Historia

Mam ciało świni!

hannibal 0 1 rok temu 532 odsłon Czas czytania: ~5 minut

Starszy człowiek obudził się w środku nocy z uczuciem głębokiego niepokoju. W pokoju było całkiem ciemno. Mała lampka, z której co noc sączyło się ciepłe, choć słabe czerwone światło zgasła. Kiedy stary człowiek spał światło rozbłysło się nagle, po czym zgasło na zawsze. Leżał na plecach z otwartymi oczami. Patrzył na wyraźnie rysującą się pomimo ciemności boazerię sufitową. Zorientował się wtedy, że na oczach wciąż ma swoje okulary. Pamiętał, że ściągał je wczoraj wieczorem i kładł na szafce.

Budziłem się wcześniej? Lunatykowałem?

Ściskał w zaciśniętych dłoniach skrawki kołdry. Nie potrafił sobie wytłumaczyć tego dziwnego uczucia, które nie dało mu przespać do rana. Był pewny, że za chwilę stanie się coś niedobrego. Zaschło mu w gardle. Napił się wody z butelki stojącej obok nogi łóżka. Zamknął oczy i przekręcił się na lewy bok, twarzą w stronę okna. Próbował stłamsić w sobie do dziwne uczucie, lecz nie potrafił. Zacisnął mocno powieki, a wtedy oczy zakłuły go nieopisanym bólem. Był on tak silny, że starzec jęknął głośno. Podniósł się i usiadł na skraju łóżka. Nic nie widział. Namacał na oślep butelkę wody i chlusnął sobie w twarz. Przestało boleć. Kiedy znów otworzył oczy zobaczył potężną kometę sunącą po linii horyzontu. Płonęła ona białym ogniem. Od jej obserwacji ponownie rozbolały go oczy. Szybko spuścił wzrok, żeby zapobiec kolejnej erupcji bólu. Wylewającą się lawa paliła sosnowy las i wzniecała ogromny pożar. Kometa poruszała się powoli z zachodu na wschód, wydając stłumione buczenie przypominające gotującą się wodę pod pokrywką. Pozbawiona była jednak warkocza kometarnego. Tak jakby była płonącą kulą, albo słońcem spadającym na ziemski glob. Harvey Burrow mimo cierpienia nie mógł się oprzeć. Patrzył na apokalipsę z otwartymi szeroko ustami i oczami wychodzącymi z orbit. Woda z przewróconej butelki już dawno wpiła się w materac.

To nie dzieje się naprawdę!

Wewnętrzny okrzyk miał rację. Na raz wszystko zniknęło. Nie było już komety, płonącego lasu, ani rozlanej wody. Starzec leżał dalej w swoim łóżku przykryty pod szyję, z rękami bezpiecznie schowanymi pod kołdrą. Patrzył w sufit, lecz nie widział boazerii. Rozmywała się ona w ciemności. Rozmazywał się też sam mrok. Mocne, druciane okulary spoczywały na szafce.

Nie należy wierzyć w złe sny.

Na wypadek, gdyby jednak sen okazał się proroczy Harvey Burrow odmówił modlitwę do świętego Floriana, patrona od ognia i pożarów. Gdy skończył odwrócił się na prawy bok, tyłem od okna i zamknął oczy. W tej chwili poczuł nagłą, nieodpartą potrzebę oddania moczu. Wstał i na tyle szybko, na ile pozwalał mu bolący kręgosłup udał się do toalety. Była po drugiej stronie korytarza. Starzec nie zapalając światła skręcił w lewo i przeszedł kilka metrów. Namacał klamkę, a gdy wszedł zapalił światło. Minął umywalkę nie spoglądając w lustro. W nocy nigdy tego nie robił. Nie wierzył w duchy, czary, czy magię. Mimo to podświadomie bał się zobaczyć tam coś co mogło być niewidoczne gołym okiem. Oddał mocz, a gdy nacisnął rączkę dolnopłuka jakiś nieludzki i pełen nienawiści głos wyrzekł słowa, które odbiły się echem od ścian i kilkakrotnie trafiły do głowy starca.

Mam ciało świni!

Słowa te, może oświadczenie zabrzmiało jakby to co zagnieździło się pod sedesem miało złość i okrutny żal do samego siebie. Starzec wycofał się do drzwi. Teraz nie było ich jednak na miejscu. Tam, gdzie stały była, nieotynkowana ściana z czerwonej cegły.

Urodziła mnie maciora i wykarmiła z dwudziestu wymion krwią swoich prosiąt!

Sedes popychany od dołu zaczął się podnosić. Spod spodu wyciekła brudna woda.

- To nie dzieje się naprawdę!- krzyknął starzec.

Tym razem jednak słowa te, wydające się wtedy magicznym zaklęciem nie zadziałały. Może działają tylko na komety? Stał dalej w toalecie, oparty plecami o ścianę. Próbował nie dopuścić, żeby jego serce pękło ze strachu.

- Nie jesteś prawdziwy!

Na te słowa coś ze zdwojoną siłą zaczęło wygrzebywać się ze szlamu. Na powierzchnie wychynął oblepiony błotem i kałem świński ryj. Harvey Burrow bezwładnie osunął się na podłogę. Piekło i kłuło go w klatce piersiowej. Ze ścian rozbrzmiewały rozpaczliwe kwiki zarzynanych świń. Rozpoznał je w mgnieniu oka. Przez trzydzieści lat swojego życia pracował w rzeźni na przedmieściach Lubbock. Wydawało mu się, że prócz kwiczenia słyszy tam uderzenia młotka o coś twardego, lecz nie na tyle, żeby nie zmienić tego w krwawą plamę i swój własny głos. Mocny i agresywny. Nie potrafił jednak rozpoznać co mówił. Niewspółmiernie ucieszył się z tego. Bał się tego co mógł usłyszeć od samego siebie. Z roztrzaskanego sedesu spływała woda. Bestia wygramoliła już swój pysk i przednie racice. Paszcza podobne do lwiej pełna była zębów. Były niewiarygodnie białe. Połyskiwały w świetle lampy. Przekrwione oczy patrzyły prosto w twarz starca. Nie były one świńskie, lecz ludzkie. Racice zamieniły się w dłonie. Plastikowa śruba wystrzeliła. Rezerwuar runął na posadzkę. Dziesięć litrów wody wylało się, a mikrosekundę przed dotknięciem podłogi zamieniło się w falę krwi. Rozpłynęła się po płytkach, a gdy zamoczyła spodnie Burrowa, ten z trudem podniósł się. Świńska jucha była wrząca. Bulgotała i unosiła się z niej para. Spojrzał w lustro. Było czarne. W środku migotało białym, podobnym do tego z komety światłem jedno nieludzkie zdanie:

UWAGA

Za chwilę wkroczysz do cudzego snu!

Natychmiast kiedy je przeczytał zniknęło, a jego miejsce zajęło odliczanie, podobne do tych ze starych hollywoodzkich filmów. Odgłosy wokół były coraz groźniejsze. Nie był to teraz tylko kwik i krzyki, lecz ryk dzikich kotów i nieopisany wrzask bestii z najgłębszych czeluści piekieł. Świński humanoid prawie się wydostał.

Pożre twoje serce i spalę wasz ziemski świat!

Na lustrze pojawił się wir, taki jak w wannie po wyciągnięciu korka.

Dziesięć: Proszę wsiadać! Proszę wsiadać! i dźwięk odjeżdżającego pociągu.

Horrendum wyzwoliło się i przypuściło szarżę na starca. Pod racicami pękały płytki i spadały do otchłani, która otwarła się pod fundamentami. Harvey Burrow przeżegnał się i wskoczył w wir lustra.

Dziewięć: Uwaga! Uwaga! Proszę zapiąć pasy! Mogą wystąpić lekkie turbulencje! Silniki płoną! Samolot nie posiada wyjść awaryjnych!

Osiem: Prosimy nie schodzić ze ścieżki! Niczego nie dotykać! Grozi śmiercią lub trwałym kalectwem!

Siedem: Uwaga! Tutaj nie jesteś na szczycie łańcucha pokarmowego!

Sześć: Ostrzeżenie! Możesz stracić głowę! Śmierć natychmiastowa!

Pięć: Pole minowe! Dzikie zwierzęta! Uwaga snajper!

Cztery: Żywe trupy! Żywe zwłoki! Umarli powstają z grobów, schyl głowę!

Trzy: Mayday! SOS! Hilfe! Pomocy!

Dwa: Tutaj nic nie jest tym, czym się wydaje!

Jeden: Światło potrafi trzymać na uwięzi potwory!

Starzec unosił się teraz w bezdennym wszechświecie. Wszystko spowijała ciemność tak gęsta, że namacalna. Był w stanie nieważkości. Nie oddychał. Nie odczuwał takiej potrzeby.

Czy ja umarłem? Czy byłem w piekle? Czy jestem w czyśćcu? Może to dopiero jest piekło?

Zakręciło mu się w głowie. Nic nie widział, lecz czuł ruch. Całe uniwersum wirowało wokół niego. Setki tysięcy lat mijały jak jedna sekunda. Bliżej i dalej rodziły się i umierały kolejne słońca i planety. Kosmos rozbłysnął w wybuchu supernowych. Kosmiczny wiatr zdmuchnął starca i przesunął go o tysiąc galaktyk. Ziemia powstała i w asttosekundzie została zbombardowana przez meteor, który zabił dinozaury. Harvey Burrow rozpadł się na fermiony i bozony i rozpłynął w czasoprzestrzeni.

Oznacz jako: przeczytane ulubione chcę przeczytać

Komentarze

Zaloguj się, aby dodać komentarz.

Inne od tego autora

Archiwum

Najnowsze i warte uwagi

Artykuły i recenzje