Historia

Wciąż patrzą 24

kuro 7 3 lata temu 3 541 odsłon Czas czytania: ~11 minut

Początek serii: http://straszne-historie.pl/story/11034-Wciaz-patrza

Spis wszystkich części w profilu: http://straszne-historie.pl/profil/6330

Mam wrażenie, że oglądam stare zdjęcia z kliszy albo słabej jakości film. Obrazy atakują i wbijają się w strukturę mojego mózgu. Cierpię coraz bardziej z każdą chwilą. Siadam na brzegu łóżka, pozwalając nogom swobodnie zwisać. Kontroluję oddech, choć przychodzi mi to z wielkim trudem. On jest w moim sercu. To weszło do mojego serca. Przerażające i dość... niezwykłe, ponieważ otępienie zniknęło całkowicie, a kontrola nad ciałem wróciła. Potrafię myśleć i samodzielnie czuć. Tak, jakbym była całkowicie wolna od wpływu leków. Niesamowite.

Staram się wstać, ale wiem, że moje mięśnie nie udźwigną takiego ciężaru. Nie dam rady się podnieść. Mając świadomość swojej słabości, łzy zaczynają płynąć po moich policzkach. Nie wiem nawet czy mogę w pełni uwierzyć w to, co jest w mojej głowie. Czy te informacje w ogóle są prawdziwe?

Mój umysł mówi:

„Naćpali mnie”

„Oszalałam”

„Stałam się agresywna”

„Zamknęli mnie w izolatce”

„Bałam się”

„Krzyczałam”

„Aleksy do mnie przychodził”

„Byli tu moi rodzice”

„Edmund się mści”

„Spędziłam samotnie kilka dni”

„Widziałam dziewczynkę”

„Słyszałam śpiew”

„Wiem już wszystko”

Podnoszę głowę i biorę jeden, głęboki wdech. Składam wszystko w całość. Kilka łez rozbija się o grzbiet mojej dłoni, kiedy zaciskam palce na prześcieradle. Chyba nigdy w życiu nie płakałam tyle razy, co przez te ostatnie kilka tygodni. Gardzę sobą za tą żałosną słabość. Muszę wziąć się w garść. Czas poskładać wątki, więc zaczynam myśleć. Najbardziej wkurzająca jest nieświadomość tego, co mnie tak naćpało. Kiedy podali mi leki? Może po rozmowie z Aleksym miałam coś w stylu chorej jazdy. Wtedy to wszystko się zaczęło. Zaprowadzili mnie do pokoju o białych ścianach, bez klamek, bek okien. I zostawili.

Wiem, że Aleksy cały czas był przy mnie. Ciągle trwał obok, choć mógł tak po prostu odejść.

Na mojej twarzy rysuje się uśmiech, kiedy uświadamiam sobie, że tata i mama widzieli mój stan. Przyjechali, powiedzieli: „Aha”, wyszli. Chyba znów ich zawiodłam. Z pewnością nie chcieli zobaczyć, jak gryzę własne dłonie, wyrywam włosy i krzyczę. Najgorsze jest to, że kiedy popadłam w ten obłęd, znów mnie zostawili. A Aleksy został. Tylko on został. To zabawne, jak ludzie, którzy nie są spokrewnieni, mogą czuć się za siebie odpowiedzialni. Patrząc na to, co dzieje się w moim życiu, można wysunąć tezę, że to nie krew określa, kogo traktujemy, jak rodzinę. Czasem zupełnie obcy człowiek może stać się ważny. Czasem jesteśmy zdolni zrobić wszystko, by tylko zatrzymać przy sobie tego człowieka.

Zbieram wszystkie siły, chcąc stanąć na nogi i wyjść z pokoju. Muszę znaleźć jak najszybciej Aleksego. Mam zamiar zorientować się, co uległo zmianie podczas mojego małego odpływu do świata szaleńców, a on musi mi w tym pomóc. I jeszcze jedna, bardzo ważna rzecz – znaleźć Zośkę. Może tym razem uda mi się z nią porozmawiać. Nigdy nie wiadomo, kiedy wariaci mają ochotę porozmawiać.

Zagryzam wargę. Moje płuca zostają rozerwane przez ból, mięśnie piszczą, a w głowie zaczyna wirować. Jestem słaba. Jestem ciągle taka słaba. Chwytam zimną poręcz łóżka. Drżąc, staję w pionie, ale po kilku sekundach, znów upadam. Zbyt słaba. Zbyt słaba.

Podłoga okazuje się twardsza, niż przypuszczałam. Przez chwilę dopada mnie obawa, że połamałam wszystkie kości. Ból jest niesamowicie silny. Nie mogę poruszyć nawet palcem, więc zwijam się w kłębek na chłodnych panelach i czekam, aż będę w stanie ponownie podjąć próbę wstania. Z czasem pożera mnie chłód i, nie mogąc rozgrzać swojego ciała, pozwalam sobie zamarznąć. Teraz przynajmniej nie cierpię. Nawet nie czuję złości na samą siebie. Nic nie czuję. Jestem kamieniem.

Nagle coś dotyka mojej ręki. Daruję sobie podnoszenie wzroku, uznając to za zwykłe złudzenie. Jestem zdołowana, chora psychicznie a do tego naćpana, dlatego traktuję wszystko jako wytwór umysłu, lecz kiedy czuję to ponownie, zerkam przed siebie.

Cień przechyla głowę w prawo, zupełnie, jakby pytał – „Co robisz, do cholery?” Jego długie, zimne palce spoczywają obok mojej dłoni, a ja nie staram się nawet szukać w sobie paniki. Już przestałam się ich bać. Nawet jeśli zawsze myślałam, że to one są złem, które mnie otacza... przecież nie mam podstaw, by się bać, prawda? Nigdy nie zrobiły mi nic złego, a idąc tym tropem, to właściwie powinnam zacząć bać się ludzi.

- Co teraz? – szepczę do stwora.

Jego oczy pochłaniają mnie w całości. Błyszczą teraz bardziej niż kiedykolwiek wcześniej, ale mam wrażenie, że jest nieco mniejszy. Analizując jego groteskowy wygląd, uświadamiam sobie niedorzeczność sytuacji. Coś, co zniknęło w moim wnętrzu, jest teraz centralnie przede mną. Jak to się stało? Jak to możliwe? Czy to inny stwór? Postanowiły się zmieniać? Włazić i wyłazić z czyjejś skóry?

Nie.

Bzdura.

Przecież ten cień, jest moim cieniem.

Chwytam czarną skórę potwora. Zaciskam palce na jego kościach i powoli podnoszę się do pozycji siedzącej. Czuję, jak mi pomaga. Dźwiga mnie.

Spoglądam na niego, choć moje oczy ledwo widzą. Uśmiecham się mimowolnie.

- Jesteś aniołem. – mówię, próbując nie połknąć własnych włosów, które opadły na twarz. Jestem kompletną idiotką. Ja pierdolę. To szaleństwo wysuwać takie wnioski, bo niby jakim cudem coś tak szpetnego i przerażającego ma mnie chronić? To nie jest anioł. Anioły są przecież białe, piękne, delikatne.

Cień podpełza bliżej. Zanim się orientuję, ląduję w jego objęciach. I w tej chwili nie wiem, co jest bardziej szalone:

a) Ta cała sytuacja

b) Czy to, że jestem przekonana o jego dobroci.

Nie wiem nic, ale to mi już nie przeszkadza. Pozwalam sobie odwzajemnić uścisk, wraz z którym nabieram sił, by wstać.

***

Zmierzch zapadł zbyt szybko. Jesienna chandra zawładnęła całym światem, zalewając go szarością i koronując mrozem. Kiedy chwytam klamkę, dreszcze rzucają moim ciałem. Osłabienie, które częściowo zniknęło, pozostawiło po sobie resztki niestabilności, dlatego czuję się nieco niepewnie, wychodząc z pokoju. Przełykam obawy i robię krok do przodu. Analizując fakty, stwierdzam, że Aleksy powinien być jeszcze w psychiatryku. Zmiana kończy się za dokładnie dziesięć minut, więc nadzieja, że zdążę go spotkać, ciągle istnieje. Żaden z pracowników nie odważyłby się wyjść przed czasem. Edmund byłby wściekły. A na wściekłość tego dupka, z pewnością nikt nie chciałby się narażać.

Zimny, mroźny, korytarz, straszy swoją pustką. Czuję się dziwnie widząc tę monotonność. Odnoszę wrażenie, że cała posiadłość została opuszczona i od dawna nikt nie zaszczycił tego miejsca swoją obecnością.

Przy moim boku pełznie cień, który od czasu do czasu wydaje z siebie niskie dźwięki.

Dotrzymuje mi towarzystwa i, choć nie do końca mu ufam, cieszę się, że nie jestem całkowicie sama. Przynajmniej to, czego tak bardzo zawsze się bałam, jest po mojej stronie.

Wokół mnie wirują stłumione rozmowy personelu, szykującego się do wyjścia. Niektórzy szaleńcy szlochają w pokojach. Cicho wzywają swoich najbliższych, którzy odeszli, całkowicie o nich zapominając. Ciarki przebiegają po moich plecach. Te dźwięki są przerażające z jednego, cholernie osobistego powodu. Wiem, że czasami, kiedy śpię, też wydaję takie odgłosy. Płaczę i krzyczę, ale nikt jeszcze nigdy mnie nie usłyszał.

Krzyżuję ręce na piersiach, chcąc zachować resztki ciepła. Docieram do salonu, ale tam również nie ma nikogo. Wszystko jest takie puste. Takie zimne. Takie martwe. Nie słychać nawet zwykłej ciszy, ponieważ ona też postanowiła zniknąć. Czuję jak stwór szarpie rąbek mojej sukienki. Spoglądam na niego. Po chwili jego czarna, koścista dłoń unosi się, wskazując na cień, który jest przed nam. Rozpoznaję go. Ten potwór pojawił się w moim pokoju. To na pewno on.

- Nie pozwól się zastraszyć. – echo słów wpada do mojej głowy. – Gdzie twoja godność, chłopie?

Postanawiam podejść bliżej. Zwabia mnie dźwięk rozmowy. Zaczęłam bać się milczenia.

- To nic nie da. – rozpoznaję głos Aleksego.

- Jak tak dalej pójdzie, kopniesz w kalendarz. Nie daj im tej satysfakcji. Wróć do domu. Odpocznij. Nikt się nie dowie. Będziemy cię kryć.

- Wolę nie ryzykować.

- Nie rozumiem. Pracujesz ponad swoje siły, Edek się na ciebie uwziął, a do tego szczerze nienawidzisz tej roboty. Nawet jeśli zostałbyś zwolniony, to... to nawet lepiej dla ciebie! Dostaniesz wypłatę za kilka miesięcy z góry.

- Nie mogą mnie zwolnić.

- W czym problem, Aleksy? Sam mówiłeś, że gardzisz tą posadą i nie chcesz tu być. Twoje ambicje są o wiele większe niż ambicje przeciętnego pielęgniarza. Mógłbym zrozumieć twoje starania, gdybym wiedział, że płacą ci kilka tysi, ale w tym przypadku naprawdę nie wiem, co cię tu trzyma. Już prawie odszedłeś, a teraz znów jesteś. W dodatku tracisz swój honor.

- Zamknij się już. – słyszę złość. – Mój honor ma się dobrze.

- Nawet jeśli tobą pomiatają?

- Nie odejdę. Są bardziej istotne powody, dla których tu zostanę, niż pieniądze.

- Stary, załatwię ci robotę.

- Spierdalaj.

- Nie mogę patrzeć, jak się męczysz.

- To nie patrz.

Kroki zmierzają w moją stronę.

- To przez tę wariatkę? – pyta mężczyzna.

A kroki milknął.

- Zabraniam ci mówić o niej w ten sposób.

Stanowczość Aleksego sprawia, że nieruchomieję. Zamraża mnie ta nieznana wrogość i zdecydowanie. I nie mogę uwierzyć w to, że jest tu tylko i wyłącznie dla mnie.

Staram się nie rozpłakać.

- Doooobraaa. Nie złość się. Spokojnie.

- Jestem spokojny. A teraz wybacz, ale muszę sprawdzić, czy żaden pacjent...

Nagle Aleksy i mężczyzna, którego w pierwszej chwili nie rozpoznaję, wchodzą do salonu. Potrzebuję dłuższej chwili, by przeanalizować jego wygląd i dojść do wniosku, że widzę przed sobą ochroniarz, który tamtej nocy zatrzymał nas na terenie obcego bloku. Jak on miał na imię? Zbyszek...? Nie pamiętam. Przechodzą obok cienia, wdrapującego się na kanapę. Wtedy dostrzegam, że Aleksy zerknął na niego tak, jakby chciał go przestrzec przed nieodpowiednim zachowaniem.

Tylko Aleksy go widzi. Tylko Aleksy i ja. Czy to może oznaczać, że jednak oboje jesteśmy równie szaleni?

- Hanno?

Dźwięk mojego imienia zmusza mnie do podniesienia wzroku. Spoglądam przed siebie, widząc znieruchomiałe sylwetki.

- Co tu robisz?

Zakłopotanie Aleksego wydaje mi się zabawne i, gdyby okoliczności temu sprzyjały, wybuchnęłabym śmiechem. Ale nie sprzyjają. Nic mi nie sprzyja, więc chcąc załagodzić jego wyraźny stres, zmuszam się do uśmiechu.

- To ja... ja już pójdę. Mam obowiązki. – ochroniarz zaciska usta w wąską kreskę, klepię ramię kolegi i odchodzi.

Zostajemy sami. Tylko my i nasze cienie, które wydają się nieco bardziej przerażające, kiedy ich oczy błyszczą jaskrawym światłem w gęstniejącej szarości.

- Miałaś spać.

Milczę.

- Odprowadzę cię do pokoju.

Milczę.

- Chodź, muszę wracać do pracy.

- Nie idziesz do domu? Przecież zaraz zacznie się druga zmiana.

Teraz on milczy. Podchodzi do mnie szybkim, pewnym krokiem. Choć w tym kłamstwie stabilności odkrywam jego zmęczenie, postanawiam nie drążyć tematu. To jasne, że jest zmęczony. Nie trudno się domyślić, kiedy widzi się te podkrążone oczy, a skoro Edmund się na nim mści, pewnie ułożył mu taki grafik, by nie miał czasu nawet oddychać.

Co za dupek. Już ja mu pokażę.

Zostaję pochwycona za łokieć. Nie protestuję. Dotrzymuję mu kroku, a dwa stwory pełzną za nami.

- Naprawdę przespałam aż taki kawał czasu? – szepczę.

- Nie. Miałaś też psychozy i napady lęku, ale w sumie większość czasu śniłaś.

- Nic nie pamiętam.

- Wiem. – wzdycha. – Ale nie martw się tym. Wszystko będzie dobrze.

Kłamca.

Zatrzymuję się, nie pozwalając iść naprzód Aleksowi. Zaciskam palce na jego miękkiej koszulce.

- Jak duże zbierasz za mnie baty?

- Nie byłem w domu od trzech dni. – patrzy mi w oczy. W ciemności dostrzegam w nich błysk. – Nie spałem, odkąd złapałaś dołek.

Przełykam gulę rozpaczy, powstrzymując się od ponownego rozpłakania. Hanno, kurwa no, weź się w garść! Ale Hanna nie może tego zrobić. Bo Hanna jest teraz cholernie słaba. Eh... jestem taka żałosna.

- Mogę wpłynąć na twój grafik. – wykrztuszam.

- Ok, jeśli chcesz, żebym wyleciał.

Unoszę brwi.

- Twój ojciec tu był. Nie wpłyniesz na Edka pojebka, bo razem z twoimi rodzicami postanowili ograniczyć moją opiekę nad tobą.

Nie mogę wyjść ze zdumienia. Nie mogę też w to uwierzyć, nawet jeśli wiem, że Aleksy nie kłamie.

- Zagroził, że „jeszcze jedna wpadka” i pożegnam się z robotą, a mój grafik wygląda, jak...kurwa, nie wiem co. Nie mam nawet przerw. – irytacja w jego głosie sprawia, że mam ochotę zabić Edmunda. Swojego ojca. Swoją matkę. Wszystkich mam ochotę pozabijać i w sumie nie jest to taki zły pomysł. W końcu jestem chora umysłowo. Pewnie wyrok nie byłby nawet w połowie tak surowy, jak być powinien.

- Czyli nic nie mogę zrobić?

- Nic.

Cienie przycupnęły przy ścianie. Aleksy odwraca głowę w ich stronę. Bada sylwetki stworów, a ja nie mogę wyjść z podziwu dla jego opanowania. Już nie wrzeszczy na ich widok, nie popada w histerię. Przyzwyczaił się. To przerażające, jak szybko się przyzwyczaił. To przerażające, jak szybko człowiek może się przyzwyczaić do rzeczy, które wzbudzały w nim strach.

Potwór, który zawsze mi towarzyszy, zaczyna dźgać tego obok. Rozlega się burczenie. Przepychają się. Jeden odskakuje, drugi podąża za nim. To wygląda uroczo w swoisty sposób.

- Hej... – szepcze Aleksy. – Zastanawiam się, czy czasem nie jesteś zmęczona strachem.

Myślę chwilę nad odpowiedzią.

- Nie. – odpowiadam. – Nie jestem, bo widzisz... ktoś, kto nigdy nie czuł nic innego oprócz strachu, nie jest w stanie odróżnić tego stanu od stanu normalności.

Zerka na mnie.

- A czasami, kiedy poczuję coś innego, to wtedy jestem przerażona.

Litery moich słów zawieszają się w nagłej ciszy. Stoimy, patrząc w pustkę, a ja zaczynam uświadamiać sobie, jak bardzo nieszczęśliwa jestem. Tak. Jestem wariatką. I tak. Jestem egoistą, ale przecież egoizm nie zabił innych moich emocji. Chcę być szczęśliwa. Chcę stąd uciec. Muszę jeszcze zobaczyć, jak żyje się naprawdę.

- Jeszcze jedno pytanie.

- Hymm?

- Jak długo tam stałaś?

Wstrząsa mną cichy, niekontrolowany śmiech.

- Wystarczająco długo. Powinieneś wiedzieć, że nie musisz nic dla mnie robić.

- Umówiłem się z tobą na kawę. Czuję się zobowiązany. – kiedy dostrzegam na jego twarzy nikły uśmiech, moje obawy maleją. Może nie jest jeszcze aż tak źle. Może dam radę stąd wyjść razem z Aleksym, a wtedy już będzie dobrze.

- Masz czas?

- Aktualnie nikt nie przybiegł i nie oświadczył, że mam wykonać jakąś kompletnie bezsensowną rzecz, więc tak. Mam.

Kiwam głową. Skoro mamy kilka minut, muszę je wykorzystać.

------------

Ciąg dalszy: http://straszne-historie.pl/story/12403-Wciaz-patrza-25

Oznacz jako: przeczytane ulubione chcę przeczytać

Komentarze

czytałem to chyba 2 godziny O_O
Odpowiedz
Aż tak ciężko? ;)
Odpowiedz
A może by tak jeszcze z 200 części? :3
Odpowiedz
O nieeee :D To byłoby zbyt wiele ^^
Odpowiedz
Julia Kierepka Szkoda :c Bo to jest mega! :D
Odpowiedz
Chapeau bas c:
Odpowiedz
Merci :3
Odpowiedz
Zaloguj się, aby dodać komentarz.

Inne od tego autora

Archiwum

Najnowsze i warte uwagi

Artykuły i recenzje