Wciąż patrzą 6

Dodane przez: kuro, 9.08.2015, 11:00
Panopticum
Reklama:
Spis wszystkich części w profilu autora: http://straszne-historie.pl/profil/6330

Siadam na schodach. Chłód przesiąka przez papierową sukienkę, sprawiając, że drżę. Mój oddech staje się nierównomierny i płytki. Minęło już sporo czasu, odkąd Aleksy wyruszył na trzecie piętro po tabletki. Powinien już wrócić... i właśnie ten fakt utwierdza mnie w przekonaniu, że doktorek ze mną pogrywa. Nie daruję, jeśli przyjdzie po godzinie, oznajmiając, że nie znalazł żadnych niebieskich pastylek. Obiecuję sobie w głowie po raz setny, że wybiję mu zęby.

Mrok zaczyna mnie przerażać. Wokół panuje tak idealna cisza, tak idealna czerń, że mam wrażenie, jakby stopniowo wszystko było pochłaniane. To okropne. Boję się utonięcia we własnym strachu. Próby wytłumaczenia sobie, że wszystko jest w porządku, nie dają już rezultatów. Z każdą chwilą popadam w coraz głębszy obłęd. Jeśli zaraz nie wezmę tabletek, to chyba skoczę z okna. Sięgnęłam granicy wytrzymałości. Wariuję, naprawdę wariuję.

Zamykam głowę w klatce swoich objęć. Kołyszę się lekko na boki, usiłując myśleć o przyjemnych rzeczach. Przypominam sobie dni w szkole. Odtwarzam każdy szczegół. Maluję obraz wnętrza biblioteki. Rysuję w głowie Aleksego, jakiego udało mi się zapamiętać. Wysoki, postawny, z przydługimi włosami i magicznie zielonymi oczami. Zawsze z książką. Zawsze taki niedostępny. Zawsze gotowy użyć swojego sarkazmu.

Wyobrażam sobie siebie z przeszłości. Wtedy wyglądałam śmiesznie. Miałam krótkie włosy. Zbyt duże ubrania. Przechodziłam okres buntu i chciałam za wszelką cenę zwrócić uwagę rodziców, którzy wiecznie byli zbyt zajęci.

Pamiętam długie rozmowy z ludźmi, którzy często przesiadywali wśród książek. Byliśmy odrzutkami, ale w odpowiednim towarzystwie pokazywaliśmy swoje prawdziwe oblicza. Staliśmy się sobie bliscy do czasu skończenia szkoły. Teraz nie pamiętam większości imion tych, których uważałam za przyjaciół. To śmieszne, jak szybko można wyrzucić kogoś z pamięci. Oni pewnie też nie pamiętają o sobie nawzajem. Nie pamiętają o mnie.

Jestem zapomniana.

Moja paranoja zdaje się nasilać. Nie potrafię skupić myśli na tyle, by zagłuszyć rozbrzmiewającą wokół mnie melodię. Nucenie wypełnia moje myśli. Wypełnia moje usta. Wypełnia moje płuca. I już nie jestem w stanie zachowywać się racjonalnie. Mam ochotę uciec, schować się do pokoju, ale wiem, że tam też mnie znajdą. Nigdzie nie jestem bezpieczna. Poza tym muszę tu zostać dla Aleksego. Jest na tam, na górze i nie mogę go zostawić. Nie mogę, nie mogę, nie...

Zatykam uszy. Przyciskam dłonie do głowy najmocniej, jak potrafię. Niech przestanie śpiewać, niech przestanie śpiewać, niech przestanie śpiewać, niech przestanie śpiewać, niech przestanie śpiewać.

Nagle słyszę głos, który przebija się przez monotonny rytm melodii. Głos, który dociera do moich uszu, mimo że zatykam je rękami. W pierwszej chwili nie rozumiem krzyczanych słów, ale po chwili zaczynam rozumieć, co się dzieje. Nieruchomieję, zmrożona przerażeniem, połykając ciszę. Wszystko zniknęło. Nie ma już melodii. Nie ma już nucenia, które tak bardzo mnie dręczyło. Teraz pozostał jedynie krzyk.

Drzwi na trzecim piętrze zamykają się z trzaskiem, a przez moje ciało przechodzi nagły dreszcz. Ktoś zbiega po schodach. Czuję się słabo.

- Hanna! – mówi głos.

Staję się ślepa i głucha na wszystko, co się dzieje wokół. Znów mam wrażenie, jakbym zapadała w hipnozę. Nie kontroluję swojego ciała i to mnie niepokoi najbardziej. Czuję czyjś dotyk na ramionach, jednak nie jestem w stanie dostrzec kto to. Postanawiam nie panikować. To zaraz przejdzie. Zawsze przechodzi po pewnym czasie. Muszę jedynie być spokojna.

Wstrzymuję powietrze, dopóki piekące uczucie nie rozrywa moich płuc. Z otaczającego mnie mroku zaczynają wyłaniać się kontury twarzy Aleksego. Wrócił, wrócił...

- Ty idiotko! – krzyczy mi prosto w twarz.

- Cóż za ciepłe powitanie. – prycham. Panowanie nad swoim ciałem, ciągle sprawia mi trudność, ale przynajmniej zmysłu powróciły.

- Miałaś pilnować korytarza! Czemu się pałętasz nie wiadomo gdzie?!

- Co?

- Nie udawaj... – szepcze. Spoglądam na niego i widzę coś, czego nigdy nie spodziewałam się zobaczyć. Przerażenie. Strach zjada o od środka, połykając łapczywie zdrowy rozsądek. Dłonie Aleksego zaciskają się na moich ramionach mocno i mam wrażenie, że zaraz zmiażdży mi kości.

- Byłam tu cały czas. Nikt nie wchodził na piętro. – staram się zachować spokój, nie pozwolić, by jego panika przelała się na mnie, ale z wielkim trudem przychodzi mi nawet mówienie.

Aleksy zastyga w jednej pozie, wpatrzony we mnie. Czuję lekkie drżenie jego ciała. Biorę głęboki, orzeźwiający oddech i uwalniam się z jego uścisku. Muszę go uspokoić, inaczej zeświruje.

- Posłuchaj. – zamykam jego twarz w dłoniach. – Byłam tu. Nikt nie wchodził na trzecie piętro i nikogo na stówę tam nie było. Czaisz?

- A teraz ty mnie posłuchaj. – warczy, uciekając od mojego dotyku. – Wiem, co słyszałem. Ktoś zaczął biegać po korytarzu na górze, kiedy miałem już wychodzić. Myślałem, że to ty, więc się odezwałem, ale nikt nie odpowiedział. Kroki zaczęły zbliżać się do gabinetu Edmunda. Wpadłem w panikę i schowałem się pod biurkiem. – przesadnie gestykuluje. Muszę się odsunąć, by nie dostać przez przypadek w twarz. Jego ton jest wysoki, a głos co chwilę ulega załamaniu. Nigdy nie spodziewałam się zobaczyć go w takim stanie. Zawsze brał wszystko na spokojnie. – Otworzyły się drzwi. Wszystko ucichło. Byłem przerażony, ja... ktoś stał w progu i czekał, aż się poruszę.

Nerwowo przełykam linę. Normalnie nie uwierzyłabym w takie bzdury, ale jak na niego patrzę, to jestem pewna, że nie kłamie. Tak nie wygląda kłamca. Gdyby się ze mnie zbijał, nie pokazywałby swoich emocji aż w takim stopniu.

- Nagle znów usłyszałem kroki. Ale tym razem inne, ciężkie. Też szły w stronę pokoju. A potem... zaczęłaś piszczeć. Wyrywać się. Ktoś cię złapał. Próbowałem wybiec i cię ochronić, ale drzwi się zatrzasnęły. Nie wiedziałem co robić. Jak tylko udało mi się wydostać, zacząłem cię szukać i... i...

Robi sobie chyba ze mnie jaja. Na pewno tak nie było. To niemożliwe.

Dlaczego więc mu wierzę?

Usiłuję wytłumaczyć sytuację, ale w sumie sama nie jestem pewna, co się stało. Nie mam pewności, czy przypadkiem w stanie pseudohipnozy nie poszłam na górę i nie udawałam porywaną ofiarę.

Nie... to nie mogłam być ja. Cały czas siedziałam przy schodach. Na pewno.

Chociaż...

Nie. To nie ja.

- Nie umawialiśmy się na takie chore zabawy.

- Jesteś zmęczony, może dlatego coś ci odbiło. – nie wierzę w to, co mówię. Ja. Pacjentka zakładu psychiatrycznego. W moich ustach brzmi to co najmniej śmiesznie.

- Słyszałem odgłos bosych stóp. – wskazuje na moje nogi. – Ty masz bose stopy.

- Ale to nie byłam ja!

- Nie wiem kurwa, naprawdę nie wiem, kto to był, jeśli nie ty.

- Aleksy... – wyciągam dłoń, by dotknąć jego ramienia, by go uspokoić, ale zastygam w miejscu, zmrożona strachem. Wpatruję się w przestrzeń. Szukam w czerni tej malutkiej, dziewczęcej twarzyczki, którą widziałam przed chwilą.

- Hanna? Co ci jest?

- Masz te tabletki? – pytam, ciągle nie mogąc odwrócić wzroku. Wiem, że moja psychika siada, wiem, że tej dziewczynki tam nie ma i nie było, ale z jakiegoś powodu czuję jej obecność.

- Mam.

- Dawaj.

Aleksy rzuca mi fiolkę. Łapię moje kochane, zajebiste, niebieskie pastylki i odkręcam wieczko. Wysypuję na dłoń jedną sztukę.

- Tak w ogóle to, co to za prochy?

- Magiczne. Po nich psychozy przechodzą. – uśmiecham się lekko w jego stronę. W tym samym momencie moje ciało staje się bezbarwną, płynną masą. Czuję jak cały kolor ucieka ode mnie daleko, tam gdzie w ciemności nie pojawiają się znienacka małe dziewczynki z czarnymi oczami i nie uśmiechają się tajemniczo.

Zaciskam zęby z całych sił. Odbija mi. Cholernie mocno mi odbija. Jej tam nie ma. Hanna. Kurwa. Uspokój się, bo inaczej wylądujesz w pokoju bez klamek. Weź się w garść ty mała, strachliwa babo.

- Znów się zawiesiłaś? Hej! – Aleksy macha dłonią przed moim nosem. Widocznie jego strach zniknął, chociaż wciąż widać po nim zdenerwowanie.

Mrugam. Mrugam. Mrugam. A ona wciąż stoi za Aleksem.

Wysypuję na dłoń dodatkowe dwie tabletki i połykam wszystko za jednym razem.

- Odprowadź mnie do pokoju. – mówię, kiedy jestem już w stanie normalnie oddychać. Nie patrzę w tamtą stronę. Wolę żyć w nieświadomości, nie upewniać się, czy to cholerstwo wciąż tu jest. Kurwa, czemu ja? Najpierw te pieprzone potwory ze świecącymi oczami, a teraz upiorne dziecko. Właśnie, dziecko... dlaczego to zawsze muszą być dzieci? Dlaczego nie mogą być na przykład krwiożercze motylki? Przecież też są straszne!

- Chodź, zanim ktoś zrobi obchód. – kiwam mechanicznie głową.

***

Kiedy przemierza się korytarz z drugą sobą, która nie jest wytworem twojej wyobraźni, strach prawie całkowicie znika. Choć wokół wciąż panuje ciemność i głucha cisza, jestem spokojna. Może to również zasługa tabletek, ale czuję się całkiem pozytywnie wiedząc, że Aleksy, moja wspaniała pastylkowa wróżka, jest obok.

Idziemy równym krokiem w całkowitym milczeniu. Wkurza mnie to. Nie jestem pewna, co powinnam powiedzieć i czy w ogóle mogę się odezwać. To, co przed chwilą się stało, zbiło z tropu zarówno mnie, jak i jego. Nie chcę wierzyć w ani jedno słowo, które wypowiedział z jednego, bardzo prostego powodu. To byłoby dla mnie zbyt dużo. Cierpię męczarnie przez swoje psychozy, dlatego nie mogę dodatkowo brać na poważnie tych zdarzeń.

W tej chwili uznaję je za kłamstwa.
Zwykłe kłamstwa.

Tak będzie najlepiej.

Zatrzymujemy się przy drzwiach do mojego pokoju. Aleksy naciska na klamkę, ujawniając panujący w środku mrok.

- Połóż się. – mówi cicho. W jego słowach rozbrzmiewa zmęczenie.

- Przestań mnie pouczać. – prycham, przechodząc przez próg. – I wejdź na chwilę. Muszę ci dać kartę i pin.

- Jutro.

- Uwierz... – uśmiecham się do siebie. – Jutro potrwa trochę długo.

Mimo osłony nocy widzę, jak na jego twarzy pojawiają się pytania. Na szczęście Aleksy odpuszcza zadawanie ich i robi, co mu każę.

Podchodzę do biurka. Otwieram szufladę, wyciągając z niej białą kopertę, w której umieściłam potrzebne rzeczy, i podaję ją Aleksemu.

- Odbierz co swoje, ale zwróć mi tę kopertę później. Mój ojciec nie może dowiedzieć się, że zginęła mi karta do bankomatu, więc...

- Czaję.

Przez parę uderzeń serca obserwuję, jak przewraca w palcach biały papier, sprawdza zawartość i zakleja ponownie. Zaczynam odczuwać działanie antydepresantów. Moje powieki sprawiaj wrażenie niewiarygodnie ciężkich. Najchętniej zapadłabym w sen tu, gdzie stoję.

- Jeśli chodzi o to, co się stało przed chwilą...

Podnoszę wzrok, spoglądając na niego.

- Uznajmy, że nigdy nie miało miejsca.

- Jestem za.

Zauważam lekki uśmiech, który próbuje ukryć. Dziękuje mi i odwraca się z zamiarem opuszczenia pokoju, jednak w ostatniej chwili jego głos wypełnia moją głowę.

- Mogę o coś zapytać?

Mam ochotę powiedzieć: „Nie, spieprzaj”. Robię się coraz bardziej senna. Choć nie mam ochoty nawet mówić, pozwalam mu zadać pytanie. Może dzięki temu szybciej się go pozbędę...?

- Czemu tu jesteś?

Nagle całe zmęczenie znika, zamieniając się w szok. Otwieram usta, ale okazuje się, że nie potrafię ułożyć logicznego zdania. Musiał akurat teraz? Teraz kiedy przechodzę załamanie psychiczne? Nie chcę rozmawiać z nim o moich psychozach, bo niby co miałabym powiedzieć? „Prześladują mnie potwory plus mała dziewczynka. I jeszcze szurnięta Zośka. W ogóle jestem wariatką”.

Kurwa jak ja go nie znoszę. Właśnie przez takich ludzi, stałam się mizantropem.

- To psychiatryk... na co twoim zdaniem mogę cierpieć jak nie na głowę?

- Chodziło mi raczej o poznanie konkretnego powodu.

Krzyżuję ręce na piersi i wzdycham ciężko. Dobra. Skoro i tak wie już o mnie dużo, to ta jedna informacja niewiele zmieni. Jestem gotowa ujawnić swoją „tajemnicę” w zamian za święty spokój.

- Depresja. Załamanie. Obecnie ciężkie urojenia zmysłowe.

- Więc widzisz różne rzeczy?

Pytanie zawisa w próżni. Stoję ciągle nieruchomo, wpatrując się w jego oczy.

- Można tak to ująć.

- Więc wszystko uznajesz za wybryki swojej wyobraźni?

- Nie rozumiem, o co ci chodzi.

Aleksy nabiera powietrza cichym świstem. Ciemność, choć gęsta i nieprzyjazna, pozwala mi dostrzec lekkie drżenie jego ciała.

- Myślisz, że udziela mi się klimat psychiatryka? – pyta cicho.

- Myślę, że padło ci na mózg. Weź się w garść chłopie. Pracujesz w szpitalu. Tutaj takie akcje mają miejsce dość często.

Siadam na łóżku, karcąc się w duchu za te słowa. Tak naprawdę takie rzeczy, jak urojone porwania nie zdarzają się nawet w psychiatryku, a przynajmniej nie tym zdrowym. Widząc niepokój Aleksego, zaczynam wierzyć w to, co powiedział, kiedy zbiegł z trzeciego piętra i mam nadzieję, że jest tylko popieprzony. Karmię swoje ego tą myślą.

- Masz rację. – słyszę, jak pociąga za klamkę. – W końcu nic nikomu się nie stało. Nie zostałaś porwana...

Nagła cisza odbija się od ścian pokoju. Właśnie. Aleksy ma rację, nie stało mi się nic złego. Walczę sama ze sobą, rozważając wypowiedzenie tych głupich i upokarzających słów. Już wyobrażam sobie swoją twarz, płonącą ze wstydu, ale po kilku chwilach biorę się w garść i zanim drzwi się otwierają, zaczynam mówić.

- Wiesz... Chcę ci podziękować. – słowa z trudem przechodzą przez gardło. – Te tabletki dużo dla mnie znaczą i w ogóle. Dzięki, że się o mnie martwiłeś.

- Nie ma sprawy.

- I niestety mam do ciebie jeszcze jedną prośbę.

Aleksy spogląda na mnie przez ramię.

- Możesz zostać ze mną, dopóki nie zasnę? – pytam, nie do końca wierząc w to, co robię.

Popadam w kompletnie niedowierzanie, kiedy się zgadza. Układam się wygodnie na łóżku, naćpana upragnionym lekami i spokojna, że dziś nic nie przyjdzie, by nie nękać.

Po kilku uderzeniach serca odpływam.

***

Stoję całkiem sama na białym korytarzu ośrodka pomocy psychiatrycznej. Wokół nie ma niczego, nikogo. Nawet powietrze zdaje się nie istnieć. Kompletna próżnia, kompletna nicość. Przerażająca pustka.

Patrzę na swoje dłonie, które wydają się takie obce. Nie pamiętam, co się stało. Czemu tu jestem? Gdzie Aleksy? Gdzie moje tabletki? Lekka panika przyćmiewa moje zmysły. Zaciągam się powietrzem, mając nadzieję, że to pomoże mi skupić myśli.

Po chwili powoli podnoszę powieki. Zauważam, jak bardzo odbiega to, co teraz widzę od tego, co zapamiętałam. Albo moje oczy płatają mi figle, albo wszystko jest cholernie mocno zniekształcone. Zupełnie jak w śnie...

Nagle idealną ciszę zaburza odgłos szybkich korków. Odwracam się, szukając tego, kto biegnie po korytarzu, ale nie dostrzegam niczego, oprócz bieli. Wpatruję się w jasność, a za moimi plecami znów ktoś przebiega.

Strach powoli rośnie, przeradzając się w paranoję. Z trudem oddycham. Nie jestem w stanie wykonać nawet najmniejszego ruchu, w obawie, że zwrócę na siebie uwagę. W sumie to trudno mnie nie zauważyć. Pośrodku niekończącej się bieli, stoję osamotniona w papierowej sukience, a siwe włosy opadają na moje ramiona.

Nie myśląc o konsekwencjach, zaczynam iść wolnym krokiem w stronę rażącego światła. Poruszam nogami, ale ciągle mam wrażenie, że w pełni nie kontroluję własnego ciała. Znów to, co robię, zależne jest od nieznanej mi siły. Popadam w trans.

Pomieszczenia wyglądają inaczej. Ogólnie wszystko dookoła jest takie nieznane, choć przechadzałam się tędy miliony razy. Przystaję, wbijając wzrok w klamkę wielkich drewnianych drzwi. Czemu tu jestem? Po co przyszłam?

Nagle słyszę chichot. Odwracam głowę, ale znów znajduję jedynie monotonną biel. To zaczyna mnie drażnić. Nie wiem, co się dzieje, gdzie jestem, ani jak się stąd wydostać. Powinnam teraz spać w swoim ciepłym łóżku, a nie szlajać się piorun wie, którędy. Chcę wrócić do pokoju. Teraz.

Wielkie drzwi uchylają się, głośno przy tym skrzypiąc. Spoglądam na nie z lekką irytacją. Cholera, jeszcze to postanowiło mnie nawiedzać. Teraz nabawię się fobii otwieranych drzwi. Super.

Dotykam dłonią nawierzchni drewna i popycham jedno skrzydło z całych sił. Przechodzę przez próg, nie zaglądając wcześniej do środka. Poruszam się jak na autopilocie.

Oddech zastyga w moich płucach, kiedy moim oczom ukazują się stare regały, pełne książek. Przytulny wystrój wnętrza uspokaja moje nerwy. Wyczuwam zapach starego papieru. Pojawia się we mnie ochota, by usiąść i odpłynąć w literacki świat. Jestem w bibliotece. W tej samej szpitalnej bibliotece, którą znajduje się w bloku obok, tej, którą zamknięto ze względu na popełnione tam samobójstwa.

No pięknie, kurwa.

Zastygłam w jednej pozie, czekając, sama nie wiem na co. Zaczyna mnie męczyć ta ciężka atmosfera. Chcę stąd wyjść. Szybko. Zmuszam swoje mięśnie do wykonywania określonych ruchów. Sprzeciwiam się byciu marionetką, zrywam wszelkie sznurki, które dotąd mną kierowały, a w głowie powtarzam sobie, że wszystko będzie dobrze. Muszę jedynie...

Melodia pojawia się całkiem niespodziewanie i rozbrzmiewa echem w mojej głowie. Tracę całą kontrolę, jaką zdołałam uzyskać. Znów krępują mnie niewidzialne sznurki.

Odwracam się i patrzę przed siebie. W zasięgu wzroku pojawia się malutka sylwetka, ubrana w piękną, falbaniastą sukienkę. Potrzebuję chwili, by poukładać wszystkie fakty, by wmówić sobie, że to wszystko nie jest prawdą.

Ale niestety nie udaje mi się.

Dziecko kompletnie nie zwraca na mnie uwagi. Choć widzę jedynie profil dziewczynki, przechadzającej się pomiędzy regałami, zauważam jej całkowicie czarne oczy, które przyprawiają mnie o napad histerii. Jednak nie mogę uciec. Nie mogę poruszyć nawet palcem. Wstrzymuję oddech w nadziei, że pozostanę niewidoczna, ale rzeczywistość okazuje się brutalna.

Dziecko odwraca głowę i spogląda na mnie. Umieram z przerażenia dziesięć tysięcy razy. Kolejny tysiąc, kiedy podchodzi do mnie, trzymając przed sobą starą książkę. Czuję niemoc, przytłaczającą moje serce. Muszę stąd uciec. Nie chcę nawet na nią patrzeć. Nie chcę...

Spoglądam w dół mimo woli. Otwieram szeroko oczy, widząc okładkę zbioru opowiadań mojego ulubionego autora. W głowie zaczyna dźwięczeć mi zdanie „Ikar wpadł do wulkanu”. W kółko rozbrzmiewa przy akompaniamencie nucenia, pozostawiając po sobie nieznośne echo. Tłumaczę sobie, że muszę zachować spokój, nie mogę zwariować, ale to niemożliwe w chwili, kiedy moje spojrzenie spotyka się ze spojrzeniem czarnych oczu.

Zupełnie bez powodu, konstrukcja pomieszczenia zaczyna upadać. Ściany pękają. Obraz wnętrza biblioteki spływa w dół, tworząc długie, cienkie smugi. Wszystko się rozpada. Wszystko niszczy biel straszniejsza niż płytki mrok.

Dziewczynka odwraca się na pięcie, podbiega do regału obok stolików i odkłada książkę. Spogląda na mnie przez ramię, jakby chciała mieć pewność, że widzę, co robi. Wciąż nie mogę się ruszyć. Zaczyna brakować mi powietrza, a wokół cała rzeczywistość ulega deformacji.

W jednej chwili wszystko gaśnie.

Ciąg dalszy: http://straszne-historie.pl/story/11558-Wciaz-patrza-7 Panopticum
Oceń:
4
Oceniać mogą tylko zalogowani użytkownicy

Skomentuj! Daj znać innym co o tym sądzisz!