Historia

Syndrom

kier 7 2 lata temu 6 036 odsłon Czas czytania: ~14 minut

Nigdy nie bałem się placów budowy i to był mój błąd.

Wiecie, dlaczego właściwie nie boimy się niektórych rzeczy? Bo nie wiemy, że należy. Oraz żeby nie zwariować. Stąd się biorą traumy. Jeśli zostałeś zmiażdżony przez automat do kawy, zaczniesz się ich bać. Jeśli nie, nie wiesz, że może on cię znienacka przygnieść, uwięzić pod swoim ciężarem, zmusić do znoszenia bólu stopniowo łamanych kości i miażdżonego ciała i nikt ci potem nie wyjaśni, dlaczego tak się stało, dlaczego chciałeś się napić kawy, a lądujesz w szpitalu – wypadki po prostu chodzą po ludziach. Będziesz spokojnie jeździł windą, zadowolony, że nie musisz się męczyć na schodach, do czasu aż drzwi się nie zatrzasną, aż nie spędzisz kilkunastu godzin bez jedzenia i picia, bo inni ludzie o tobie zapomną, aż nie doprowadzisz swojego mózgu prawie do szaleństwa, siedzeniem w tym ciasnym pomieszczeniu, oświetlonym drażniącym blaskiem. Będziesz samotnie spacerował wieczorami, do czasu, aż ktoś nie zajdzie cię od tyłu, aż nie poczujesz jego zapachu na twarzy i jego palców rozrywających tkankę twojego oka, aż nie poczujesz, jak coś spływa ci po policzku.

Będziesz bezpieczny. A przynajmniej taki się będziesz czuł. Będziesz nieświadomy. Pracowałem na placu budowy i uważałem, że to całkiem normalne. Jak jeżdżenie windą albo picie kawy. Pamiętacie te tabliczki ostrzegawcze w pobliżu placów budowy? Budzą w was lęk? Zapewne nie. Zapewne nie widzieliście nigdy, jak w takim miejscu rzeczywiście zdarza się wypadek.

* * *

- To była dobra praca, nie powinieneś jej zostawiać – powiedziała z wyrzutem Maria. Była czarującą brunetką i uważałem, że to jej nigdy nie powinienem zostawiać. Ale w pewnych kwestiach nigdy nie było nam pisane się zgodzić.

- Zarobki nie były złe – ciągnęła – No i przynajmniej miałeś pracę. A teraz? Po co ci to było, wszystko świetnie idzie, a ty znienacka rezygnujesz. Po cholerę?

- Jestem zadowolony z tej decyzji - odpowiedziałem sztywno.

Westchnęła.

- Bo zdarzył się wypadek, tak? Z tym masz problem, boisz się, że dostaniesz w głowę i ci się w niej pomiesza? Noś kask, stary. A nie się niepotrzebnie przejmujesz.

Leżeliśmy obok siebie na łóżku. Nie patrzyliśmy na siebie. Bawiło mnie, że można komuś powiedzieć, że się niepotrzebnie przejmuje. Jakby ktokolwiek to planował. Jakby taki Albert planował, że kiedy akurat nie będzie miał kasku, stanie w takim miejscu, że...

* * *

Leon był młody, sympatyczny i niedoświadczony. Miał posturę ogromnego, chociaż raczej przyjaznego niedźwiedzia i zbliżoną do niego siłę, oraz trzy razy więcej zapału do pracy, niż wszyscy, którzy pracowali dłużej razem wzięci. Często, kiedy my wszyscy już siadaliśmy na chwilę, żeby zrobić sobie wreszcie przerwę, Leon jeszcze coś tam kończył czy donosił. Zresztą często coś nosił, po prostu zarzucał sobie na ramię, zamiast po ludzku użyć taczki. Ale jemu nie chciało się ładować potrzebnych materiałów do taczki, a potem znowu wyładowywać, kiedy jego masywne ramiona spokojnie były w stanie utrzymać ciężar wielu potrzebnych elementów.

Tak też było tamtego dusznego, męczącego dnia. Nie było słońca, w powietrzu wisiała jedynie lepka, ciepła i dławiąca zapowiedź deszczu, a większość czasu pracy zajmowała nam przerwa w niej. Do tego wokół krążyło mnóstwo owadów, najczęściej kąsającego paskudztwa, które zupełnie psuło nam humory.

Usiedliśmy więc na stercie cegieł, popijając wodę. Zastanawiało mnie, dlaczego ja właściwie tu pracuję. Zawsze nad tym myślałem w dni takie jak ten, kiedy nic nie idzie tak, jak powinno, a komary brzęczą tak, że wydaje ci się, że masz je wewnątrz uszu. Początkowo zamierzałem studiować, zamierzałem zajmować się automatyką, ale moje plany – jak większość tego, za co się w życiu zabierałem – spełzły na niczym. Zajęcia związane z nowoczesną technologią skończyły się na obsłudze maszyn budowlanych i kilku budowlach z klocków lego, jakie postawiłem jeszcze w dzieciństwie. Zapewne nie powinienem winić nikogo, poza samym sobą.

Tak czy inaczej, Leon nie miał podobnych rozterek. Po prostu nadal pracował. Reszta przyglądała mu się niczym jakiemuś dziwnemu zjawisku, podczas gdy on spokojnie nadal coś układał, przenosił, sprawdzał i tym podobne. Może zabrzmi to śmiesznie, ale czasem nabierałem wątpliwości, czy to nie jest jakieś schorzenie – nadwyżka energii, nadmierne pobudzenie? A może to ćpun?

Pamiętam doskonale, jak Albert akurat coś mówił. Opowiadał o sprzeczce z jakimś sklepikarzem, teoretycznie zabawnej, ale mnie wcale nie bawiła, za jego plecami natomiast maszerował Leon, nosząc różne elementy. Nie było tak głośno, jak zwykle. Albert na chwilę zdjął kask, chcąc się trochę ochłodzić, nasz młody pracownik tymczasem zarzucał na plecy znacznych rozmiarów metalową rurę, którą mieliśmy później zamontować. Jego gorliwość zaczynała mi działać na nerwy. Leo podniósł się, jakby bez wysiłku i ruszył przed siebie. Zdawało się, że nie ma świadomości, że niesie na plecach coś tak ogromnego i tak ciężkiego.

Nagle usłyszeliśmy głośny łomot, jakby coś się przewróciło, dochodzący od strony rusztowania. Wszyscy odwróciliśmy głowy, automatycznie, odruchowo.

Niestety, również Leon. Przy okazji wykonując obrót, niby nieznaczny, ale wystarczający, by porządnie trafić Alberta w odsłoniętą głowę.

Usłyszeliśmy cichy krzyk zaskoczenia. Albert zachwiał się, ale nie przewrócił, oraz złapał zdumiony za głowę. Leo, jeszcze bardziej zdziwiony, natychmiast odłożył tubę i pospiesznie podszedł do kolegi.

- Hej, koleś, w porządku? - powiedział.

Tamten milczał. Wyglądał, jakby go zamroczyło.

- Ej, koleś! - powtórzył Leon głośniej, wyraźnie zaniepokojony. Uwaga reszty odwróciła się od rusztowania i skupiła na Albercie.

- Słyszysz?! - zawołał Leo, lekko już spanikowany. Wtedy Albert potrząsnął głową, uśmiechnął się lekko i powiedział:

- Nic.

- Co? - zapytał ogłupiały młody.

Wpatrywaliśmy się w niego niepewnie.

- Nic się nie stało – odparł. Patrzył na nas z tym swoim lekkim uśmiechem.

W większości nam ulżyło. Kilu mężczyzn poklepało go po plecach, jeden z robotników solidnie obsztorcował Leona, niemniej doszliśmy do wniosku, że w sumie jednak nic groźnego się nie wydarzyło i można powrócić (nazwijmy to tak) do roboty.

(Uszkodzenia głowy uszkodzenia mózgu, ostrożnie, ochrona głowy, wiedza, którą się nabywa zbyt późno...)

* * *

W kilka dni później spotkałem Alberta w pubie „Rosanna”, poza głośnym, absorbującym placem budowy. Było to miejsce dość nędzne, pachnące intensywnie starym tłuszczem, z czymś w rodzaju nimfy leśnej na szyldzie. Jej wizerunek znajdował się także na ścianie tuż za barem, niestety część farby się złuszczyła i zdawało się, że owa driada cierpi na jakąś specyficzną chorobę skóry. Nikt jednak nie zwracał uwagi na nią, tylko na liczne napoje alkoholowe, umieszczone na tle jej (w zamierzeniu) słodkiej buźki. Krzesełka pokrywały resztki czerwonego pluszu, wyskubanego tak, jakby to miejsce zostało napadnięte przez zgraję królików. Z głośników sączyły się ciche dźwięki starych przebojów. Na środku tego wszystkiego natomiast, jak się zdawało, ktoś umieścił Alberta, siedzącego niezgrabnie nad kuflem piwa.

- Cześć – powiedziałem.

Ten uniósł na mnie wzrok. Było stosunkowo wcześnie; knajpa nie zdążyła się jeszcze zapełnić. Albert patrzył na mnie z dziwną obojętnością, jakbym był muchą, która wleciała do pomieszczenia.

- Albert? Czemu przychodzisz tu sam? - dodałem. Zwykle mężczyzna trzymał się z resztą robotników z budowy.

Wtedy on drgnął lekko.

- Marceli – powiedział i uśmiechnął się. - Nie poznałem cię w pierwszej chwili.

Na jego twarzy dostrzegałem coś dziwnego, jakąś niesymetryczność, ale nie mogłem odgadnąć, co to takiego. Usiadłem obok, przyglądając mu się uważnie.

- Tak, w pierwszej chwili nie do końca ciebie zauważyłem – dodał. - Czy mógłbyś mi opowiedzieć, co się u ciebie dzieje?

Milczałem. Coś było nie tak, ale nie umiałem tego opisać. Dobór słów? Mimika...? (Prawa półkula, prawa półkula, prawa, prawa, prawa)

Nagle Albert pochylił się w moją stronę.

- Więc, czy chciałbyś mi zdradzić, co u twojej kobiety?

Znajdował się na tyle blisko, że czułem jego przesycony zapachem chmielu oddech. Patrzył na mnie pustym wzrokiem z odległości tak małej, że gdyby w barze było kilku facetów więcej, któryś na pewno uznałby nas za pedałów, z którymi należy sobie stanowczo porozmawiać.

- U Marii? - zapytałem. - W porządku. Jest szczęśliwa, myślę. Nie potrzebuje do tego zbyt wiele.

- Aha – odparł – Twoja Marii ma się w porządku. Ale tylko ty tak myślisz.

- Co to znaczy?

Wyprostowałem się nieco na stołku. To zabrzmiałoby prawie jak groźba, gdybym tylko nie znał Alberta tak dobrze.

Nie odpowiedział mi.

- Zachowujesz się, jakbyś miał trochę nierówno pod sufitem – stwierdziłem. Być może nie powinienem, ale facet zaczynał mi działać na nerwy. Do tego ten pusty wzrok, przeważnie skoncentrowany na kuflu z piwem. (Nie rozpoznaje twarzy, zaburzona mimika, nie umie dobrać słów, nie umie wyciągać wniosków, nie rozumie przenośni – gdyby tak móc wiedzieć do przodu...! Uszkodzenia głowy bardzo niebezpieczne

- Nierówno pod sufitem? - zapytał i zaśmiał się. - Ale co jest pod sufitem? Tam nic nie ma.

Wpatrywałem się w niego, zdumiony, nie wiedząc, o czym on mówi.

- Dobrze wiesz, o co mi chodzi.

- To idź.

- To nie jest zły pomysł – oznajmiłem. Nie wypiłem niczego. Wstałem i poszedłem, oglądając się na niego i przysięgając sobie, że będę go uważnie obserwował.

Następnego dnia znów czekała nas praca. Albert nie zwrócił mojej uwagi niczym szczególnym, przynajmniej rano i zacząłem się zastanawiać, czy poprzedniego dnia w barze nie był może po prostu pijany...? Nie do końca tak to wyglądało, ale trudno mi było o lepsze wytłumaczenie. Czekała nas wspólna praca i wolałem się wrogo nie nastawiać, zwłaszcza, że w pewnym momencie on wsiadł do koparki, a ja miałem nadzorować jej pracę i pilnować, czy sytuacja jest bezpieczna – nikt nie stoi w nieodpowiednim miejscu i tym podobne. Wszystko szło dobrze. Mężczyzna wydawał się spokojny, robota powoli szła do przodu, ja zaś stałem z boku i gestami wskazywałem mu, co ma robić.

Aż nagle maszyna zamarła.

Spojrzałem na niego, zdezorientowany – w końcu jeszcze trochę ziemi zostało do przerzucenia. Tymczasem on odwrócił koparkę w zupełnie niewłaściwą stronę, po czym uniósł szuflę do góry – bez żadnego powodu.

- Albert! - ryknąłem, usiłując przekrzyczeć wszystko dookoła. - Albert, do cholery, co ty robisz!

W chwilę później mężczyzna wypadł z kabiny. Oczy miał wytrzeszczone, ale wzrok pusty,

- To nie ja – zawołał do mnie.

- Jak nie ty, jak ty siedziałeś w tej pieprzonej koparce! - wrzasnąłem, wściekły. - No nie mów mi przynajmniej, że to nie ty! Kto inny!

W tym momencie dostrzegłem, co stwarzało to dziwne wrażenie asymetrii na twarzy Alberta. On był po prostu do połowy ogolony. Drugą część jego oblicza porastał delikatny zarost.

- Czemu się tak dziwnie golisz? - zapytałem nagle. Ten widok zupełnie zbił mnie z tropu.

- Dziwnie? - zapytał i nagle podniósł rękę, wstrząsnął nią, po czym ją opuścił. Moja ogromna niechęć do niego i samej pracy nagle nieco ustąpiła, zastąpiona przez niepokój.

- Co ty wyrabiasz? - zapytałem, ale już bez wściekłości.

- To nie byłem ja! - krzyknął Albert i odszedł.

Nieco później tego samego dnia dostrzegłem, jak próbuje zdjąć kask. Prawą ręką rozpinał pasek, lewą natomiast mocno przytrzymywał nakrycie głowy.

Kilka dni później z samego rana usłyszałem, jak rozmawia z Leonem, stojąc na uboczu, z dala od reszty pracowników.

- To nie jest normalne, Albert, trzeba iść z tym do jakiegoś doktora...

Zatrzymałem się parę kroków od nich.

- Nic mi nie jest.

- No weź, czy ty naprawdę nie widzisz...

Głuche plaśnięcie. Zaskoczony Leo złapał się za twarz.

- To nie ja! - krzyk Alberta.

Nie miałem pojęcia, co się dzieje. Zupełnie, jakby mężczyzna musiał walczyć z własnym ciałem. Nie chciałem o tym myśleć, ale do głowy przychodziły mi rozmaite mrożące krew w żyłach scenariusze, odnośnie tego, kto lub co kontroluje jego ciało. Przyznam – od tamtego czasu unikałem go. Zwyczajnie ze strachu. Zwyczajnie dlatego, że nie chciałem, żeby coś mi zrobił. Miałem Marię i wolałem, żeby nie straciła partnera po to, aby jakiś robotnik mógł potem powiedzieć „to nie ja”.

Do momentu aż znów natknąłem się na niego w Rossanie, otoczonego kumplami.

- Mam decyzję – mówił właśnie – Trzeba skontrolować.

Koledzy wokół wyglądali na ucieszonych, jakby stało się coś wspaniałego. Podszedłem bliżej.

- Co się dzieje? - zapytałem.

- On pójdzie się wreszcie zbadać – odpowiedział ktoś.

Prawdę mówiąc, mnie samego ten fakt nie napawał aż takim entuzjazmem. Ale lepsze to niż dalsze udawanie, że nic się nie stało.

Nagle Albert popatrzył prosto na mnie Nie jestem pewien, dlaczego, ale odwróciłem wzrok i wyszedłem z pubu.

* * *

Kolejny dzień upłynął doskonale spokojnie. Pogoda była całkiem niezła, niezbyt ciepła, niezbyt zimna. W nocy spałem całkiem dobrze i miałem w sobie wystarczającą ilość energii do pracy. Pozostali również zdawali się być w całkiem niezłych humorach. Sprawa Alberta nie ciążyła już aż tak bardzo, on sam również wydawał się spokojniejszy, nie walczył z ręką, chociaż miało się wrażenie, jakby ją wlókł za sobą.

Nie pojawiły się żadne nieprzewidziane zdarzenia ani wypadki, aż do wieczora.

Niestety w połowie drogi powrotnej zorientowałem się, że musiałem pozostawić mój telefon komórkowy w kabinie jednej z maszyn. Nigdzie nie mogłem go znaleźć, a z całą pewnością przyniosłem go do pracy, dodatkowo zawsze uważałem, żeby go nie rzucać byle gdzie. Wbrew temu, co uważała Maria na temat mojego zatrudnienia, nie zarabiałem na tyle dobrze, by móc nie szanować posiadanego sprzętu. Wiedziałem, że może się jeszcze dzisiaj przydać – ludzie stosunkowo często do mnie wydzwaniali, zwłaszcza moja partnerka.

Zawróciłem, nieco sfrustrowany. Nigdy nie lubiłem się cofać.

Już z oddali zobaczyłem plecy Alberta. Jako jedyny pozostał na placu. Stał tyłem do mnie, skulony, tuż obok sterty piachu.

- Hej, Albert – zawołałem. Nie czułem szczególnej potrzeby, żeby się z nim witać, ale wolałem, żeby wiedział, że się zbliżam. Co on mógł tu jeszcze robić? - Albert!

- Nie rób tego – zakrzyknął zduszonym głosem. Zatrzymałem się w pół kroku, zaskoczony. Czego miałem nie robić...? I dlaczego?

Wtedy dobiegł mnie gardłowy charkot.

Podbiegłem do Alberta i dostrzegłem, jak mężczyzna samemu sobie miażdży krtań, za pomocą swojej lewej ręki, prawą zaś próbuje powstrzymać tę drugą. Ogłupiały, stałem chwilę w miejscu, po czym również złapałem za jego lewą dłoń i usiłowałem odciągnąć, ale ręka była zbyt silna. Patrzyłem, jak zaciska się na jego gardle, jak jego zaszokowana twarz stopniowo zmienia kolor, jak rzęzi coraz ciszej – nadal próbowałem mu pomóc, szarpałem jego kończynę – ale na nic. Na moich oczach ciało Alberta zwaliło się na ziemię, z twarzą zastygłą w wyrazie niedowierzania i własną dłonią zaciśniętą na gardle.

Wpatrywałem się w leżące na ziemi ciało

ciało?

Alberta

Wpatrywałem się w Alberta, nie wiedząc, co dalej. Nie wierząc w to, co się stało. Zdolność percepcji się zacięła, odmówiła mi posłuszeństwa. Pojawił się błąd w systemie.

Cofnąłem się parę kroków. Nie odrywałem od niego wzroku. Nie mogło do mnie dotrzeć, że jest martwy, że się udusił, że zrobił to sam, swoją własną ręką, na moich oczach.

Że ręka to zrobiła.

Odwróciłem się i postanowiłem stamtąd odejść, jak najdalej. Potem... gdzieś zadzwonić. Na policję albo coś, nie wiem. Na razie chciałem tylko opuścić to miejsce.

Gdy tylko odwróciłem się plecami do

ciała?

poczułem mrowienie na karku. Wolałem mieć je na oku, mimo że to idiotyczne, mimo że

Usłyszałem nagły trzask. Zatrzymałem się.

Odwracać się nie odwracać, to zrobiła jego ręka, odwracać się czy nie – odwróciłem się.

Ręka. Na początku wydawało mi się, że Albert jednak żyje, że się porusza – ale on leżał, z tym samym wyrazem zdziwienia na twarzy. Za to jego dłoń drgała konwulsyjnie, jak pies uwięziony na łańcuchu. Nadgarstek zdawał się dziwnie luźny – jakby złamany.

Patrzyłem. Wzbierały we mnie mdłości, ale mój mózg odlatywał gdzieś daleko, oddzielał się od reszty ciała.

Dłoń szarpnęła się mocno i moich uszu dobiegł głośny chrzęst, coś w rodzaju mięsistego odgłosu pękania. Na moich oczach oddzieliła się od nadgarstka, zrywając mięśnie i ścięgna, zostawiając je, poszarpane i powiewające jak chorągiewki – po czym skoczyła do przodu.

Wtedy zacząłem biec. Nigdy w życiu nie biegłem tak jak wtedy, przekonany, że gdzieś blisko przy ziemi słyszę ciche szuranie, słyszę, jak oderwane ścięgna suną po podłożu, jak to okropieństwo przebiera paluszkami, jak zbliża się do moich kostek, żeby

Żeby co?

Palce dziurawiące mi oczy, mięśnie przesuwające się po twarzy, dłoń pozbawiona właściciela zaciskająca się na gardle – biegłem coraz szybciej. Wydawało mi się, że śnię, że oglądam dziwny film, że to wszystko za chwilę się skończy...

Nie dogoniła mnie. Wpadłem do domu gwałtownie i zatrzasnąłem drzwi. Oparłem się o nie i zacząłem oddychać – powoli, wdech wydech, jakie to fascynujące, że oddycham, na przykład taki Albert już nie oddycha...

* * *

Nigdy nie wrócę do pracy, nieważne, jak bardzo Maria by mnie przekonywała. Często, gdy budzę się rano dokładnie przyglądam się swoim dłoniom. Nigdy ich nikomu nie podaję, nie ufam tym, które należą do innych ludzi. Nie zamierzam już więcej pracować na budowie. Łykam łagodne leki na uspokojenie. To nic dziwnego, w końcu u mojego kolegi z pracy jakiś czas temu zdiagnozowano uszkodzenie prawej półkuli mózgowej, a ja byłem jedynym świadkiem jego śmierci, nie licząc monitoringu. Ewidentnie sam się wykończył, tylko dlaczego on nie ma ręki? Z jakiegoś powodu nie widać tego, na nagraniu, ja wiem, że nie mam z tym nic wspólnego, jednak koledzy z dawnej pracy pamiętają doskonale, że tuż przed jego wypadkiem byłem wobec niego dziwnie nieufny, nie rozmawiałem z nim, unikałem jego towarzystwa. Kto wie, czy po cały zajściu nie wróciłem po pamiątkę? Kto wie, czy teraz nie trzymam jego łapki pod łóżkiem na szczęście...? Nikt nie mówi tego głośno, ale w mojej sytuacji ciężko nie zostać uznanym za świra. Nie, nie przez sąd. Przez tak zwaną opinię publiczną.

Nie ważne, co mówi Maria, nie wrócę do pracy.

Ale do tego wszystkiego można przywyknąć. Prawie do wszystkiego można przywyknąć w życiu. Tak naprawdę, jedyna rzecz, jaka mnie wytrąca z równowagi, to skrobanie.

Zdarza się co wieczór. Czasem w okno, czasem jakby w ściany. A czasem, kiedy już śpię, mam wrażenie, że ktoś dotyka mnie po twarzy.

Oznacz jako: przeczytane ulubione chcę przeczytać

Komentarze

No dobra... W ogólnym rozrachunku nie jest to najgorsza creepypasta jaką można przeczytać, w końcu mamy pozycje typu "Sonic.exe", albo "Jeff the killer", ktorych nie warto w sumie bardziej komentować, wystarczy przeczytać by ogarnąć jakiej jakości do opowiadania. No dobra, ale jak z tym opowiadaniem. Ogólnego pomysłu nie będę komentował, bowiem creepypasty rządzą się swoimi własnymi prawami, jak horrory klasy B, a że lubię te zabawne koszmarki to nie są mi straszne wszelkiej maści pomysły tego typu, no, z wyjatkami. Czyta się to ciężko, i nie chodzi mi o to że jest stylizowany na chaotyczna wypowiedź żyjacego w ciągłym strachu mężczyzny, który nie usprawiedliwia niektorych braków, boli mnie i dręczy na ten przykład fakt że raz otwarty nawias nigdy nie doczekał się zamknięcia, no i wielokropki...w wielu miejscach ich brakuje, a walnięcie przycisku "ENTER" ich nie zastępuje, to boli oczy, to bardzo boli oczy, i wybija z jakiegokolwiek klimatu i napięcia...gdyby w ogóle cokolwiek takiego tutaj było, bo takie coś jak napięcie i powolne budowanie atmosfery tutaj nie istnieje, z resztą w sumie próbowanie zbudowania czegokolwiek na tak wspaniałym, i oklepanym przez miliardy creepypast, wstępie "Nigdy nie bałem się [wstaw dowolny przedmiot/miejsce/czynność/etc.] i to był mój błąd", który należy do tej samej rodziny wstępów co "To co zaraz wam opowiem to historia prawdziwa", "To straszne, przerażające, bla, bla, bla, ale od początku, zdarzyło się to.." itd. Przewidywalnośc to bolączka większości strasznych makaronów, i ten tutaj również się przed nią nie uchronił, w takiej sytuacji twardymi buciorami zadeptujemy resztki okruszków klimatu i napięcia, o ile w ogóle cokolwiek takiego sie u kogoś pojawiło, a w takiej sytuacji obroniłoby się to albo zabawą oczekiwań i przewidywań czytelników, zaskakując zakończeniem badź sytuacją w trakcie, która brutalnie zniszczyłaby wszelkie przewidywania, albo wyjatkowy kunszt i warsztat pisarski, co jednak wymagałoby ogromnych umiejętności. No ale plusik za rąsię, rąsia zawsze spoko ^^
Odpowiedz
To tak powstała Rąsia z Adamsów :)
Odpowiedz
Jedno z lepszych opowiadań jakie tu czytałam ?
Odpowiedz
I wreszcie wiadomo skąd wzięła się Rąsią :D
Odpowiedz
Superowe opowiadanko
Odpowiedz
Legitne, nawet miałam ciarki. Szanuję ?
Odpowiedz
Super, 10/10. I ta ręka biegająca.
Odpowiedz
Zaloguj się, aby dodać komentarz.

Inne od tego autora

Czas czytania: ~7 minut Wyświetlenia: 5 371

Archiwum

Najnowsze i warte uwagi

Artykuły i recenzje