jeszcze sporo czasu, bo najbardziej opłacało nam się pojechać autobusem nocnym, a ten miał być na przystanku nieopodal hotelu dopiero po dwudziestej trzeciej. Zawiózłby nas on bez żadnych przesiadek, w dodatku byłoby to już na tyle późno, że na pewno nie natknęlibyśmy się na rodziców podczas wychodzenia. Kupiliśmy po dużym shake’u dla każdego i zaczęliśmy nieśpiesznie opróżniać kubki.

Gdy wróciłem do pokoju, otworzyłem walizkę i wyciągnąłem z niej czarne bojówki. Pomimo ogromnej ilości kieszeni, większość była zapełniona wszelkimi przydatnymi przedmiotami, zaczynając na zapalniczce, a na nożu taktycznym kończąc. Było to dodatkowe obciążenie, ale uparcie twierdziłem, że nigdy nie wiadomo, co może się przydać.

Kilkanaście minut przed dwudziestą trzecią poszliśmy z Nicem do pokoju Laury i Fabiana. Czekali na nas gotowi do drogi. Na portierni nie zauważyliśmy nikogo, więc wymknęliśmy się z hotelu, nie zwracając na siebie uwagi. Bilety kupiliśmy w biletomacie na przystanku. Raczej nie spodziewaliśmy się kontroli w nocy, ale w końcu nie byliśmy u siebie. Nie mogliśmy mieć pewności.

Autobus oznaczony jako N2 przyjechał parę minut później. Skasowaliśmy bilety i usiedliśmy nieopodal środkowego wejścia. Milczeliśmy przez większość drogi. Z tyłu pojazdu znajdowała się grupa pijanych mężczyzn, bełkoczących i szarpiących się co chwilę. Znając stosunek niektórych Polaków do Niemców, woleliśmy nie ryzykować i nie używać ojczystego języka. Mogło się to skończyć bliższym spotkaniem z awanturnikami, a tego zdecydowanie woleliśmy uniknąć.

Wysiedliśmy na przystanku nieopodal cmentarza i ruszyliśmy w kierunku Bramy. Druciane ogrodzenie naprzeciwko niej przekształcało się w jakieś artystyczne kamienne bloki połączone zawijasami z zardzewiałego metalu. Nie zauważyliśmy, by w pobliskich budynkach informacyjnych muzeum paliło się światło, więc to miejsce stanowiło najlepsze przejście. Przeskoczyliśmy przez kamienne bloki i szybko ruszyliśmy ścieżką prowadzącą w prawo. Księżyc w kształcie sierpa i pojedyncze gwiazdy dawały nikłe światło, jednak to musiało nam wystarczyć. Nie mogliśmy zapalić latarki na otwartym terenie. W tej ciemności światło rzucałoby się w oczy nawet z drugiego końca muzeum. To jednak dawało nam tę przewagę, że już stąd widzieliśmy jednego strażnika idącego z latarką drogą, którą wracaliśmy po zakończeniu zwiedzania. Pod dojściu do pierwszych baraków, zeszliśmy ze ścieżki i zaczęliśmy przemykać za budynkami.

Będąc gdzieś w połowie drogi, ujrzeliśmy jasne światło, które oświetlało przestrzeń między barakami. Zatrzymaliśmy się i kucnęliśmy przy tylnej ścianie jednego z nich. Odgłosy dudniącego serca zagłuszały powolne kroki ochroniarza. Nagle światło skupiło się w przejściu przed nami. Po chwili strażnik coś mruknął. Byliśmy pewni, że nas usłyszał i zaczął iść wzdłuż baraku, więc szybko wróciliśmy do bocznej ściany. Kiedy stanąłem przed jej końcem, coś natchnęło mnie, by najpierw wychylić głowę. Moim oczom ukazał się mężczyzna wiążący buta i latarka leżąca obok. Machnąłem kilkakrotnie ręką w kierunku przerażonych przyjaciół. Wycofaliśmy się jeszcze szybciej niż wcześniej. Strażnik ominął barak nieświadomy naszej obecności ani tego, że prawie sami byśmy na niego wpadli. Odetchnęliśmy z ulgą.

– Było blisko – westchnęła Laura.

– Aż za blisko – dopowiedział Nico. – Może powinniśmy sobie odpuścić i wrócić do hotelu?

– Chyba żartujesz! – warknął Fabian i złapał go za ramię. – Skoro zdecydowałeś, że idziesz z nami, to przepadło.

– Mogłeś zrezygnować na początku – stwierdziłem – nikt cię do niczego nie zmuszał.

– Dobra, już, dobra – żachnął się Nico. – Puść mnie, nigdzie nie ucieknę.

– Mamy nadzieję – odpowiedział brunet.

– Koniec tego gadania, idziemy dalej – zarządziłem.

Minęliśmy kilka baraków i skręciliśmy w lewo. Weszliśmy na ścieżkę, którą z obu stron otaczały drewniane budowle. Nasz cel znajdował się na jej końcu. Nie zauważyliśmy żadnego światła, więc podbiegliśmy tam.

Stanęliśmy przed kuchnią obozową, jednak to nie był koniec problemów. Kiedy pociągnąłem za drzwi, te ani drgnęły.

– Laura, poświecisz telefonem? – poprosiłem.

Jak się okazało, drzwi blokowała sporych rozmiarów kłódka.

– Kurwa mać, co teraz? – spytał Fabian. – Podpalamy od zewnątrz?

– To nie ma szans – stwierdziła Laura. – Od razu ktoś zauważy ogień i zgasi go samą gaśnicą. Musimy dostać się do środka.

Gdy to powiedziała, wyciągnąłem z kieszeni brzeszczot obudowany plastikowym uchwytem. Nikt z nas nie potrafił otwierać kłódek wytrychami, więc przecięcie pałąka było jedyną opcją.

– Nie ma problemu – stwierdziłem.

Cały plan zaczął się sypać, kiedy już kończyłem rozbrajać kłódkę. Nagle, jakby znikąd, pojawiło się światło latarki. Było za późno, by się ukryć. Ochroniarz już nas zauważył. Zaczął krzyczeć i biec w naszą stronę. Wykonałem ostatnie cięcie i schowałem brzeszczot do pierwszej lepszej kieszeni. Ściągnąłem kłódkę i otworzyłem drzwi.

Wpadliśmy do środka, nawet nie wiedząc, co robić. Uzbrojony mężczyzna był tuż za nami. Blokowanie drzwi nie miało najmniejszego sensu. Nie było drugiego wyjścia, którym moglibyśmy uciec, a to też raczej by się nie udało. Ochroniarz nie był na terenie obiektu sam, więc zaraz zostalibyśmy złapani. Jedynym wyjściem było pozbycie się go. W mojej głowie pojawił się plan. Krzyknąłem do przyjaciół, by wbiegli parę kroków w głąb baraku, a sam przylgnąłem do ściany. Miałem nadzieję, że mężczyzna złapie przynętę i mnie nie zauważy.

Chwilę później usłyszałem głośny trzask, jakby coś się zawaliło. Strażnik wpadł do środka, oświetlając wnętrze i ukazując całą sytuację. Wyglądało na to, że podłoga załamała się pod biegnącym Fabianem, który wpadł do nieodkrytego nigdy wcześniej dołu. Laura i Nico z przestrachem przyglądali się dziurze w deskach. Ochroniarz zatrzymał się parę metrów za nimi i zaczął coś wykrzykiwać w swoim języku, trzymając już prawą dłoń na pistolecie. Wyciągnąłem nóż taktyczny i powoli rozłożyłem go. Zacząłem skradać się w kierunku mężczyzny. Stawiałem ostrożnie każdy krok, jednak kiedy ten przyczepił sobie latarkę do munduru i sięgnął po krótkofalówkę wiszącą przy pasie, musiałem przyspieszyć. Nie mogłem pozwolić, by wezwał kogoś jeszcze. Stanąłem za nim i zdecydowanym ruchem przeciągnąłem nóż po jego gardle, starając się, by ostrze weszło jak najgłębiej. Od razu zasłoniłem mu lewą dłonią usta. Przeszły mnie dreszcze, kiedy poczułem, jak ciepły płyn zaczyna spływać po nożu na moją prawą rękę. Z obrzydzeniem wyrwałem ostrze z ciała strażnika. Krew bryznęła do przodu, a jej drobinki ochlapały moich zdezorientowanych przyjaciół. Strażnik wypuścił krótkofalówkę i zacisnął obie dłonie na szyi. Moment później jego ciało zadygotało. Zaczął dławić się własną krwią, jednocześnie opluwając moją lewą rękę. Tego już nie wytrzymałem. Wypuściłem drgające ciał, które upadło z łoskotem na drewnianą podłogę.

Kiedy ujrzałem moje zakrwawione ręce, wypuściłem nóż i zamarłem. Dopiero wtedy dotarło do mnie, że właśnie zabiłem człowieka. Widziałem w życiu straszne rzeczy, ale na to nie byłem przygotowany. Uklęknąłem i objąłem ociekającymi szkarłatnym płynem dłońmi głowę.

Wtedy Laura zaczęła piszczeć. Nico błyskawicznie zatkał jej usta drżącą dłonią, zanim zdążyła narobić większego hałasu.

– Tylko nie krzycz – wymamrotał. – Spokojnie, bo będzie jeszcze gorzej. Mogę już zabrać rękę?

Dziewczyna w odpowiedzi pokiwała głową. Gdy Nico odsłonił jej usta, zaczęła głęboko oddychać. Szatyn podszedł do mnie i uniósł moją głowę tak, że patrzyłem mu w oczy.

– Christian…

– Ja nie… – przerwałem mu – nie wierzę, że go zabiłem. To… To…

– Chłopie, ogarnij się! Nie mamy teraz na to czasu.

– Ja…

Nawet nie zdążyłem zareagować, gdy uderzył mnie dłonią w twarz. Zadziałało to na tyle skutecznie, że zacząłem składnie myśleć.

– Chodź, musimy wyciągnąć Fabiana z tej dziury – zarządził.

Wyjąłem z bojówek własną latarkę. Zacząłem oświetlać nią dziurę w podłodze. Dół nie był głęboki, miał może ze dwa metry głębokości. Jednak to, co dostrzegliśmy, było jeszcze bardziej przerażające od leżącego nieopodal trupa. Fabian leżał pośród połamanych, pożółkniętych kości oraz desek, ale to już nie był Fabian, którego znaliśmy. Jego skóra opinała się na wychudzonych kończynach. Wyglądał okropnie.

– Wyciągnijcie mnie stąd – jęknął. – Tutaj jest tak zimno.

Nie zwlekałem, złapałem się jednej z całych desek i wskoczyłem do środka. Od razu poczułem nienaturalny chłód, o którym mówił Fabian, ale nie myślałem wtedy o tym. Liczył się przyjaciel. Chwyciłem go pod ramiona i pomogłem mu wstać. Podsadziłem go do góry, by Nico mógł złapać go za ręce. Nie było to zbyt trudne, bo kilkadziesiąt kilogramów wagi z chłopaka dosłownie wyparowało w ciągu ostatnich kilku minut. Po wyciągnięciu Fabiana, sam podskoczyłem i złapałem się ponownie deski. Nie mogłem zrozumieć, czemu tamte załamały się pod piętnastolatkiem, kiedy jedna wytrzymywała moje obciążenie podczas wychodzenia.

Laura przytuliła do siebie brata, zalewając się łzami.

– Co ci się stało? – wyłkała.

– Nie wiem – odpowiedział – nie rozumiem tego. Wpadłem w absolutną ciemność. Nagle poczułem czyjś dotyk i okropne zimno.

– Co teraz robimy? – zapytał Nico. – Podpalamy… – Przerwał, gdy usłyszeliśmy krzyk Laury.

Z dziury w podłodze wystawała szara, popękana ręka, która chwyciła dziewczynę za kostkę i zaczęła wciągać ją do środka. Puściłem latarkę na ziemię. Rzuciliśmy się w stronę Laury i chwyciliśmy ją za ręce. Jej nogi zaczynały niknąć w ciemności. Ciągnęliśmy z całych sił. Raptem opór zniknął, a my wylądowaliśmy z Laurą na podłodze. Chwyciłem latarkę i podbiegłem do dziury. W środku nie dostrzegłem niczego poza tym, co ujrzałem już wcześniej. Obróciłem się w stronę dziewczyny, która sycząc z bólu, dmuchała na kostkę. Na jej skórze dostrzegłem czerwoną ranę, jednak tego koloru nie powodowała krew. Rana wyglądała tak, jakby została wypalona rozgrzanym pogrzebaczem. Dopiero po podejściu bliżej zauważyłem, że ma ona kształt gwiazdy Dawida.

– Co to jest, do diabła?! – warknąłem i splunąłem na podłogę. – Podpalamy ten barak i nie zostajemy tutaj ani chwili dłużej! Pierdoleni żydzi! Laura, daj swoją butelkę zmywacza i zabierz Fabiana pod wejście.

Chwyciłem jedną z pękniętych desek, po czym odłamałem kawałek, który wbiłem w gardło strażnika. Odpiąłem kaburę z pistoletem i przyczepiłem ją sobie do paska.

– Nico, pomóż mi – zawołałem. – Trzeba wrzucić go do tego dołu.

– Po co wbiłeś tę deskę? – spytał z obrzydzeniem.

– Może uznają to za wypadek. Deska zepsuje ślad po cięciu nożem. Ciężej będzie odkryć prawdziwą przyczynę zgonu, jak do tego dołu zaczną jeszcze wpadać płonące deski. Łap go za nogi!

Po wrzuceniu trupa zaczęliśmy oblewać wystawę i ściany zmywaczem. Gdy skończyliśmy, wyciągnąłem zapalniczkę. Podpalałem elementy po kolei, coraz bardziej zbliżając się do wyjścia. Gdy kończyłem, pomieszczenie wypełniał już duszący dym.

Zamknęliśmy drzwi. Aby nie zostawić dodatkowego śladu, złapałem rozbrojoną kłódkę i wrzuciłem ją do kieszeni razem z latarką. Chwyciliśmy Fabiana pod ramionami i zaczęliśmy uciekać. Wracaliśmy tą samą ścieżką, co przyszliśmy. Była też droga prowadząca prosto do wyjścia, jednak wiedzieliśmy, że jak ktoś zauważy pożar, to pomoc przyjedzie właśnie tamtędy. Biegliśmy wprost przed siebie, chcąc przeskoczyć płot z boku obiektu, zamiast skręcać w prawo i wracać pod rzeźbę.

Zbliżaliśmy się już do skrzyżowania ścieżek, kiedy usłyszeliśmy łupnięcie. Obróciłem głowę i ujrzałem, jak drzwi od baraku uderzają z impetem w ścianę. Z płonącego wnętrza wyszła osmalona postać. Sylwetką przypominała Fabiana pod wpadnięciu do dołu. Byłem niemalże pewien, że to właśnie ona próbowała wciągnąć Laurę. Z przerażeniem patrzyłem, jak stwór zaczyna biec w naszą stronę.

– Szybciej! – krzyknąłem na przyjaciół.

Wiedziałem, że nie zdążymy uciec przez płot. Nawet gdyby jakimś cudem nam się udało, postać, czymkolwiek była, nie odpuściłaby. Skręciliśmy w prawo, chcąc dobiec do baraku z makietą obozu. To było jedyne miejsce, w którym moglibyśmy się ukryć.

Kiedy wbiegliśmy do pomieszczenia, postać była kilkanaście metrów za nami. Zapaliłem latarkę i ruszyłem w stronę drugiego pomieszczenia, w którym znajdowała się makieta. Stwór wpadł do baraku chwilę po nas. Schowaliśmy się pod makietą, a ja znowu zgasiłem latarkę. Zatkaliśmy usta, aby wyciszyć szybki oddech. Słyszeliśmy, jak stwór krąży po pierwszym pomieszczeniu, wpadając na różne wystawy ze starymi ubraniami i mundurami.

Wiedziałem, że nie opuści budynku, póki nas nie dopadnie. Jego kroki były coraz głośniejsze. Zbliżał się do drugiego pomieszczenia. To ja nas w to wszystko wpakowałem, więc to ja musiałem zaryzykować. Wyciągnąłem pistolet z kabury i wyszedłem spod makiety. Zapaliłem latarkę, po czym odbezpieczyłem broń. Cały trząsłem się ze strachu, ale było już za późno na odwrót. Postać zauważyła światło i zaczęła charczeć. Wszedłem do drugiego pomieszczenia, oświetlając jej paskudne oblicze. Całe ciało wyglądało jak ręka, która złapała Laurę. Szara skóra była mocno popękana, ukazując gnijące wnętrze, a nawet pożółknięte kości. Miejscami pojawiały się osmalone ślady po płomieniach. Wszystkie kończyny wyglądały na okropnie wychudzone, jednak najstraszniejsza była twarz. W skórze na policzkach widniały podłużne dziury, ukazujące wnętrze, wypełnione popękanymi zębami. Szczęka zwisała, jakby wypadła z zawiasów, a oczy były silnie zaczerwienione.

– Zatrzymaj się, bo cię zastrzelę! – krzyknąłem drżącym głosem.

Postać zaczęła mamrotać coś w nieznanym mi języku i ruszyła w moją stronę. Oddałem kilka strzałów w jej głowę. Paskudztwo upadło na ziemię z dziwnym jękiem. Wziąłem hełm żołnierski ze strojącej nieopodal wystawy i podszedłem bliżej, aby dla pewności zmiażdżyć przeciwnikowi głowę. Nagle stwór zerwał się z wrzaskiem i powalił mnie na ziemię. Pomimo wątłej postury, przygniótł mnie z nieludzką siłą. Z jego jamy ustnej zaczęła wypływać zgniłoczerwona maź. Złapał mnie za szczękę kościstymi łapami. Zacząłem krzyczeć, jednak chwilę później przerwała mi substancja wypełniająca gardło. Czułem, że się duszę i nie mogłem niczego z tym zrobić. Obraz zaczął tracić ostrość, a chęć walki zniknęła całkowicie. Straciłem przytomność.

***

Raptem wszystko ucichło. Potwór przestał chodzić, ale Christian nie wrócił. Obawiałam się najgorszego. Po paru minutach stwierdziłam, że musimy się ruszyć. Nasz przyjaciel mógł potrzebować pomocy. Wyciągnęłam telefon i oświetliłam przestrzeń pod makietą.

– Fabian – szepnęłam do brata.

Nie odpowiedział. Szturchnęłam go lekko, a on przekręcił się na bok. Miał zamknięte oczy. Z przerażeniem zauważyłam, że jego klatka piersiowa nie poruszała się. Nie usłyszałam też odgłosu wydychanego powietrza.

– Nie, nie, nie… – szeptałam, czując łzy wypływające z kącików oczu. – Fabian, braciszku…

Nico spojrzał na mnie wzrokiem pełnym żalu. Wtedy usłyszeliśmy dźwięk tłuczonego szkła. Coś działo się w pierwszym pomieszczeniu. Po krótkim szeleście do naszych uszu dobiegł dźwięk kroków. Ktoś zmierzał w naszą stronę z latarką. Odłożyłam telefon do kieszeni. Po chwili ujrzeliśmy przed makietą nogi naszego przyjaciela, zakryte czarnymi bojówkami.

– Christian? – zapytał Nico.

Nagle pod stołem pojawiła się ręka, która wyciągnęła chłopaka na zewnątrz. Wyszłam z przodu makiety, a moim oczom ukazał się Christian. Miał na sobie marynarkę SS, a jego blond włosy zakrywała czapka garnizonowa. Lewą ręką trzymał Nico za koszulkę, a w prawej ściskał pistolet. Chwilę później przyłożył broń do jego szyi.

– Christian, co ty robisz? – spytał Nico, drżąc ze strachu. – Puść mnie!

– Powinieneś wiedzieć, co grozi za ukrywanie żydów! – odpowiedział i nacisnął spust.

Pocisk wyleciał z tyłu głowy Nico wraz z kawałkami mózgu i krwią, a jego ciało padło bezwładnie na ziemię. Patrzyłam prosto w opętane gniewem oczy Christiana.

– Nie wyprzesz się gwiazdy Dawida na nodze, żydówko! – powiedział twardo i zaczął iść w moją stronę.

Wybiegłam z pomieszczenia, ocierając łzy. Przymknęłam za sobą drzwi i skręciłam w lewo. Biegnąc ścieżką, widziałam nadjeżdżającą straż pożarną i policję. Nabrałam nadziei na przetrwanie. Wierzyłam, że jeśli usłyszą strzały i krzyki, to uratują mnie przed opętanym przyjacielem. Minęłam dwa baraki, kiedy usłyszałam strzał. Christian wyszedł już na zewnątrz, na szczęście chybił. Nie miałam innego wyjścia, jak wbiec do budynku przede mną. Na zewnątrz byłam łatwym celem. Wpadłam do pierwszego pomieszczenia i dopiero wtedy zorientowałam się, że budynek jest komorą gazową. Chciałam wrócić na zewnątrz, bo tutaj nie było żadnego miejsca do ukrycia. Gdy byłam już przed samymi drzwiami, te zatrzasnęły się. Popchnęłam je z całej siły, ale ani drgnęły. Wyciągnęłam komórkę i włączyłam latarkę. Zaczęłam oglądać się za jakimś innym wyjściem, jednak wtedy zorientowałam się, że utknęłam zamknięta w prostokątnym pomieszczeniu z poplamionymi na niebiesko ścianami.

Zrezygnowana usiadłam na zimnej podłodze w rogu, pragnąc jedynie, by Christian też nie mógł poruszyć drzwi. Nagle zauważyłam, jak z okrągłej dziury w suficie wpada niebieski kamyczek. Chwilę później wpadł jeszcze jeden, a za nim kolejne. Dopiero gdy poczułam gorzki zapach migdałów, zrozumiałam, co się dzieje.

– Pomocy! Pomocy! – wołałam, ale zaraz przerwał mi duszący gaz.

Łzy zaczęły wypływać jedna po drugiej z podrażnionych oczu. Pomieszczenie zawirowało. Wtedy otoczyły mnie cieniste postaci. Podchodziły coraz bliżej. Coś zaczęło walić w drzwi.

– Laura! Laura! – wołały mnie swoimi zachrypniętymi głosami.

– Zostawcie mnie! Zostawcie! – krzyczałam, ale one nie miały zamiaru słuchać.

Dostałam ataku kaszlu, a nieznośny ból zaczął rozsadzać mi głowę. Upadłam na podłogę. Nieprzenikniony mrok wypełnił pomieszczenie, pochłaniając także i mnie.

***

Otrząsnąłem się, przez moment nie wiedząc nawet, gdzie jestem. Z budynku przede mną dobiegały krzyki Laury. Włożyłem do kabury pistolet, który z nieznanych mi przyczyn trzymałem w prawej ręce. Dobiegłem do drzwi. Pociągnąłem za nie, ale te nie ruszyły się nawet o milimetr. Zacząłem uderzać w nie pięścią.

– Laura! Laura! – wołałem, słysząc głos przyjaciółki uwięzionej w środku.

Po kilkunastu sekundach wszystko umilkło.

Uderzyłem jeszcze parę razy bezsilnie w drzwi, wypowiadając imię przyjaciółki. Zalałem się łzami i usiadłem, opierając się o drzwi. Dopiero wtedy zauważyłem wozy strażackie, które stały nieopodal dogorywającego baraku. Wtedy uświadomiłem sobie, co zrobiłem i że żaden z moich przyjaciół nie żyje. Spojrzałem w stronę ścieżki prowadzącej do wyjścia i ujrzałem dwóch policjantów biegnących w moją stronę. Nawet nie próbowałem uciekać. To wszystko było moją winą. Zrozumiałem, że powinienem przyjść tutaj sam, bez wciągania przyjaciół. Nikt nie powinien doświadczyć czegoś takiego.

Złapałem rozgrzany pistolet. Drżącą dłonią przyłożyłem lufę do skroni. Zamknąłem oczy i nacisnąłem spust. Usłyszałem tylko kliknięcie. Otworzyłem oczy, myśląc, że już po wszystkim. Jednak nic się nie zmieniło. Budynek wciąż płonął, a funkcjonariusze byli coraz bliżej. Nacisnąłem spust jeszcze raz i z przerażeniem stwierdziłem, że skończyły się pociski.

Nie zapominajcie o wyrażaniu swoich opinii w komentarzach i zostawianiu polubień, jeżeli opowiadanie się spodobało. Nie zajmuje to dużo czasu, a motywuje do dalszego pisania. ;)

Ponadto zapraszam do polubienia mojej strony na Facebooku, gdzie pojawiają się aktualności na temat mojej twórczości.

https://www.facebook.com/mrocznywilk.autor

Oznacz jako: przeczytane ulubione chcę przeczytać

Komentarze

Świetnie napisane! Nie chciałam przerywać czytania nawet na sekundę! Jestem pod wrażeniem tego jak umiejętnie zostały we mnie wzbudzone silne emocje, kiedy okazało się, że bohaterowie są zwolennikami Hitlera. Dawno nie czytałam tak dobrej rzeczy :) bardzo dziękuję i zdecydowanie zachęcam do dalszego pisania ;) Pozdrawiam
Odpowiedz
Cieszę sie, że opowiadanie tak dobrze zadziałało na wyobraźnię :) Dziękuję za miłą opinię i również pozdrawiam ;)
Odpowiedz
2część mogła by być o tym jak go nawiedzają duchy przyjaciół i tego strażnika którego zabil
Odpowiedz
Bardzo fajne opowiadanie, ciekawa tematyka i oryginalny pomysł. Zawiera wszystko to, czego oczekuję od tego typu dzieł.
Odpowiedz
Ciekawe. Dobrze sie czyta ;)
Odpowiedz
Fajne ;)
Odpowiedz
bardzo im dobrze,niemieckie potwory!
Odpowiedz
Fajny, oryginalny pomysł. Świetna historia.
Odpowiedz
Bardzo dobrze się czyta :) ciekawa historia :D może druga część? ;)
Odpowiedz
Dziękuję :) Druga część byłaby robiona „na siłę”. Moim zdaniem zakończenie w dobry sposób zamyka opowiadanie i nie ma sensu tego psuć. Wolę skupić się na innych pomysłach ;)
Odpowiedz
Zaloguj się, aby dodać komentarz.

Inne od tego autora

Archiwum

Najnowsze i warte uwagi

Artykuły i recenzje